wtorek, 26 czerwca 2012

Zaa morzami, za lasami


No. I jak ja mam pisać kontynuację Śmierciowiska jak na notkę na blogu nie mam czasu. Co?

Wrócillim. Ogarniam. Pomału. Piorę. Wprowadzam się na nowo do własnego domu.

Na pomorzu było rewelacyjnie. Nie spodziewałam się, że można mieć z dziećmi tak aktywny urozmaicony czas. Ciepły i po prostu fajny.

Jedyny problem, że mi Kaszuby syna podmienili. Był nieśmiały spokojny, grzeczny. Piaseczku bał się dotknąć. Urósł, opalił się, biega jak dziki, tarza się w piachu, a słowo nie traktuje jak zamach na własną suwerenność i godność osobistą. Już nie jest tak łatwo.

Ale po kolei. Najpierw przyjechaliśmy do Smołdzina, małej miejscowości około 10 km od morza. Chciałam dobrej bazy wypadowej na wycieczki i spokojnej nie turystycznej miejscowości. Rzeczywiście mieliśmy stamtąd wypady do latarni morskich, Sowińskiego Parku Narodowego, na wydmy( wydmy- Diuna!), do skansenu w Klukach ( spore rozczarowanie - masy wycieczek szkolnych, które potwornie mnie irytowały) . No i latarnie morskie, które okazały się dziwnymi tajemniczymi miejscami w dodatku bardzo inspirującymi. Tak, zdecydowałam się prowadzić sesję. Cthulu. Jak ktoś dostał mroczną pocztówkę, to już wie co się święci.

Problem był, że pani prowadząca agro w Smołdzinie okazała się antypatyczną jędzą, która na każdym kroku wspominała jak ona nie lubi dzieci bo niszczą. Pokój był kiepski i zupełnie niedostosowany dla naszej ekipy. Miał co prawda cudowny ogród pełen ptaków, ale stara stroka właścicielka psuła cały efekt. Więc wynieśliśmy się na chwile do Łeby.

I tu dygresja o Bałtyku. Do naszego morza mam stosunek miłosno - nienawistny. Kochem te sosnowe lasy, zapach soli i dzikich róż. Miedziano szare morze, wiatr i szerokie długie plaże. Bałtyk mógłby być dla mnie jak Beskid Niski gdyby nie koszmarne miejscowości z masą bud z hot dogami i goframi, zabudową „wszystko w innym stylu od czapy”, miejscowymi, którzy na każdym kroku niby zakopiańscy górale chcą wyłudzić kasę i turystami w klapeczkach i skarpetach. W zasadzie przypomniał mi Bałtyk takie wielkie zwierzę, dzikie i prastare, na którym jakieś wstrętne liliputy pobudowały swoje lepianki. Wygląda w nich idiotycznie, co nie zmienia faktu, że jest niesamowity. Jedynymi miejscowościami, które mają jakąś resztę uroku są chyba Ustka, Puck, Sopot i Hel. Zresztą następny Bałtyk tylko we wrześniu - sztormowo na Helu.

Łeba jest dość paskudna, ale co z tego. Mieliśmy tam miłe miejsce, cudny spacer w deszczu, plażowanie w słońcu i kilka wycieczek. A potem pojechaliśmy do Sznurek ( czy może Sznurków? Tak czy inaczej na koniec świata)

Tam przefajnei gospodarze, którzy naprawdę lubią ludzi. Przyjaciele z trójmiasta, z którymi po kilku latach wreszcie była okazja się spotkać i zobaczyć, że na dziecio-wczasach też jest fajnie. Cudownie czyste jezioro Raduńske, konie i lasy. Zresztą Szwajcaria Kaszubska - czyli rejon Kartuz i Chmielna są jednymi z najładniejszych części Polski. I w przeciwieństwie do wybrzeża, które mimo, że ma skanseny, to Kaszubów już nie widać, tu rzeczywiście się jeszcze mówi po Kaszubsku ( No, Jo, że się mówi).

Na koniec jeszcze pojechaliśmy do Władysławowo, bo chcieliśmy zobaczyć Hel, a mnie się tęskniło do Bałtyku. Sama miejscowość, że ręce opadają ( drodzy panowie; w łysej główce, bermudach, brzuszku, klapeczkach i łańcuchu na szyli nie wyglądacie atrakcyjnie, serio), ale znowu trafiliśmy w fajnie miejsce blisko morza. W dodatku u pani, której dziadek spisywał oryginalne kaszubskie legendy i miałam okazję je przejrzeć.

Jak Kot pojechał to odwiedziła nas jeszcze Kasia ( dobrze zobaczyć kto tam na drugim końcu gg siedzi) i po nocnych polaków rozmowach przy zielonej herbacie wróciliśmy z młodymi do Gdyni.

Gdybym miała wybrać miejsce do mieszkania - i nie mogłaby to być wieś w Beskidzie Niskim to pewnie byłaby to Gdynia. To miasto jest dla mnie zawsze jakiś optymistyczne i pozytywne. Przesiedziałyśmy dzień u Ewejki - którą pamiętam z dawnych czasów jako Dziewczę, a teraz stała się Całkiem Dorosłą Ewejką Na Swoim, Która Piecze Wyśmienite Ciasta.

DZIĘKUJĘ. Wszystkim, którzy towarzyszyli mi w wyprawie: Kocurowi, Eilin z ekipą, Kulom, Zuzie, Kasi i Ewejce. Bez was ten wyjazd nie byłby taki sam.


A zaraz z pociągu weszliśmy w domowy sajgon. Ja dostałam umowę wydawniczą. Całkiem korzystną, planowane pojawienie się księgarniach na jesieni. Tylko się dziwili, czemu nie chcę ich ilustratora. Nie chcę, bo on rysować nie potrafi. Na razie nic nie zapeszam, jak będę wiedziała jak się sprawy mają dam znać. Tak czy inaczej, mam tekst, mam wydawcę.

A Nat z biegu, prawie prosto z pociągu wpadała na popis skrzypcowy. Dała radę i ogólnie była bardzo fajna atmosfera - próby z akompaniamentem i całe pompa, ale bez stresu i nerwów. Szkoda, że nie udało mi się nagrać, ale będzie jeszcze okazja. 

A poniżej jeszcze zdjęcie z popisu (-; 

 











0 komentarze:

Prześlij komentarz