niedziela, 20 września 2009

Wombat zrzędzi po artykule.

Przeczytałam sobie właśnie na Gazecie artykuł o pani Helen Gurley Brown, która była przez wiele lat naczelną redaktorką Cosmopolitana i włosy mi stanęły dęba na głowie. To ona jest feministką? To ktokolwiek może ją za nią uważać? Są takie głosy jak się dowiedziałam. O.
Ja do feminizmu mam bardzo mieszane uczucia. Kiedyś byłam w 100% anty. A teraz im dłużej sobie myślę, czytam, dalej myślę – to okazuje się, że moje szczere wombacie przekonania są chyba bardzo blisko feminizmu. A jednak jak podchodzę i obwąchuję to Coś mi tu śmierdzi i jakoś się podpisać nie mogę.
Jestem blisko feminizmu bo na klasyczny patriarchat ( uległość wobec kogokolwiek – mężczyzny na ten przykład) jest dla mnie obrzydliwa. Ponieważ ani z domu ( jaki był taki był) ani ze związku patriarchatu nie doświadczyłam uważałam go za abstrakcyjne monstrum, które jest tak paskudne, że jego istnienie najlepiej włożyć między bajki o godzili. Zbliżałam się też do feminizmu, kiedy widziałam w sobie tą pierwotną kobiecość – Afrodyte – po części Demeter – o których pisała Jean Bolen. I dzika kobieta Clarissy Estes. To była kobiecość neolityczna, nieskrępowana, pierwotna i dzika. I w żadnym razie nie wynikającej z roli żony czy matki jaką daje mi społeczeństwo. Role społeczne miałam i mam głęboko w gdzieś.
A odrzucało mnie od feminizmu Coś. Oczywiście nieszczęsny pogląd na aborcję którego nie kupię od nich nigdy i w żadnej postaci. Dalej gloryfikacja roli kobiety – pracującej ( niezależnie od tego jakby debilna ta praca była – z definicji jest lepsza od opieki nad dzieckiem) – czego efektem jest armia kobiet zaczarowujących się na dwóch etatach ( dom i kariera) i czujących że w jednym i drugim nawalają – bo oczywiście panowie chętnie przyjmują żonę feministkę która pracuje – ale już żony która oddaje im część obowiązków domowych widzieć nie chcą. I jeszcze było Coś czego zdefiniować nie umiałam a mi śmierdziało.
Wiem już co to było. To Coś to traktowanie poglądów pani Helen Brown i jej produktu jakim jest Comso-Gril jako feminizmu - śmierdzi mi to straszliwie. Jak to ładnie napisano w artykule „doradzała kobietom, jak siadać, stać, jeść, pić, czesać się, wypowiadać, ubierać, byle tylko zadowolić mężczyzn”. Ja powiem więcej – systemowi patriarchalnemu można zarzucić przedmiotowe traktowanie kobiety jako macicy – matki i rąk do pracy w domu. Ale w jakiś sposób szła za tym ( przynajmniej teorii i tak długo jak kobieta się nie wychylała) opieka i szacunek. Mężczyzna też miał jakieś zobowiązania. Mnie ten układ w ogóle nie odpowiada ale w jakiś sposób mogę go zrozumieć. Szczególnie jeżeli nie jest zdeformowany i opiera się na szacunku.
Pani Brown rezygnując z układu Kobieta – Macica przeszła do układu Kobieta – Nakładka Na Penisa. I to nie byle jaka nakładka! Nakładka zadbana, uśmiechnięta, samowystarczalna finansowo, nie wymagająca zobowiązań i w dodatku przechodnia. Można zaprzestać używania i skorzystać z następnej. Cały świat jest tu pojmowany przez Niego – Pana – Mężczyznę – metod jego zaspokojenia. I nie wierzę w bzdury że pani Brown reprezentuje feminizm dla zahukanych dziewczątek klasy pracującej. Jeżeli te dziewczątka wyzwolą się dzięki niej od perspektywy pana męża któremu trzeba robić kolację – do pana przełożonego któremu wypada zrobić laskę – to ja przepraszam, ale gdzie tu wolność? Na wyborze obiektu, któremu się rzeczoną czynność robi? Zniewolenie nie jest stanem społecznym, ale stanem umysłu. ( Przynajmniej w naszej kulturze – gdzie prawa są równe – pomijam przypadki Afganistanu ), poczuciem wartości siebie i własnej kobiecości. Jestem mamą która trzy lata siedziała w domu, zazwyczaj ja gotuję, częściej piorę – bo tak mi pasuje. I jakoś się nikt w ciągu mojego życia nie próbował wombata zniewolić i uprzedmiotowić. Cóż, byłoby to zajęcie wysoce nieefektywne i raczej niebezpieczne.

