poniedziałek, 6 grudnia 2010

Córki Króla

Mieliśmy okazje w niedziele być na spektaklu teatru STU „Król Lear”. Sam spektakl balansował między klasyką, a nowoczesną interpretacją – i dochodzę do wniosku, że ta granica nie jest taka ostra. Treści są uniwersalne, a forma ich przekazu, gdzie stroje z epoki mieszają się ze skórzanymi gorsetami wpasowują się idealnie. Bo w końcu, strój, scenografia mają wartość symboliczną, a nie dosłowną. I potem nie ma się co dziwić, że takie rzeczy jakie wyprawiają w Operze Berlińskiej są dla mnie zupełnie normalne.

Był to mój trzeci spektakl w życiu na którym siedziałam w zachwycie ze szczęką do samej ziemi. Pewna, że to właśnie tak miało być. Brawa za realizację – dźwięku i efektów scenicznych. One nie pozwalały się nie skupiać, one przenosiły widzów niemal dosłownie na scenę.

Sztuka została w treści delikatnie zmieniona – wycięto mężów córek Leara im samym pozwalając grać główne role. Mam też wrażenie, że sam tekst został delikatnie zmieniony, szczególnie w tekstach błaznów – jednak takie uwspółcześnienie zostało językowo zrobione perfekcyjnie.

I gra aktorska. Wszystkich. Dariusz Gnatowski, który podobno grywa w Kiepskich, wymiatał jako Kent. Prześmiewczo gorzki. Zabawny i smutny. W idealnych proporcjach. Mariusz Saniternik jako Lear był niesamowity. No i córki, bo w jakimś sensie to jest spektakl o nich.

O czym jest Król Lear?
Ja na sztukach Szekspira mam takie uczucie, jakie musi mieć drapieżnik jedzący surowe mięso. To jest to. Coś pierwotnego,tak bardzo bliskie człowiekowi jak krew i kości. Tak jakbym dosłownie przeżuwała ludzkie dusze. Inna sprawa, że w niektórych wykonaniach to mięsko troszkę nieświeże. Ale na szczęście nie tym razem.

Czytając o czym jest Król Lear miałam wrażenie, że strasznie głupi ten król. Wręcz nielogiczny do absurdu. Czy to tylko kaprys? A jednak dochodzę do wniosku, że zaczynam go rozumieć. Bo najtrudniej jest się pogodzić, że ci których kochamy najmocniej nie spełniają dokładnie naszych oczekiwań. Nie mówią i nie robią kalka w kalkę tego czego byśmy chcieli. I wtedy pierwszym odruchem jest raczej wyrzucić ich z serca niż zaakceptować. To właśnie robi Lear.

Zresztą podobny motyw; odrzucenia dzieci jest w Tytusie Andronikusie, kiedy stary wódz legionów przeklina synów w imię prawa.

Król się starzeje. Chce oddać władzę, męczy go ona, a jednak chce ją zatrzymać ( 100 zbrojnych to niemało). Chce też władzy despotycznej nad córkami, oddać koronę i być królem, ciastko mieć i ciastko zjeść. To też sztuka o starości i niemocy Leara. On nie umie pojąć tego, nie tylko, że nie ma już władzy, ale że jego koniec się zbliża. Jego przewodnikami do zrozumienia, do akceptacji córki i swojej starości jest błazen.
- Kto ty? - Pyta Lear
- Kto ty? - Odpowiada błazen.
Błazen jest po trochu lustrem. Jemu wolno się śmieć. Wolno mu pokazywać prawdę. I takim lustrem jest też własne szaleństwo, w które stopniowo zatraca się Lear. On w zasadzie cały czas balansuje na granicy między obłędem, a gorzkim zrozumieniem rzeczywistości. I nie wiadomo gdzie się obecnie znajduje. Mistrzowsko zagrane.

To opowieść o władzy. Władzy o jaką po trupach walczy Edmund (Robert Koszucki w tej roli obrzydliwie przystojny co trochę rozpraszało część widowni). Zresztą na marginesie ja uwielbiam Szekspirowskich złych bohaterów, są niegłupi, zdeprawowani do końca i fascynujący. Jak Aaron, kochanek królowej Gotów w innej sztuce.

Drugi z braci Edward to postać, która też ociera się o szaleństwo. I też musi się w nim pogrążyć, przejrzeć się żeby w jakiś sposób się odbić i z utracjusza i pijaka zmienić się w wojownika.

Jest też opowieść o zdradzie. Obie córki Reagana i Goneryla zdradzają najpierw ojca, potem siebie. I nie ma w ich grze nic przerysowanie, choć było o to bardzo łatwo. I jak się tak zastanowię to chyba one grały tu pierwsze skrzypce. I to jest sztuka o nich i o tym co zrobiły z powierzoną im władzą.




0 komentarze:

Prześlij komentarz