Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wagner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wagner. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 października 2010

Opera o niespłaconym kredycie mieszkaniowym w stylu staro-germańskim



Zrobiliśmy wczoraj kolejne podejście do Wagnera. Złoto Renu w retransmisji z Met zadziwiło. Najkrócej mogę to podsumować jako „Niewiarygodnie doskonała aranżacja, niewiarygodnie durnej baśni”.

Zacznijmy od samego Wagnera. Fabuła jest bolesnym skrzyżowaniem haj-fantasy ( fantasy na dopalaczach) z elementami przeróżnych mitologii i baśni. Gdyby ktokolwiek napisał tą treść w książce to bym go wyśmiała.

A zaczyna się od... problemów ze spłaceniem kredytu na budowę domu. No bo Wotan, król Bogów, wybudował sobie chałupę. Budowało dwóch olbrzymów za co obiecał im siostrę żony Freję. Nie miał zamiaru się z tego wywiązywać – podobno jego prawnik Loge - bóg ognia „obiecał coś wymyślić”. Jak się okazało, tyle wymyślił, że popytał tu i tam „co mężczyźni kochają bardziej niż kobiety” i wyszło że ...złoto. Niejaki karzeł Alberyk wyrzekł się miłości ( a dokładnie trzech syrenek, które z niego żartowały i kpiły) i zebrał Złoto Renu. Olbrzymy po pewnych kalkulacjach zgadzają się zamienić Freję na skarby Alberyka. Nasi bohaterowie mają czas do wieczora na spłatę kredytu. Freja zostaje zabrana w zastaw.

Alberyk tymczasem zdołał przetopić owo złoto na pierścień dający wszelką władzę i hełm pozwalający zmieniać postać. Ale na nic zdały mu się owe artefakty, bo stosując metodę znaną z kota w butach ( „a w węża to żadna sztuka, w żabę malutką to byś się kolego nie umiał zamienić” ) Loge z Wotanem wszystko mu zabrali. Wotan chce oddać całe złoto olbrzymom w zastaw za Freję, ale pierścień sobie zostawić. Nie da się. Kiedy nie wie czy wybrać pierścień dający władzę – czy szwagierkę w której ogrodzie rosną owoce dające moc – przychodzi znienacka i nie wiadomo skąd Erda bogini ziemi ( baliśmy się że to teściowa w pierwszej chwili) nakrzyczała na niego i kazała oddawać pierścień, bo będą straszne nieszczęścia. Niemniej zaczynam Wotana lubić jak przeczytałam streszczania dalszych części. W ramach wyciągania z Erdy informacji co złego ma się zdarzyć, zrobi jej córkę. Wot, facet.

Tak czy inaczej, Freja zostaje okupiona, a cała rodzinka idzie szczęśliwie do nowego domu Walhalii. Rodzinkę stanowią oprócz Wotana i Freji jego żona Fryka oraz dwóch przedziwnych bogów: Donner, który nie robi nic tylko od czasu do czasu chce kogoś razić młotem, a na końcu wywołuje burzę z piorunami, oraz ( delikatnego i chłopięcego) Frocha boga deszczu który...robi tęczę. Skojarzenia nasuwają się same. Na samym końcu tylko Loge – jako jedyna rozsądna postać w tej ekipie – ma złe przeczucia co zapowiada kolejne części tej telenoweli.

Jak to zrobili w Met? Doskonale. Mistrz Levine prowadził orkiestrę tak, że tego się nawet dało słuchać. Zwłaszcza w chwilach orkiestrowych, bo śpiew u Wagnera jest dość mało wpadający w ucho. Wokalnie i aktorsko Bryn Terfel był niesamowity. Z tą walijską gębą i TYM głosem. Inscenizacyjnie jednocześnie super nowoczesna technolologicznie – śpiewacy na linach podwieszeni pod sufitem – syrenki pływające w Renie i efekty świetlno multimedialne – przy jednoczesnej klasyce kostiumów i wizji. Myślę, ze Wagnerowi by się spodobało. Jeżeli to ma być haj-fantsay to niech będzie haj-fantasy absolutnie i nie udawajmy, że ta sztuka jest czymś innym. Tak, to było w jakiś sposób niewiarygodne i niesamowite.

A to nie znaczy, że nie chcę się wybrać na Wagnera ma maju, bądź w Sztokholmie ze szwedzkimi miłośnikami Wagnera (-; Ale tak czy inaczej dzisiaj odpoczywam przy Jorgi Savallu.


A z książek skończyłam właśnie M. Atwood „Rok Potopu”. Atwood tak jak każdy pisarz wpada w pewne schematy, zwłaszcza przy pisaniu bohaterów – w pewnym momencie ma się wrażenie, tak jak u Łysiaka, że to są ci sami bohaterowie. Ale co z tego? Całość mnie mimo wszystko zaskoczyła. Rok Potopu jest porównywany do Roku 1884 Orwella. Coś w tym porównaniu jest. Nawet nie tyle w nakreśleniu świata totalitarnego, bo to wydaje mi się, Orwell robi lepiej, ale w pokazaniu współczesnych zagrożeń czy lęków. Czerwony brat upadł i widomo komunizmu nie krąży nad Europą, ale gdzieś pod skórą siedzi zagrożenie o wiele milsze przy pierwszym kontakcie i posiadające lepszy PR. Wielka miła globalna wioska, z wszechwładnymi korporacjami, podziałem świata na bogatych -cywilizowanych i biedne masy. Konsumpcjonizm. Odczłowieczenie. Inwigilacja. Ile w tym jest współczesnych fobii ile realnych, zagrożeń nie wiem. Pewnie sporo jednego i drugiego. Tak czy inaczej ja Atwood uwielbiam za styl, język i za bohaterów. Za Orykza, Derkacza. Madaddama i postacie kobiece we wszelkich odsłonach. I za nawiązania do twórczości Williama Blaka.

Tylko jeden miałam zgryz. Ponieważ teraz sama piszę „coś większego” z gatunku post-apo to przez pierwsze 80 stron niemal płakałam bo miałam bardzo wiele tych samych pomysłów. Ta sama epidemia, podobne konsekwencje. Na szczęście Atwood skupia się na tym, co było przed Potopem, a ja na tym co się stało po. I idziemy w inne strony. Choć ja bym nie miała nic przeciwko gdyby mnie ktoś kiedyś do niej porównał. Kiedyś. Jak już się nauczę pisać



* Wszystkie refleksie o Wagnerze pochodzą z twórczej a pociesznej wymiany myśli między Wombatem a jegoż mężem Kotem. Takoż różne porównania i skojarzenia nie należą jedynie do Wombata.

wtorek, 24 marca 2009

O Holender, co za Carmen!

Zupełnie nie planowaliśmy, żeby to było akurat w moje urodziny, ale jakoś tak wyszło, że tak jak w zeszłym roku były na operowo w Berlinie. Zupełnie inny czas, też bardzo dobry. Tylko pogoda tak samo podła. Dziękujemy Ociepkom (-; było z nimi naprawdę bardzo fajnie.
A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.

A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.

A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.

Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.

Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.

Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.

Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.

Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.


PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:

Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.

Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.

Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.