A ze spraw bieżących.
Humor dalej bardzo dobry.
Czytam Lavondyss Holdstocka. Jest to kontynuacja Lasu Ożywionego Mitu który czytałam wieki temu i pamiętam do dziś. I Kiedy kilka tygodni temu Ania przeczytała mi pierwsze słowa książki

Czy ważysz się, o duszo,
Pójść ze mną na obszar nieznany,
Gdzie ścieżek nie znajdziesz ni gruntu pod stopami?

…to byłam w proszku i na sporym głodzie kiedy resztę tekstu dorwę. Już mam.
Od października zaczynają mi się operowo krakowskie wyjazdy połączone ze spotkaniami znajomych. Fajnie.
I jest sezon na kasztany. Robimy z Nat ludziki i cholera jakoś nie pamiętałam z dzieciństwa, że w tym pieroństwie jest tak ciężko zrobić dziurkę.

1 komentarze:

akinnore pisze...

Bardzo dużo feministek jest przeciwnych aborcji - na przykład ja. Oczywiście są środowiska, które uważają, że jedynym wyznacznikiem praw kobiet jest dostępność aborcji, ale te środowiska dominują głównie w mediach, nie w realu.
Gloryfikacja kobiety pracującej, deprocjonowanie zajmowania się dziećmi w domu - nie lubię tego sposobu myślenia, ale poniekąd rozumiem, skąd się bierze. Ciągle gdzieś czytam, słyszę o kobietach, które "robią karierę", chociaż mają dzieci! Z reguły czytam o tym w atmosferze skandalu, a artykuł kończy się dramatycznym pytaniem - a co na to mąż?!
W moim przekonaniu praca, jaką jest "siedzenie w domu z dzieckiem" jest zajęciem na tyle trudnym, odpowiedzialnym, ważnym, ze deprecjonować jej nie wolno.
Ale dzieci są wspólne - nie tylko mamusi! Owszem, przez pierwsze miesiące tylko mamusia może je nakarmić i to jest jedyna różnica. Tatuś może przewinąć, może pobawić, może przypilnować, może też, o zgrozo, wymienić pieluchę. (Mam przeczucie, że gdyby ciężką pracę - opiekę i wychowanie dzieci podzielić między kobiety i mężczyzn, to natychmiast przestałaby być nazywana "siedzeniem w domu z dzieckiem", a zmienianie pieluch urosłoby do rangi bohaterstwa).
Nie chodzi mi o to, ze wszystkie kobiety mają iść do pracy - chodzi mi o zmianę przekonania, że dzieci są mamusi. Ponieważ w dzisiejszych czasach mało która rodzina jest w stanie przeżyć z jednej pensji, siłą rzeczy kobieta musi iść do pracy i fajnie by było, gdyby w związku z tym facet wziął też częściową odpowiedzialność za dom.
Na temat tego artykułu - zaczęłam czytać, trafił mnie szlag, przestałam czytać. Feminizm w Cosmo to wolność uprawiania seksu, która jak sądzę, że wszystkich wolności kobiety jest najmniej ograniczona... Pewnie dlatego, że przynosi panom świata korzyści.

Prześlij komentarz