Mam wyjątkowo parszywy nastrój. Tak parszywy, że zgodnie z całym prawdopodobieństwem zaraz odbiję się od dna i będzie dobrze. Dalsza część epopei rodzinnej – choć w sumie nic nowego – to wszystko zaczyna przypomina brazylijski. Matka dalej budzi we mnie pokłady agresji zdolne rozwalić Pałac Kultury ( Demonku pamiętasz ten ostatni wybuch u ciebie?). Z ojcem z kolei miałam niefajną wymianę maili, która usankcjonowała stan, że się nie znamy. A wszystko to, że mam czelność żyć po swojemu i jestem nieudacznikiem bo nie mam pracy dającej mi składki emerytalne ( bo to przecież najważniejsze!). No i odrzucam wielką matczyną miłość.
Cóż, ludzie którzy przez większość życia byli zgorzkniali, nieszczęśliwi i umęczeni nie są najlepszymi drogowskazami. A emeryturę mam głęboko gdzieś, podobnie jak spóźnione próby wychowawcze. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że oni będą na emeryturze szczęśliwi, bo całe życie poświecili żeby ją mieć. Ja na dzień dzisiejszy muszę się nauczyć żyć z tą złością, z dwóch powodów. Po pierwsze żeby moi bliscy przez nią nie oderwali a dwa, żeby mi nie podcinała skrzydeł.
To co wyniosłam z domu to takie wielkie ołowiane ciężarki przygniatające w dół. Ponieważ mnie naturalnie ciągnie w górę i przed siebie to często się uśredniało i stałam w zawieszeniu. Za dużo żeby się nie utopić, za mało żeby pofrunąć. W zawieszeniu. Bo to się nie uda, jest bez sensu, i trzeba ciężko pracować na emeryturę. Może już wystarczy.
A że teraz mi niefajnie? Cóż, komu innemu bym powiedziała „ dusza nie szklanka się nie stłucze”. I nie oglądaj się za siebie. Jak w bajkach, gdzie uciekając przed potworem rzucało się magiczne przedmioty i nie patrzyło się za siebie. Nigdy. Ja to wszytko wiem, a jednak takie sytuacje potwornie męczą mnie to.
Może na mój nastrój nakładają się też nadchodzące święta?
Na to wszystko nałożył się dziwny sen. Jeden z tych które pamięta się w każdym szczególe. Kraków, deszczowy współczesny. Idę z kimś po rynku. Obok mnie przechodzi jakaś religijna procesja na koniach – nagle pod nogi spada mi krzyż. Podnoszę go i podaję – widzę, że jest zrobiony z posklejanych ludzkich kości. Po chwili wchodzimy z koleżanką w jedną z bocznych uliczek. Tam kamienny kościół i wykopki ( koparki, robotnicy archeolodzy) – informacja że przenoszą jakiś stary miejski cmentarz. Przez przypadek wchodzę w kupę błota wymieszaną z kośćmi, przewracam się, ta masa mnie wciąga i zatapia po szyję. Dopiero kiedy jestem już znużona po szyję w szkieletach, żebrach, piszczelach i czaszkach komuś udaje się podać mi rękę i jakoś wyciągnąć.
A z dobrych rzeczy?
Czytam Stasiuka. Bardzo mi na ten czas pasuje, szczególnie nielinearna forma. Wciąga.
Mam nadzieję mieć do nowego roku 100 stron Tego Nowego co piszę. Na razie mam połowę i dokładne notatki do reszty. Podoba mi się ten tekst. Teraz wiem, że jeżeli nawet nie wydaja Luster to dużo się na nich nauczyłam.
Mam bilety na Dziadka do Orzechów. Niestety spektakl szkolny o 11. Widać Opera w Bytomiu nie zakłada, że rodzic może sam z dzieckiem po południu lub w sobotę chcieć iść do Opery.
Jedziemy na Mikołajki Folkowe i Króla Leara. Bardzo się cieszę. Takie pozytywne rzeczy w grudniu.
No i zaczęłam 19 tydzień. Młody bezproblemowy. Nawet schudłam kilogram. Młody podobno już zaczyna słyszeć. Puszczam mu ścieżkę z Truposza.
W niedzielę urodziny Williama Blaka. Trzeba będzie jakoś to uczcić. Ogólnie nie widzę powodu dla którego po śmierci nie należy obchodzić urodzin. Wszystkiego najlepszego Will! Teraz nie mogę, ale chętnie wypiłabym za ciebie wypiłabym twoje zdrowie jakąś dymiącą mikstura godną Fausta. Zasadniczo trudno Ci czegokolwiek życzyć – musi cie być nieźle tam gdzie jesteś, Bóg musi się dobrze czuć w otoczeniu Mistyków. I pozdrowienia dla Catherine po drugiej stronie.
0 komentarze:
Prześlij komentarz