niedziela, 13 września 2009

Bajki i bajeczki.

Pierwszy weekend od bardzo dawna gdzie nigdzie nie ganiałam. Miałam troszkę czasu na Dom, Natalia i Książki.
Z planów teatralnych wyszło coś w rodzaju rpg, zupełnie nie wyglądało to tak jak planowałam ale zabawy było dużo

W sobotę Nat chlorawa więc siedzimy na kanapie i za pomocą plastikowych dinozaurów odtwarzamy Kopciuszka.
Ja: ( jako Herold księcia) - …i książę na balu wybierze sobie męża…
Przem: - Znaczące chrząknięcie
Ja niezrażona: ( jako Herold księcia) – na bal, na bal zapraszamy bo książę męża szuka…
Natalis ( zdegustowany) – Chyba żony…

Dzisiaj podajecie do Calineczki. Ale fabułę diabli wzięli bo Natslais obsadził się w roli Ogrodniczki która pilnowała Calineczki. I jak w pierwszym akcie ropucha chciała grać swoją rolę to dostała wycisk. I ogólnie fabuła nie zwykłym torem.


I przy tej okazji krótka refleksja o Bajkach. Byłam ostatnio u rodziców i przejrzałam kilka książeczek jakie jej kupili żeby tam miała. Szlag mnie mało nie trafił. Czerwonego kaptura wilk nie zjada tylko straszy, Małą Syrenka zostaje żoną księcia, a Dziewczynkę z Zapałkami adoptują. Czy ktoś tu oszalał? Czy w tej politycznej poprawności nie zaszliśmy za daleko? Czytałam ostatnio rewelacyjną książkę o znaczeniu baśni, ich roli i znaczeniach – „ Bajki Rozebrane” Katarzyny Miller I Tatiany Cicheckiej. Polecam.
I tu już nie chodzi o absurd że trzęsiemy się nad dziećmi, układami im milusi różowy świat gdzie wyczystko jest milusie bo inaczej by im mogło zaszkodzić – lub nie daj boże przestraszyć. I to nić, ze całe pokolenia wychowywały się na braciach Grimm i Andersenie.
Bajki są po coś. Nie tyle żeby moralizować i przekazać morał. Bardzie po to, żeby dziecko sobie pewne emocje przećwiczyło, pobało się, posmuciło, nawet zupełnie nieświadomie przyjmując tą drugą, archetypiczną stronę bajek.

Tak czytam czteroletniej córce Andersena i Grimma w najbardziej oryginalnej i nie okrojonej wersji jakiej udało mi się kupić. Tak, Mała Syrenka zmieniła się w morską pianę, po tym jak nie chciała zabić sztyletem żony księcia. Czerwonego Kaptura zżarł wilk którego potem wypatroszył myśliwy, a Ołowiany Żołnierzyk się spalił. I pieprzyć Disneya!


A ja z kolei odkryłam magię audiobooki. W zupełności książek mi nie zastąpią, ale mogłam dziś umyć okno słuchając Melvilleia.

0 komentarze:

Prześlij komentarz