Weekend musicalowy. Najpierw Wrocławskie Hair. Zupełnie różny od filmu, dlatego porównywać nie będę, ale i tak mnie oczarował. Ogólnie dałam 10/10 i po raz pierwszy miałam wrażenie, że jestem na spektaklu muzycznym w Polsce nie dlatego, że chwilowo nie mogę się wybrać gdzieś gdzie to grają jak trzeba, ale że tu właśnie grają to jak trzeba.
Po pierwsze Hair jest doskonale skonstruowaną mieszanką piosenek dynamicznych, energetycznych i poruszających refleksyjnych. Na pierwszy rzut oka (ucha) to taki sobie zbiór piosenek, a w tym wszystkim są zarysowane bardzo dobrze postacie, ich charaktery i wzajemne relacje. To jest doskonała fotografia tamtych czasów. Bomby kulturowej, buntu przeciwko rasizmowi, nietolerancji i ślicznemu wypucowanemu światu ameryki lat '50 i '60.
Pomijając już fakt, że jest to portret pewnego pokolenia, to można traktować Haira jako musical o dojrzewaniu i buncie w ogóle. Tak, miałam szesnaście lat i mimo, że hipisem nie byłam, to wszelakie eksperymenty z seksem, używkami i szukaniem swojego miejsca na ziemi nie były mi obce. I nie ma to nic do rzeczy z podejściem nachlać się i iść z kimkolwiek w pościel. To jest poczucie, że chce się coś odkrywać zarówno ciele jak i w duchu, poszukiwać, odkrywać, wędrować - jak śpiewał Habbakuk - i przy tym z silnym nastawieniem, że pokolenie rodziców jest obce skostniałe i zasadniczo nie chce się mieć z nim nic wspólnego.
Tak jak powiedziałam lubię muzykę Haira, ale lubię też postacie. Nie lubię Bergera. Drażni mnie. Może dlatego, że kogoś w tym typie znałam i jeżeli można tak powiedzieć, że uczuliłam się. Uwielbiam natomiast Clauda Bukowskiego. Za jakieś zagubienie i nieporadność. Za poszukiwanie sensu i celu. I za to, że akurat bardzo dobrze rozumiem chęć bycia człowiekiem niewidzialnym.
Ponieważ kilak tygodni wcześniej byliśmy na Gliwickim Hair to chcąc nie chcąc nasunęły nam się porównania. Najogólniej Hair - Wrocławiu dałam 10/10. Hair - Gliwice 7 - 10.
W Gliwicach było bardzo świeżo i energetycznie. Wokalnie nieźle - zwłaszcza Sheila ( tak samo rewelacyjna jak we Wrocławiu) i Nick Sinckler jako Hud ( najlepszy punkt spektaklu, po prostu ciasteczko - przy nim Hud Wrocławski wyszedł jak murzynek bambo). Chwilami drażniły mnie efekty multimedialne i orkiestra (smętni panowie w tle). Ogólnie bawiłam się całkiem fajnie i nie spodziewałam się, że we Wrocławiu będzie dużo lepiej.
Było lepiej. Po pierwsze wokalnie wszyscy błyszczeli ( poza Hudem, który nie wytrzymał porównania ...), rewelacyjna muzyka z saksofonem, całość bardzo roztańczona i żywa, a przy tym sprawiająca wrażenie poruszającej się zupełnie naturalnie. I co mnie jeszcze zauroczyło to fantastyczna scenografia - aranżacja hipisowskiej meliny, gdzie cały czas w tle coś się działo. I dużo lepsze reżysersko sceny halucynacji Clauda. Cóż, białe niedźwiedzie nigdy już nie będą takie same.
A teraz planuję zakup adapteru ( zakochałams ie u Agi) i tej płyty.
Potem mieliśmy imprezę na której przekonałam się, że jestem strwożeniem introwertycznym, zamkniętym w sobie, a próby otwarcia mnie i kontakt z ludźmi, kiedy nie czuję się emocjonalnie dobrze, powodują, że chce gryźć.
W sobotę odespałam i wybrałam się na Bytomskiego Upiora. Nie z potrzeby serca, ale był to niejako obowiązek fandomowy. Spodziewam się zupełnej katastrofy, ale dałam uczciwe 5/10. ( Teatrowi Roma z Warszawy dałam 1/10 i to tylko za rolę Raula). Całość nie była źle zaśpiewana, ani zagrana. Nie na tyle dobrze, żeby poruszyć, ale na tyle źle, żeby nie rozśmieszyć. Scenografia - poza Aidą - była całkiem fajna, gra aktorsko zwłaszcza od strony Carlotty i Erika bardzo dobra. To gdzie jest problem? Po pierwsze musical Kopita sam w sobie jeżeli chodzi o melodie jest słaby. Film na jego podstawie z 1990 trzyma się na grze aktorskiej i głosie Charlsa Danca oraz na fragmentach z Fausta. Tu nie było tego uroczego głosu i zdań wielokrotnie złożonych - i niestety też zamiast Fausta dali jakieś dziwaczne coś. Kopit melodyjnie jest słaby. Christine odchodzi - a on sobie śpiewa jakiegoś walczyka. I co, że dobrze go śpiewa. Jakbym nie rozumiała słów, to by to nie miało sensu. Dla porównania końcowa scena POTO Webbera w Londynie potrafiła wbić w fotel i rozbić na proszek osoby nie rozumiejące po angielsku. A tu wszystko jest na jedno kopyto, a po wyjściu żadnej melodii nie da się przypomnieć.
