UWAGA: Dla osób, którym nie chce się czytać recenzji kinowo muzycznych – kawałek o Natalisku na samym dole. (-;
Kilka rzeczy ostatnio widziałam i z zabiegania nawet słowem nie wspomniałam. Nadrabiam więc zaległości w odwrotnej chronologii.
Wczoraj byliśmy z Kotem i Natalisem na „Skarbie Babuchy Burczymuchy” w Teatrze Ateneum w Katowicach. Rewelacja. Dzieci były zachwycone, świetne piosenki i sama treść bajki, pomysłowa scenografia i kostiumy. Zero tandety. A na dodatek wszystko okraszone delikatnymi i niegłupimi żartami zrozumiałymi dla dorosłych. ( Konia, konia królestwo za konia). Aktorstwo fenomenalne. W trzy osoby zagrali całą bajkę i jeszcze tło i narratora. I tu jeszcze raz smutne porównanie z niedalekim geograficznie Teatrem Nowym w Zabrzu, który z podobnym budżetem chałturzy i męczy widzów słabym nagłośnieniem, beznadziejną grą i tandetną fabułą. Dlaczego tak różne teatry? Nie wiem. Pewnie jak zwykle zarządzanie.
Tak czy inaczej „Skarb…” opowiada historię księcia Aleksandra który pożegnawszy się z rodzicami wyrusza na poszukiwanie przygód i żony. Poznaje dobrego smoka, który zostaje jego przyjacielem ( ratuje go z rąk zbójców) a potem zostaje okradziony przez Babuchę Burczymuchę – jędzę z lasu – posiadaczkę czarodziejskiej księgi, kota i skarbu. Potem sam ze smokiem okrada staruszkę i ucieka przed jej zemstą. A na samym końcu zdobywszy jej magiczną księgę sprowadza Babę Jagę do dawnej postaci czyli księżniczki i żeni się z nią.
Fajne to na scenie było, ale przyprawiło mnie o atak głupawki i odczytanie sztuki w kontekście feministyczno socjologicznym. Babucha Burczymucha – bogata, niezależna i odważna jednostka. Kobieta wyzwolona. Posiada dostęp do kobiecej siły, magii, ma kontakt ze świtem zwierząt i z naturą ( nie, kozła nie było). I ta Babucha jest przez złego księcia, reprezentującego patriarchalne wartości, sprowadzona do roli żony i obrabowana ze skarbu. Jej wygląd zostaje siłą zmieniony, aby zadowolić męskie gusta ( …jak wiele kobiet presja egoistycznych samczych gustów popycha w stronę skalpela chirurga….). Baba Jaga wykastrowana, ostateczny upadek czarodzicielstwa, zdominowanie pierwotnej kobiecej siły przez konwencje społeczną. A skarbu jej na końcu nie oddali, o!
I rozchichotana tą interpretacją wracałam do domu. Zahaczywszy o winiarnię i dwie butelki wina śliwkowego. To jest jeden z nielicznych alkoholi, po którym jak kocica się łaszę do patriarchalnego samca żeby mi dolał do kieliszka (-;
To na scenie. A tydzień wcześniej maiłam okazję oglądać Carmen z Met – w Sali kinowej Kina Kijów. Po spektaklu z Londynu nie myślałam, że Carmen jest w stanie mnie jeszcze aż tak zaskoczyć i oczarować. Muzycznie cudowne, cudowne, cudowne. I doceniam młodego dyrygenta który machał batutą z taką pasją i uśmiechem, że aż podskakiwał. ( A starsze panie komentowały z zachwytem w głowie „ Jaki on młodziutki….” )
Ja w ogóle dochodzę do wniosku, że z oper mam dwie ulubione Carmen i Don Giovanniego. I obie mają coś wspólnego – głównego bohatera/bohaterkę, który mało się przejmuje konwencjami społecznymi i etycznymi. I szuka. I cały czas czegoś pragnie. I to mnie za każdym razem w kolejnej interpretacji powala na kolana. Ten głód życia i wolności. A operowe miłości – zamurowywanie się w grobowcu, skoki w muru, umieranie z miłości i gruźlicy jakoś mnie mniej ruszają.
A co do samego spektaklu z Met. Po kolei, nie mogąc się powstrzymać od porównań do wersji Londyńskiej. Tło: Klasycznie, ale…akcja przeniesiona w czasy międzywojenne z dużym pożytkiem. Całość dekoracji, kostiumów wspaniała i perfekcyjna. Dodatkowo niesamowita choreografia, elementy tańca i ruchu.
