niedziela, 17 lutego 2013

Joker and the duke


Wczorajsza Metowa transmisja była moim czwartym Rigolettem więc porównania i oczekiwania miałam wystrzelone w kosmos. Cóż, porównania, zwłaszcza do Berlina nieuniknione i wychodzi na to, że obie adaptacje na podobnym poziomie, chociaż zupełnie różne.

Na początku ogromnie zirytował mnie pan konferansjer, ostrzegając że „ miłośnicy opery mogą przeżyć szok, bo wersja jest mocno nietypowa i unowocześniona”. Może ja nie jestem żaden miłośnik opery, ale to była najbardziej klasyczna wersja jaką widziałam. W ogóle nie było tu symbolizmu, ukrytych znaczeń i przesłań. Interpretacja była jednoznaczna i niemal filmowa. Tyle że przeniesiona w lata sześćdziesiąte naszego stulecia do Las Vegas.

I był to podwójnie rewelacyjny pomysł. Raz, że Las Vegas to nie jest jakieś tam miejsce - ot ładny setting - to zwłaszcza dla Amerykanów jest pewien symbol, którzy dobrze rozumieją. Druga sprawa jaki inny symbol lepiej pasuje do amoralnej świty księcia? Śliczne starodawne miasteczko w Mantui, gdzie wszyscy chodzą w rajtuzach? No proszę.

Pierwsze brawa za stroje, scenografię i reżyserię. Wszystko było zrobione na podstawie setek zdjęć z Las Vegas, każdy neon, każda zapinka, klamerka, każdy szczegół był cudownie wkomponowany. To się oglądało jak film. Dodatkowo całość była bardzo dobra choreograficznie i dynamiczna.

Muzycznie i aktorsko Zeljko Lucic jako Rigoletto wymiatał totalnie. Chyba nie wiedziałam czegoś lepiej zaśpiewanego i zagranego. W tym prochowcu, z tym głosem jest Mhhhroczny. Nasz rodak jako Książę był ...a czy ja wiem. Na początku mi się nie podobał bardzo, ale potem stwierdziłam, że jest ok i jest to jakaś wizja księcia cymbała. Co do Diany Damrau to mamy z Kotem inne zdania. Mi się podobało muzycznie. Ale faktem, jest że ona nie pasuje do tej roli bardzo. Grała jakoś tak dramatycznie i histerycznie, że brakowało mi w tym młodości i niewinności. Chwilami widziałam w niej już nie tyle córkę Rigoletta, co ciotkę. Może gdyby była jakoś bardziej naturalna...Ale jak dla mnie do słuchania świetna.

Pierwszy akt był dość fajny, chociaż 3 arie i duety dość mało dynamiczne potrafią znudzić. W sumie z rzeczy odkrywczych uświadomiłam sobie jak bardzo Rigoletto też jest zły. Próbuje podzielić swoje życie na czarne i białe, zamknąć w domu razem z Gildą cała swoją miłość i wrażliwość, ale tak naprawdę to jest sukinsynem, który siedzi po uszy w bagnie. Może właśnie ta nie pałacowa inscenizacja mi to tak wyraźnie pokazała.

Drugi akt Rigoletta jest chyba z rzeczy operowych rzeczą która najmocniej daje mi po emocjach. Może dlatego, że dotyka relacji ojciec - córka, może dlatego, że pokazuje człowieka przegranego, pełnego strachu, złości. Fakt faktem, że mało rzeczy na scenie rusza mnie emocjonalnie tak jak II akt R. A tu było jeszcze mocniej niż zazwyczaj. Povero Rigoletto, a potem Cortigiani i Si Vendetta były wstrząsające. Ojcu porwali córkę i poniekąd sam w tym uczestniczył. W sumie miał być głupi pijacki żart, wyszła tragedia. I teraz musi iść i stanąć przed całym towarzystwem udając, że nie wie co się stało. Chociaż wie, że to oni. Oni wiedzą, że on wie. Trzeba stanąć przed zgrają szyderców. Oni na początku z niego kipą, potem jest im trochę głupio, kiedy dowiadują się, że to córkę porwali. A na końcu dochodzi do głosu zbiorowa odpowiedzialność i „ a w sumie czego on ode mnie chce”.

A potem jest już tylko gniew, rozpacz i Cortigiani czyli coście sukinsyny zrobili. I tu zauważyłam bardzo ciekawą rzecz. Nie wiem czy to kwestia ten interpretacji, czy ja dopiero teraz to widzę. Kiedy Gilda przychodzi zbezczeszczona Rigoletto nie wpada w szał, ale ją pociesza. On by dał sobie z tym radę. On dostał szału po tym jak Gilda opowiada, że zakochała się w księciu. On jest o nią normalnie zazdrosny, jak facet nie jak ojciec! Zresztą w tej interpretacji dopiero dobrze widać jak bardzo chora jest relacja między Gildą a Rigolettem. W III akcje zabiera ją pod bar, żeby nawet kosztem cierpienia się odkochała i znowu należała emocjonalnie tylko do niego.

Drugie co zauważyłam, że Gildę porwał nie książę a ekipa z kasyna. Rigoletto nawet nie ma pewności, że książę w tym brał udział! A momentalnie całą złość kieruje na niego. Przema interpretacja jest taka, że on tak bardzo nienawidzi Księcia i tego że musiał mu służyć, że w sumie czekał tylko na pretekst żeby dać upust złości. Tamto życie w kasynie jest czymś czego nienawidzi najbardziej na świecie, nienawidzi siebie, że w tym siedzi, swojego tchórzostwa. I nagle Gilda zakochuje się w kimś z tego świta. Pal licho co jej zrobili, ale to jest zdrada! I wreszcie wszystko w nim pęka, żeby dokonać zemsty. Akt II zdecydowanie lepszy niż wszystkie interpretacje jakie dotychczas widziałam.

Akt III rewelacyjny. Para zbójców świetna, sama burza neonowa, pod baraczkiem gdzieś niedaleko pustyni, w jakimś barze - jak z kina akcji. Scena burzy zaśpiewana rewelacyjnie, jeden z najbardziej dynamicznych kawałków operowych. Może jakoś mniej mnie tu ruszyła śmierć Gildy. W jakimś sensie ojciec dopiero teraz ją zauważył, bo dotychczas wszystko działo się w jego głowie. To była jego złości, jego zemsta, jego szaleństwo.


I ostatnia rzecz, bardzo bardzo podobało mi się angielskie tłumaczenie z włoskiego. lekko unowocześnione pasujące do wersji Las Vegas. A najbardziej podobało mi się nazwanie Rigoletta słowem Joker. Bo to jest ten błazen nie z kostiumowego filmu o dobrym królu, ale ten zawierający cały tragiczny i mroczny potencjał tej postaci. 

A na dobranoc Książę który podobał mi się tylko trochę, ale widać więcej inscenizacji. 



***

A zupełnie na marginesie mieliśmy na 24 godziny trzeciego kota, którego na razie roboczo nazywamy Sierściata Menda. Jest młodym jeszcze nie kastrowanym kocurkiem, około półrocznym, należy do naszych sąsiadów, i okropnie zaczepia nasze koty. Prawdopodobnie usiłując namówić je na amory. W kontekście notki operowej i owych amorów powinniśmy nazwać go Don Kotello a nasz Donnna Karmira i Donna Szczanna. Opera buffa w aktach czterdziestu, całonocna, dłuższa jak Wagner, syczana i miałczona.

0 komentarze:

Prześlij komentarz