poniedziałek, 20 marca 2006

Micia mawia, że widzę w ludziach strasznie dużo zła. Nie wiem czy tak jest, czy nie, fakt faktem, że czasem czuję, że we mnie jest może nie tyle sporo zła, co agresji. Właśnie dzwonił telefon. Dzwonił Ktoś, nie ważne kto – ktoś z rodziny – nie mojej a Kocura, kto samym głosem doprowadza mnie do jasnej cholery. Potem muszę się długo uspokajać, a chwilę po telefonie miałam ochotę bić, kopać, gryźć. Kiedy byłam mała miewałam napady furii i agresji – jedyne co pomagało to je przespać. Teraz już mniej więcej nad złością panuję, ale ciągle jeszcze miewam to coś, co fizycznie czuć w gardle i co sprawia, że wiem że za chwile stracę nad sobą kontrolę. Psychologicznie jestem idealnym kandydatem na sprawcę przemocy. Ha. Paradoksalnie jak spojrzę na Dom który mam teraz ( ten Nalatowo – Kocurowy) to wydaje mi się, że to jedno z bardziej przyjaznych miejsc z jakim się spotkałam. Chyba oboje wkładamy sporo wysiłku i serca, żeby to tak wyglądało. Żeby samemu mieć dom i chować Dziecka w domu bez agresji. Tyle razy słyszę, że kogoś stać, lub nie stać na dziecko i śmiech mnie ogarnia. Bo nikt się nie zastanawia czy emocjonalnie stać go na dziecko.

Tylko mając takie miejsce czasem chwyta mnie przerażenie, że mam tylko je.

Od kilku lat bezskutecznie próbuję odciąć psychiczne korzenie od rodziny. Wybudować taki ogromny wysoki mur, tak żeby mnie już zupełnie nie obchodziło, co jest za nim. Nie, nie mam rodziców alkoholików, ani nie-kochających mnie potworów. Wręcz przeciwnie im na swój sposób bardzo na mnie zależy i są fajnymi ludźmi. I tym smutniejsze co ze swoim życiem robią. Pomijam już relacje między nimi, bo słowo „fatalne” chyba nie jest dość mocne. Pomijam prawdopodobne Borderline, ostre stany depresyjne i sto zmarnowanych szans. Kiedy do niech przychodzę, albo rozmawiam przez telefon, to co czuję można porównać do mieszanki wściekłej agresji, ze jest jak jest, żalu i bezsilności. Trochę jak po filmie Zabić Prezydenta. Smutno i bardzo bez sensu.

Od jakiegoś czasu usiłuję się absolutnie odciąć emocjonalnie. I mało mi wychodzi. Rodzina ma to do siebie, że nawet ja wyjedziesz na Madagaskar, ciągnie się za tobą to w tobie zostawili. Przypomina to uciekanie od własnego cienia. ( Przypomina mi się Ogród i to co miałam w głowie kiedy go pisałam). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi sie odciąć na tyle, żeby utrzymując z nimi kontakt i czerpiąc to co dobre, nie brać na siebie tego złego bagażu negatywnej energii..

A czemu ja o tym dziś nawijam? Bo święta niedługo. Czyli histerii przedświątecznej odcinek pierwszy. Wielki rodzinny obiad na którym wszyscy udają jak jest fajnie, a ja widzę jak bardzo nie jest. Może zniosłabym takie obiady sto razy lepiej, gdyby były o tak w środku roku.. A tak? Dodatkowo nie mam świąt, znaczy mam takie jakich nie chcę. I jestem zła, tak zła że czuje to fizycznie w sobie. Znowu.

Dobrą stroną złości we mnie jest prawie nie posiadanie stanów depresyjnego - smutnych. Zawsze coś. I tym pozytywnym akcentem kończę i udaje się do dentysty. Dzisiaj zapełnianie kanału zębowego.

0 komentarze:

Prześlij komentarz