Elina Garanca jako Carmen powalająca. Młodsza niż Antonacci, grała coś co przypomniało żywe srebro, byłą zmienna jak górski strumyk. Ona kochała, nienawidziła naprawdę. Czegoś tak pełnego pasji i wolności jeszcze nie wiedziałam. Roberto Alagana mniej zidiociały niż Kaufmann – nie wiedziałam, że z roli Don Jose można wykrzesać tyle ikry i emocji. Odszczekuję wszystkie złośliwe komentarz – Alagna potrafi grać. On był jednoczenie słaby i silny, kochający i pełen nienawiści, troszkę szalony.
Jedyne co podobało mi się mniej to Esamillio. Pan Kwiecień był chory – a jego dubler wyszedł jakoś blado. Szczególnie aktorsko – ale trudno zagrać młodego boga jak się ma mordkę szczurka ( po gębie to by mógł Leporella dobrze grać) Zwłaszcza jak mam porównanie do Ildebrando D'Arcangelo, który oprócz tego, że wygląda tak, że mógłby w ogóle nie śpiewać a i tak dostałby oklaski. A że śpiewa jak wygląda, to można sobie wyobrazić efekt….Mam tylko nadzieję, że jako baryton nie dostanie roli Scarpia w najbliższym czasie. Bo nikt nie pojmie czemu ona go nie chciała.
Czkam aż to cudo ( na Carmen, nie na Illdebrano) będzie na płytce. Wtedy zapraszam na oglądanie.
Druga rzecz z MET którą mieliśmy okazję oglądać w Kijowie to Opowieści Hoffmana. Było to już jakiś czas temu, ale mroziło jak dzisiaj. Opowieści mniej fabularnie poruszające niż Carmen – ot historia cierpiącego artysty kretyna, który trafiwszy na kobietę lalkę, chorowitą śpiewaczkę, a na końcu ladacznicę, ostatecznie postanawia cierpieć aby tworzyć i oddaje się w ramiona swojego osobistego demona i alkoholu. Dość fajne muzycznie ( Netrebko dała radę bardzo, ale aria lalki mocno męcząca). Co mi się jednak przede wszystkim podobało to oniryczność spektaklu. To jest opowieść w opowieści, sen, wspomnienie. Nic tu nie jest do końca realne, wszystko jest widziadłem i opowieścią mocno już zapijaczonego pisarza. Tak jak gdzieś czytałam opera w Nowym Yorku musi być klasyczna i tradycyjna, bo ma sponsorów o klasycznych gustach. I w tym kontekście to było odważne przedstawienie. Dziwne widziadło, nierealne ale przy tym bardzo spójne. Ha, mam nadzieję że Armida też będzie zaczarowana. No, wiedźma przecież.
A w kolejce do oglądania czeka „Co ty wiesz o Elly” – tyle dobrych recenzji, kino Irańskie, które dotychczas mnie urzekało, że aż boję się rozczarować. Zdam relacje – premiera Od 12 lutego.
A za dwa tygodnie babska impreza Bolly. Będzie nas dużoooo. Z jednej strony bardzo się ciesze, a z drugiej mam stracha organizacyjnego. Ale jest Ania, Madzia i Hania do pomocy zgłoszona więc z takim zapleczem dam radę.
A z telenoweli „ mamą być”.
Wymyśliłyśmy zabawę.
A wszystko przez to poprosiła mnie żebym zrobiła jej statek. Statek DLA wieloryba. Spodobało mi się to, że statek DLA a nie NA wieloryba. No wiec narysowałyśmy I wyciekłyśmy statek. O czerwonych żaglach. Na pamiątkę pewnego pana, który takim statkiem pływał. Statek miał 3 żagle, armatę i napis DLA WIELORYBÓW. Armatą strzelał do statków wielorybniczych. A jak się już topiły to wyciągał wielorybników I w ich krwi farbował żagle żeby były bardziej czerwone. Potem biegałyśmy po domu z papierowym statkiem i plastikowym wielorybem, Natalka wznosząc okrzyki „Mamo, strzelaj! Strzelaj! Widzę wielorybników, upuścimy im krwi!
0 komentarze:
Prześlij komentarz