wtorek, 7 września 2010

My name is Hood. Robin Hood.

Czuję się oszukana przez kulturę masową. Z reguły nie oglądam seriali. Wyjątek stanowił Rzym, ale to inna sprawa. I inna klasa. A teraz jestem ostro przeziębiona i skusiłam się na serial. Ponieważ był mi przez kilka różnych osób polecany i opowiada o micie który w dzieciństwie był dla mnie bardzo ważny.

Fakt, byłam wtedy niewiele starsza od Natalki, ale Robin Hood rządził. Najpierw był serial z Michaelem Predem. Serial miałam okazje obejrzeć jeszcze raz dwa lata temu kiedy mała była w szpitalu. I mimo wszystkich braków technicznych stwierdzam, że jest bardzo dobry. Zwłaszcza w porównaniu z tym kuriozum, które zobaczyłam dziś.

Ciągnęłam sobie mianowicie serial Robin Hood. Serial firmowany przez BBC, Brytyjski, polecany, 7,7 na imdb... I klops. Ja naprawdę nie oczekuję realizmu historycznego bo oglądałabym bandę obdartusów z nie leczonymi zębami mówiących coś w niezrozumiałej angielszczyźnie. Ale przynajmniej w jakimś zakresie duch epoki powinien być zachowany. Tak jak było w starym serialu. Z całą magią, Hernem Myśliwym i ogólnie całkiem solidną mityczną podbudową. I wspaniałą muzyką Clanadu.

Tu muzyki dobrej nie było. Fabuła była mniej więcej na poziomie Gummisów, ilość współczesnego słownictwa zabijała ( czekałam na stwierdzenie „Robin, ty socjalisto!”) a już najbardziej zabijały stroje gdzie szczytem wszystkiego był facet w bojówkach i glanach. Na przeciętnym larpie na Flambergu jest lepiej. No i oczywiście Braciszek Tuck w imię poprawności politycznej jest zamieniony na muzułmańską laskę. Jeszcze brakuje żeby była lesbijką. Nie żebym miała coś do lesbijek ( zwłaszcza tych ładnych) ale poprawności politycznej mówimy nie.

Jakoś rokowała na początku postać Guya z Guisborne – jako mrocznego sukinsyna z dylematami. Zresztą postać została mi polecona z przymiotnikiem „hot”. Cóż widocznie to hot było tak gorące że mu mózg wyżarło, bo od połowy odcinków jedyne archetypiczne skojarzenie to Tołdi z Gumisiów. No dobra przystojniejszy, ale reszta wypisz wymaluj.

Ostanie wersje filmowe z Russelem Crowe w ogóle sobie darowałam. Nie chcę niszczyć mitów. Zwłaszcza, że po tylu latach mam w pamięci Tamten Serial i oczywiście książkę Howarda Pyle. Napisana okrutnie XIX wiecznym stylem, wesoła, z pazurem i gorzkim zakończeniem. Ja chyba mając te 10 lat wierzyłam w tą historię, o tym jak został rzeźnikiem i rozdawał pannom mięso za całusa, jak wygrał turniej łuczniczy i o tym jak zmarł zdradzony.
Żałuję tylko, że nie mogę pić teraz alkoholu. Bo po kwarcie dobrego marcowego piwa ( takiego jak podawali pod Błękitnym Dzikiem) napisałabym crossover o tym jak Robin z wesoła kompanią przepędza precz tego smętnego socjalistę z gębą jak z boys bandu.

2 komentarze:

Anonymous pisze...

Przeczytałam, że oglądasz - i z ciekawości postanowiłam zobaczyć kawałki, żeby sprawdzić, czy nadal jest tak zły jak trzy lata temu.

No i nie zdzierżyłam. Ten serial naprawdę zabija musk. A jeśli ma się w głowie inne wersje legendy, to zabija tym bardziej. I Guy w kurtce z... czegoś, chyba z plandeki połączonej z siatką ogrodniczą, nie może go uratować (nawet jeśli ma pysk z lekka domogarowowski).

Sama sobie ostrzę zęby na "Tudorów", ale to z powodu mojego osobistego hysia historycznego. Mam nadzieję, że tej jesieni dopadnę i obejrzę. Jakby co, to zrecenzuję.

Anonymous pisze...

To wyżej to ja, aniołak. Blog nie chce mnie zalogować przez lj, pffff.

Prześlij komentarz