czwartek, 17 maja 2012

Może morze?


Zrobiło się paskudnie zimno, a u nas dojrzały plany wakacje. I przy okazji pomarudzę sobie na rzeczy, które mi się w naszej ojczyźnie nie podobają.

Wakacje wyznaczamy już w czerwcu. Najpierw 4 dni Smołdzino - 5 km od morza, a potem 10 dni na Kaszubach ( 5 z kotem, potem sama z młodymi). Po kilkuletniej przerwie wracam nas Bałtyk. Nasze morze kocham, nie tak jak Łemkowszczyznę, ale też mocno i to miłością zupełnie nieuzasadnioną. Bo mamy cudne, piękne lasy, szerokie plaże, wydmy, szare tajemnicze morze. Pięknie. I wszystko to w otoczeniu rodem z najgorszego koszmaru. Zabudowa małych miejscowości składa się w większości z koszmarnie pobudowanych domków wczasowych z betonu, dziwacznych niby to wiejsko-górskich domków do wynajęcia, a wszystko upstrzone stoiskami z chińską tandetą, goframi, lodami i innym cholerstwem. Jest brzydko. Cały urok małych nadmorskich miejscowości, spokoju, wąskich uliczek - a niech będzie, że turystycznych - ale estetycznych - tu nie istnieje.

Druga sprawa to jedzenie. Przyjeżdża taki turysta. Zapewne ma pieniądze i ktoś chciałby je pozyskać. Rozumiem. Ale niech to nie będzie tak prostacki. Kilka lat temu w Międzywodziu przez trzy dni szukałam miejsca gdzie możemy zjeść z Natalią ze szklanych talerzy i sztućcami - a w tym czasie jadłyśmy warzywa i jogurty. Bo jakoś do rybki z chińskich rzek na plastiku nie mam ochoty. Regionalnych potraw brak. W powietrzu zapach starego tłuszczu i techno. Bo polska rodzinka głodna to i tak zje. Byle jak, byle gdzie.
Miejsca, gdzie można przysiąść w dobrym towarzystwie, pojeść zdrowe lokalne specjały przy lampce wina i popatrzeć na morze, nie istnieją. Chociaż może i są - jako jakiś wąski luksusowy segment. Ale czy dobrze zrobiony dorsz z talerza, zamiast panki z tacki, to aż taki luksus.

Więc w tym roku wyprowadzamy się pięć kilometrów dalej na maleńkie agro z jedzonkiem. A na wydmy przejdziemy się lasem. O!

0 komentarze:

Prześlij komentarz