piątek, 11 grudnia 2009

Dym się rozwiewa

Kilka lat temu miałam przyjemność mieszkać dwa miesiące w Sierra Leone. Czasem żałuję, że tak krótko. Tak czy inaczej, być może przez to, że przyjechałam nie jako turysta, dane mi było być bliżej tych ludzi. Nie jako jeden z nich, ale też nie jako obcy.

I tak sobie teraz ten wyjazd przypomniałam czytając doskonała książkę pana Jacka Milewskiego „Dym się rozwiewa”. Ksiązka jest cyklem opowiadań o życiu Cyganów Polskich. Tych biednych i bogatych, tych co kradną i tych co handlują, kiedy się żenią i opłakują zmarłych. Książka jest rewelacyjne barwnie napisana ( o, mogłabym się pokusić o porównanie do Kapuścińskiego – ale nie to nie jest reportaż – to świadectwo na wskroś subiektywne, ale jakie przekonywujące.)

I dlaczego mi się w tym momencie skojarzyła moja Afryka? Bo te kultury mają ze sobą wiele wspólnego. Są wkurzające. Czasem niesolidne, czasami wołające o pomstę do nieba traktowaniem kobiet, pogardą którą traktują innych – białych – albo nie cyganów. Tak, to prawda. Ale mają w sobie też ogromny ładunek emocji, rodzinę, klan, który jest nie tylko przekleństwem i stygmatem ale i wsparciem. Świat żyjący tu i teraz, emocjonalny, pełen dzieci, rozkrzyczany i żywy. Ze swojej strony powiem, że mieszkam od ośmiu lat niedaleko jednego z większych w Zabrzu skupisk Cyganów i wszystkie moje doświadczenia są raczej na plus. Pamiętam mamę z dzieckiem w Szpitalu w Zabrzu – i tylko ona i potrafiła się jak ja stawić pielęgniarkom jeżeli chodziło o dobro małej. Kilku innym mamom mówiłyśmy sobie dzień dobry przy placu zabaw. A jak kiedyś któraś chciała mi powróżyć, to jej powiedziałam, że nie chęć stracić kasy jak zrobi to a to. Roześmiałyśmy się obie, a potem poczęstowałam ją papierosem i jeszcze chwilę pogadałyśmy.

Ja jestem trochę sierota. Niby rodzinę mam, ale małą, zamkniętą w sobie i zawsze się w niej czułam tak obco. Kiedy byłam mała i babcia mnie straszyła, że jestem podrzutek i jak będę niegrzeczna to mnie oddają do domu dziecka, to się cieszyłam. Bo może mnie tam znajdą jacyś prawdziwi. Swoi. I może dlatego mnie do tych światów zawsze tak ciągnęło. Może tak mi skrzydeł dodają dzieci i nigdy nie miałam wahania, czy będę dobrą matką. Może dlatego kiedy mnie zaprosili do stołu w Lungi ( w sumie raczej do wspólnej miski) poczułam się jak w domu.

Jest we mnie jakieś pęknięcie, jakieś rozczepienie: z jednej strony rodziny nie znoszę. Nie utrzymuję żadnych relacji emocjonalnych, na samą myśl o świętach czy obiedzie rodzinnym ściska mnie skurcz strachu i wiem, że będę milczała i patrzyła na zegarek co pięć minut. Ale też jak zwierzę w klatce za wolnością tęsknię za Swoimi. W Londynie mieliśmy ze znajomym na ten temat rozmowę. Kolega kultur klanowych, opartych na relacjach krwi nie państwa, delikatnie mówiąc nie lubi. Widzi w tych więzach bardziej kajdany tych ludzi, a nie siłę wartość. Może i są to czasem więzy hamujące rozwój – ale dla mnie, kojarzą się tylko z moją własną tęsknotą.

A książkę Dym się Rozwiewa polecam bardzo bardzo.

0 komentarze:

Prześlij komentarz