poniedziałek, 28 lutego 2011

Muzycznie

Weekend musicalowy. Najpierw Wrocławskie Hair. Zupełnie różny od filmu, dlatego porównywać nie będę, ale i tak mnie oczarował. Ogólnie dałam 10/10 i po raz pierwszy miałam wrażenie, że jestem na spektaklu muzycznym w Polsce nie dlatego, że chwilowo nie mogę się wybrać gdzieś gdzie to grają jak trzeba, ale że tu właśnie grają to jak trzeba.

Po pierwsze Hair jest doskonale skonstruowaną mieszanką piosenek dynamicznych, energetycznych i poruszających refleksyjnych. Na pierwszy rzut oka (ucha) to taki sobie zbiór piosenek, a w tym wszystkim są zarysowane bardzo dobrze postacie, ich charaktery i wzajemne relacje. To jest doskonała fotografia tamtych czasów. Bomby kulturowej, buntu przeciwko rasizmowi, nietolerancji i ślicznemu wypucowanemu światu ameryki lat '50 i '60.

Pomijając już fakt, że jest to portret pewnego pokolenia, to można traktować Haira jako musical o dojrzewaniu i buncie w ogóle. Tak, miałam szesnaście lat i mimo, że hipisem nie byłam, to wszelakie eksperymenty z seksem, używkami i szukaniem swojego miejsca na ziemi nie były mi obce. I nie ma to nic do rzeczy z podejściem nachlać się i iść z kimkolwiek w pościel. To jest poczucie, że chce się coś odkrywać zarówno ciele jak i w duchu, poszukiwać, odkrywać, wędrować - jak śpiewał Habbakuk - i przy tym z silnym nastawieniem, że pokolenie rodziców jest obce skostniałe i zasadniczo nie chce się mieć z nim nic wspólnego.

Tak jak powiedziałam lubię muzykę Haira, ale lubię też postacie. Nie lubię Bergera. Drażni mnie. Może dlatego, że kogoś w tym typie znałam i jeżeli można tak powiedzieć, że uczuliłam się. Uwielbiam natomiast Clauda Bukowskiego. Za jakieś zagubienie i nieporadność. Za poszukiwanie sensu i celu. I za to, że akurat bardzo dobrze rozumiem chęć bycia człowiekiem niewidzialnym.

Ponieważ kilak tygodni wcześniej byliśmy na Gliwickim Hair to chcąc nie chcąc nasunęły nam się porównania. Najogólniej Hair - Wrocławiu dałam 10/10. Hair - Gliwice 7 - 10.

W Gliwicach było bardzo świeżo i energetycznie. Wokalnie nieźle - zwłaszcza Sheila ( tak samo rewelacyjna jak we Wrocławiu) i Nick Sinckler jako Hud ( najlepszy punkt spektaklu, po prostu ciasteczko - przy nim Hud Wrocławski wyszedł jak murzynek bambo). Chwilami drażniły mnie efekty multimedialne i orkiestra (smętni panowie w tle). Ogólnie bawiłam się całkiem fajnie i nie spodziewałam się, że we Wrocławiu będzie dużo lepiej.

Było lepiej. Po pierwsze wokalnie wszyscy błyszczeli ( poza Hudem, który nie wytrzymał porównania ...), rewelacyjna muzyka z saksofonem, całość bardzo roztańczona i żywa, a przy tym sprawiająca wrażenie poruszającej się zupełnie naturalnie. I co mnie jeszcze zauroczyło to fantastyczna scenografia - aranżacja hipisowskiej meliny, gdzie cały czas w tle coś się działo. I dużo lepsze reżysersko sceny halucynacji Clauda. Cóż, białe niedźwiedzie nigdy już nie będą takie same.

A teraz planuję zakup adapteru ( zakochałams ie u Agi) i tej płyty.




Potem mieliśmy imprezę na której przekonałam się, że jestem strwożeniem introwertycznym, zamkniętym w sobie, a próby otwarcia mnie i kontakt z ludźmi, kiedy nie czuję się emocjonalnie dobrze, powodują, że chce gryźć.

