niedziela, 27 lipca 2008

Ślub

Byliśmy na weselu. Takim prawdziwym wiejskim weselu z bimbrem i prosiakiem pieczonym zamiast tortu. Plus przekonałam się że mój ojciec ma rodzinę – i to całkiem sympatyczną.. Fajne było, sympatyczni ludzie i bardzo fajnie się z kocurem bawiłam. Wszystkie dobre życzenia i myśli dzisiaj dla młodej pary! Nich im będzie ze sobą dobrze.

Tylko, że zdałam sobie sprawę, że gdybym tego ślubu nie brała te sześć lat temu to bym teraz się na niego za chińskiego boga nie zgodziła. Sama obecność w kościele moich rodziców była co najmniej krępująca. Perspektywa tego, ze miałabym przysięgać coś ważnego a potem jeść i bawić się w towarzystwie całej rodziny była wstrząsająca. Jak ja mogłam to znieść? Nie mam ze swoim ślubem jakich niemiłych wspomnień ( wręcz przeciwnie) i dziwię się jak mogłam tak bezboleśnie przejść przez coś tak przerażającego. Może przez te lata zupełnie odcięłam się od swojej generacyjnej rodziny – do tego stopnia, że nie są mi obojętni ale budzą we mnie atak histerii.

Być może mogłabym żyć z kocurem jako panna. Być może ( i bardziej prawdopodobne) byłby ślub gdzieś w Bieszczadach dla nas i małej grupki znajomych. Nie wiem co się we mnie zmieniło. Czy miałam może kiedyś jakąś iluzję że są fajni, czy tak bardzo marzyłam, żeby byli, czy może przez te lata stałam się bardziej krytyczna i zamknięta w sobie. Może jeszcze bardziej znienawidziłam socjomatrixu – bo bycie Żoną i Matką zupełnie nic nic znaczy. Bycie z Kocurem i Natalią znaczy natomiast Wszystko.


Nie mieliśmy niestety aparatu na ślubie wiec w ramach ilustracji i wspomnień nasze zdjęcie. Bo co raz odkrywam, ze Kocur jest najwspanialszym mężczyzna na ziemi.


0 komentarze:

Prześlij komentarz