Teraz o dwóch sprawach. Jedna sprawiła, że ręce opadły, druga mnie potężnie zirytowała.
Pierwsza wiadomość, to że Natalka zdała egzamin do szkoły muzycznej. Chciała. Fajnie. Bez łapówek i koneksji. Prawda, że rok już grała w stowarzyszeniu przy Szkole Muzycznej i już ją tam znali, ale sama sobie na to zapracowała. Jeżeli to jej pomogło, to już jest jej praca i jej zasługa. Ja nikogo o nic nie prosiłam.
I przy tej okazji usłyszałam od moich rodziców „ Że ty też zdawałaś, ale się nie dostałaś, bo nie daliśmy ł a p ó w k i'. Pamiętam mój egzamin jakby to było wczoraj. Napieraj mnie tygodniami straszyli, że „Jak zdam to się skończy leniuchowanie i już mi tam dają popalić, nauczą dyscypliny i będę musiała ćwiczyć”. A potem dziecka, które nigdy nie chodziło do przedszkola nikt nie nauczył żadnej piosenki. Jak miałam zaśpiewać? Powiedziałam że nie umiem żadnej. Pani zachęciła, że może przynajmniej „Wlazł kotek na płotek”. To znałam, ale mając w pamięci groźbę, że „tu mnie nuczą moresu” milczałam jak grób. No i się nie dostałam. A teraz jest wersja, że dlatego, że łapówki nie dali. Cokolwiek by mówić o moich rodzicach, to porządni i pracowici ludzie, ale ich zdolności społeczne są równe zeru. Nie nauczyć dziecka prostej piosenki, a potem szukać winnych w korupcyjnym układzie.
No i komentarz teścia na wieść o egzaminach Nataki „ To może znacie, tam wiecie kogo trzeba, kto tam jest nad tą szkołą”. Nie znamy i znać nie chcemy.
Ręce opadają.
Druga historia. Od października wybieram się na podyplomowe studia „Terapia pedagogiczna” W wieku lat trzydziestu...plus lat się przekwalifikowuję. Na psychologa szkolnego lub pedagoga. I znajoma nauczycielka zaczyna biadolenie, że do szkoły gdzie pracuje (w której psycholog jest rodem z epoki neolitu) mam nawet dokumentów nie składać, bo na pewno już jest jakiś znajomy na to miejsce jest. W ogóle mam w szkole nie szukać żadnej bo to tylko znajomości to szkoda czasu szukać. Mogę sobie zapotnieć. A najlepiej siedzieć w domu do starości. Bo pracy bez znajomości nie znajdziesz. Nie warto próbować.
Cudowna polska mentalność. To nie politycy są winni korupcji, ale zwykli ludzie. Tacy, którzy nawet nie próbuję inaczej. Którzy, takie zwyczaje przekazują swoim dzieciom ( dla ich dobra). Czyżby próba samousprawiedliwienia osób, które same przez łapówki coś sobie załatwiły?
A i jeszcze chce wydać powieść. Bez wujka w wydawnictwie. I sądząc po ostatniej wymianie maili to jak wprowadzę sto poprawek to może się udać.
Ogólnie szczam na to. Szczam na znajomości i układy. Na studia dzienne dostałam się bez łapówki, pracę tak samo znalazłam. I mam zamiar się dokształcać i znaleźć ją teraz w szkole. Po prostu robić swoje najlepiej jak się da. I mieć trochę szczęścia. Innego wyjścia nie widzę.
A to hit sprzed dobrych kilku lat ze Sierra Leone. Pamiętam, że wtedy tam to wszyscy nucili. Z dedykacją dla tych, którzy uważają że się inaczej nie da.
( A z zupełnie innej beczki: lista obecności. Odkryłam ostatnio na blogerze że widzę z jakiego kraju kto do wombaciego grajdołka zagląda. Katar się domyślam kto, ale mogę się mylić. Jeżeli to ta osoba, to pozdrawiam. Czechy i Szwecja to wiem i śle pozdrowienia. Ale Rosja i USA niech się odmeldują jeżeli mają ochotę, bo nie poznaję (-; )
5 komentarze:
tez mnie wkurza przeswiadczenie, że teraz cokolwiek się udaje tylko dzięki układom. Nie miałam żadnych a jakoś sie ułożyło i wierzę, że dalej obędzie się bez smarowania, bo nie lubię brudzić sobie rąk ani sumienia.
Irytujące jest to malkontenctwo - to się nie uda, nawet nie próbuj. A takie załatwianie to już nie jest nawet kwestia sumienia a tego, że bym się po ludzku wstydziła.
Bardzo fajna notka - to po pierwsze. Po drugie - zgadzam się z nią w 101%, ale jednak muszę przyznać, że układy i znajomości w tym kraju funkcjonują, o czym przekonałam się na własnej skórze. Denerwuje mnie jednak podejście "nie warto nawet próbować". Taaaa, lepiej od razu się poddać. Ale jeśli inni załatwiają coś dzięki znajomościom (nie mówię o łapówkach, bo tego się brzydzę), to dlaczego ja nie mogę czegoś tak sobie załatwić? Wszystko się okaże w czwartek. A jak się nie da, to żegnaj Polsko. I owszem, nie podoba mi się to i nie będę się dobrze czuła z faktem, że w taki sposób musiałam to załatwić, ale cóż. Innego rozwiązania nie widzę.
A wiesz co mi odpowiedział owa znajoma nauczycielka na pytanie "to co mam robić"? Poszukaj tam gdzie masz znajomości i rodzinę. Cóż. Mam rodzinę na Politechnice. Najlepiej zatem niech mnie wkręcą na panią w dziekanacie, albo archiwum. Jasne. Będę do emerytury przybijać pieczątki, serdecznie nienawidzić studentów i wszystkiego. Ale będzie ZUS, Srus i wszystkie składki. Masakra.
Idąc tym tokiem rozumowania, to ja powinnam zostać prawnikiem. LOL
Prześlij komentarz