W sobotę odespałam i wybrałam się na Bytomskiego Upiora. Nie z potrzeby serca, ale był to niejako obowiązek fandomowy. Spodziewam się zupełnej katastrofy, ale dałam uczciwe 5/10. ( Teatrowi Roma z Warszawy dałam 1/10 i to tylko za rolę Raula). Całość nie była źle zaśpiewana, ani zagrana. Nie na tyle dobrze, żeby poruszyć, ale na tyle źle, żeby nie rozśmieszyć. Scenografia - poza Aidą - była całkiem fajna, gra aktorsko zwłaszcza od strony Carlotty i Erika bardzo dobra. To gdzie jest problem? Po pierwsze musical Kopita sam w sobie jeżeli chodzi o melodie jest słaby. Film na jego podstawie z 1990 trzyma się na grze aktorskiej i głosie Charlsa Danca oraz na fragmentach z Fausta. Tu nie było tego uroczego głosu i zdań wielokrotnie złożonych - i niestety też zamiast Fausta dali jakieś dziwaczne coś. Kopit melodyjnie jest słaby. Christine odchodzi - a on sobie śpiewa jakiegoś walczyka. I co, że dobrze go śpiewa. Jakbym nie rozumiała słów, to by to nie miało sensu. Dla porównania końcowa scena POTO Webbera w Londynie potrafiła wbić w fotel i rozbić na proszek osoby nie rozumiejące po angielsku. A tu wszystko jest na jedno kopyto, a po wyjściu żadnej melodii nie da się przypomnieć.

Drugi mankament - za który jest już odpowiedzialna sam opera - to stroje. CO TO ZA KOSZMAR? Kiecki balowe w różnych stylach w typie sylwester na wsi. Wszystko szyte z firanek i zasłon, z cekinami i fasonami nie mającymi nic wspólnego z XIX wiekiem. Panowie w koszulach z gołymi plecami. Rekomenduję natychmiastowe zwolnienie osoby odpowiedzialnej za stroje, a z garderoby zrobienie pensjonatu dla moli ( tfu, mól je szlachetną wełnę a nie wstrętne stare zasłony z szyfonu). Drażniły też szczegóły - Raul seplenił, a z Christine, która na zdjęciach może nie powalała urodą, ale miała miłe oblicze - strojem i makijażem zrobili spasioną żabę. Zresztą jej głos był mocny i w miarę czysty, ale nie jakoś bardzo miły dla ucha. Były jasne punkty - Erik, scena wspomnień, zakończenie, scenografia. I ogólnie wyciągnęli tego ile się dało. Tyle, że za dużo się nie dało. Nie żałuję, że poszłam, ale żeby mnie ruszyło jak POTO czy LND nie mogę powiedzieć.


A poza tym zastanawiamy się czy posłać Nat do szkoły. We wrześniu będzie jej brakowało miesiąca do 6 lat i są argumenty za pierwsza klasą od razu. Są też przeciw i jeszcze się zastawiamy.

czwartek, 24 lutego 2011

Ptaszory

Jakiś czas temu szlag trafił aparat i zdjęć nie ma. W końcu kupiliśmy nowe, ma dużo fajnych funkcji tyle, że dopiero się ich uczę i zdjęcia są jeszcze jakie są. Na początek dwa Ptaszyska. Od listopada do marca na okolicznych drzewach jest tak u nas codziennie. Tysiące ptaków, prawie jak z filmowego Nocnego Patrolu, obsiadają wieczorem drzewa i siedzą do rana. Pisałam już o tym, ale wygląda to naprawdę niesamowicie.










No i Buka. Sezon muminkowy trwa. A ponieważ Nat uwielbia urodziny i Buka nie ma przyjaciółmi i pewnie nigdy nie dostała prezentów postanowimy to nadrobić. Buka z czerwonym balonikiem. Bo każdy może mieć marzenia, prawda?

