czwartek, 30 marca 2006

Zastanawiałam się gdzie są granice mojej otwartości. Czy zawsze, tak jak twierdzę, co na sercu to na języku? Myślę, że nie przyznałabym się do tego, że nie jestem szczęśliwa. Jakby metodą samospełniającej się przepowiedni takie słowa mogły wszystko zniszczyć. A może uważam, że to wstyd? Nie być szczęśliwa – nie dawać sobie rady? Dlatego czasem znikam. Nie potrzebuję od przyjaciół wsparcia. Potrzebuję nory, żeby się schować. I zaufania – żeby wiedzieć, że ktoś będzie czekał, kiedy z tej nory wypełznę. Bo zawsze wypełzam. A teraz siedzę zakopana czytam i piszę. Babram się w słowach. I szczerze mówiąc dawno nie sprawiało mi to takiej frajdy. I choć sam pojedynek może przegram głosami „zbuntowano-antykatolickiej-złej” młodzieży mam to w nosie. I jeszcze dziś planuje wypad do księgarni. Słowa, słowa, słowa wokół mnie. Na ludzi nie mam ochoty dziś.

0 komentarze:

Prześlij komentarz