Drugi mankament - za który jest już odpowiedzialna sam opera - to stroje. CO TO ZA KOSZMAR? Kiecki balowe w różnych stylach w typie sylwester na wsi. Wszystko szyte z firanek i zasłon, z cekinami i fasonami nie mającymi nic wspólnego z XIX wiekiem. Panowie w koszulach z gołymi plecami. Rekomenduję natychmiastowe zwolnienie osoby odpowiedzialnej za stroje, a z garderoby zrobienie pensjonatu dla moli ( tfu, mól je szlachetną wełnę a nie wstrętne stare zasłony z szyfonu). Drażniły też szczegóły - Raul seplenił, a z Christine, która na zdjęciach może nie powalała urodą, ale miała miłe oblicze - strojem i makijażem zrobili spasioną żabę. Zresztą jej głos był mocny i w miarę czysty, ale nie jakoś bardzo miły dla ucha. Były jasne punkty - Erik, scena wspomnień, zakończenie, scenografia. I ogólnie wyciągnęli tego ile się dało. Tyle, że za dużo się nie dało. Nie żałuję, że poszłam, ale żeby mnie ruszyło jak POTO czy LND nie mogę powiedzieć.
A poza tym zastanawiamy się czy posłać Nat do szkoły. We wrześniu będzie jej brakowało miesiąca do 6 lat i są argumenty za pierwsza klasą od razu. Są też przeciw i jeszcze się zastawiamy.
2 komentarze:
Nie zgadzam się z tobą z twoją krytyczną recenzją z "Phantoma" w Operze Śląskiej w Bytomiu. Jeżeli ktoś wybiera sie na spektakl z nastawieniem, że będzie to "knot", to takie wyniesie wrażenie z teatru. Twoja recenzja jest z tezą i uzasadnia twoje uprzedzenia przed wyjściem do opery.Dla mnie to było przedstawienie z robione z rozmachem. Dużo "teatru w teatrze". Scena z "Aidą" miała dużo powietrza i nagości. Dla mnie była upalna, może poza choreografią, której nie było!Jeśli chodzi o kostiumy, to nie widziałąm tam firanek. Widziałam tafty, organzy, szyfony, jedwabie i koronki. Piękne kostiumy miała Carlotta i wspaniała Joanna Kściuczyk-Jędrusik w tej roli. A Ogórkiewicz jako Eryk bardzo wiarygodny i mocny głosowo! Mocne były te trzy damy w czerwieniach "koleżanki"/L.Duży, Noworzyn i nazwiska trzeciej nie pamiętam/. Raziły cię kamizelki bez pleców u facetów? To chyba nigdy nie byłaś w nocnym lokalu i nie widziałaś jak mogą być ubrani, w dodatku w Paryżu! Wspaniałe były efekty specjalne - spadający żyrandol, palące się kolumny,dymiąca trucizna na struny głosowe i płonąca kartka od Upiora.To był czar! A podziemie opery, prawie jak przepastne kopalnie sląskie / może są takie pod Operą Śląską w Bytomiu?/ Super robota scenograficzna. Wybierz się jeszcze raz, to może zobaczysz więcej.
Ależ ja byłam zachwycona - na te warunki to im nieźle wyszło. Co do Erika był pan Urbaniak - chyba na szczęście bo koleżanki pana Ogórkiewicza widziały kilka lat temu w Poznaniu i twierdziły że pan Urbaniak jest o niebo lepszy. I zgodzę się z nimi, że jest to najlepszy Polski Upiór - z budżetem mniejszym niż w Romie dali radę lepiej.
A co do strojów. Pomijając już pierwsza scenę, coś takiego http://www.opera-slaska.pl/galeria.php?gal=118&zdjecie=2772 tylko w kolorze złotym wisi u mnie w sypialni na oknie. Porównania do kostiumów pani Maria Björnson z POTO w Londynie nie ma.
5/10 to jest jak na te warunki i moje oczekiwania bardzo pozytywna reakcja. I radości że mogli zrobić gorzej a nie zrobili nie będzie.
A w scenie z Aida mogli te czerwone światełka darować.
Prześlij komentarz