środa, 16 lutego 2011

To i tamto

Wróciłam z Krakowa z Warsztatów śpiewania Kołysanek organizowanych przez fundacje Korzenie. Zaskoczyło mnie, że większość uczestników nie była zainteresowana tyle tematem kołysanek, ale właśnie białym śpiewem w ogóle. Mnie przez 30 lat powtarzano - nie śpiewaj, nie umiesz, nie fałszuj - wiec nie próbowałam. Przejście od razu do śpiewu białego i to z solowymi zaśpiewami i to w tak intymnym repertuarze jak kołysanki - wszystko to wymagało ode mnie dużego otwarcia się i przełamania emocjonalnego. Było cudownie. Może te bardziej archaiczne kołysanki mniej do mnie przemówiły, ale niektóre z kolei mnie emocjonalnie trzepnęły. To było coś wymagające ode mnie wyzwolenia w sobie czystych i dość głębokich emocji. Mocne doświadczenie. I chcę znowu na warsztaty biało śpiewu.

Skończyłam właśnie czytać „ I ktoś rzucił za nim zdechłego psa” Jean Rolin. Przedziwna książka. Najogólniej jest to studium na temat psów dzikich, bezpańskich, w najróżniejszych miejscach na świecie od Meksyku, przez Afryk, Rosję i Bilski Wschód. Ale tak naprawdę to książkę o ludziach - bo psy nawet te dzikie nie są zwierzętami dzikimi jak na przykład niedźwiedzie, ale są w ten czy inny sposób związane z człowiekiem. Książka o człowieczeństwie opisana poprzez psy. Bez nadmiernego rozwodzenia się nad ich okrutnym losem. Poczałkowo książka irytowała mnie nieco chaotycznością, a potem dotarło do mnie, że to też jest celowe, ta metoda narracji jakby oczami bezpańskiego włóczącego się bez celu psa. I jest to książka o miejscach zakamarkach świata. Miejscach, które nie mają przypisanej funkcji, są niezagospodarowane, nigdzie nie przypisane, brzydkie i bezsensowne. Ze wszystkich miejsc, w których byłam sama pamiętam takie miejsca i jakie robiły wrażenie, takie jak przejście graniczne między Hiszpanią a Portugalią w Ayamonte przez które przechodziliśmy próżnym wieczorem z plecakami w towarzystwie bezpańskich psów. Takie miejsca mówią czasem równie dużo o ludziach niż przecudowne katedry. A sama książka zrobiła do mnie wrażenie porównywalne do Biegunów Tokarczuk.

Obywatel M. ma 30 tygodni i kilka dni. Badania prenatalne mówią, że jest zdrowy - cysty poznikały - tyle, że odwrócony zadkiem w dół i małe szanse, że się jeszcze obróci. Czyli czeka mnie wyciąganie przez cesarkę. Trochę szkoda, bo poród jest mimo wszystko doświadczaniem czegoś szczególnego. A ból i tak będzie po - co się odwlecze to nie uciecze.

A póki mogę się jeszcze ruszać, co chciałabym jak najbardziej wykorzystać, czeka mnie Wrocławski Hair, Upiór w Bytomiu, Krakowski Makbet ( będzie źle, źle, źle - bo nawet na ich własnej stronie nie ma dobrych recenzji) i kilka spotkań herbacianych z dawno nie widzianymi osobami.

I tylko jedna smutna rzecz - odejście kogoś z rodziny bliskiej mi osoby. Nie wiem co się mówi ani pisze w takich przypadkach, ale jestem z Wami myślami. (*)

czwartek, 3 lutego 2011

Tfu-rczość

Mru, Skończyłam r IX Śmierciowiska, X się pisze. Ogólnie przerabiam fabułę, bo kazało się główna linia mi się plącze, a antagonista nie ma zasadniczo motywacji działania. Takie same dziury w serze jak w Lustrach, ale teraz próbuję z tego w porę wyjść. Tak czy inaczej nie wiem czy do porodu skończę, ale powinnam być prawie, prawie...

Ponieważ cały czas siedzę w jednym tekście mam ochotę napisać coś krótkiego. Najlepiej na motywach jakiś baśni albo mitu. Jeżeli są jakieś zamówienia to chętnie napiszę tekst na zamówienie z dedykacją. Piszcze w komentarzu, albo lepiej przez kominek 10024814. Nie obiecuję, że każdy temat mi siądzie, ale się postaram. Do Upiora nie pisze. A przynajmniej nie publicznie.

A btw >wstrętna autoreklama< teksty moje są tu. Osoby zainteresowane chętnie doczepię do listy czytaniowej (-;