Jesień. Z jednej strony przeraża mnie zimno. Nawet nie to teraz, ale perspektywa tego co będzie za dwa miesiące. Teraz i tak jest na styk mojej wytrzymałości termicznej. A z drugiej strony nie mogłabym żyć bez takiej jesieni. Nie, nie złotej polskiej. Takiej przede wszystkimi mglistej o poranku. Z zapachem zgniłych liści i dymu. Takiej gdzie czuje się Czas Zmarłych – niezależnie czy podoba mi się jego obchodzenie na naszej tradycji. Zbliżający się czas dziadów, czas przejścia, czas gnicia i rozkładu. Chodzę ulicami z półprzymknetymi oczami i wdycham ten zapach. A pod nogami mam mokre liście.
Jutro porobię trochę zdjęć tej jesieni.
Poza tym piszę. Mam dużo pomysłów. Dużo wymagań wobec siebie, czasem więcej skreślam niż zostawiam. Daje mi to mniej więcej tyle samo radości co przysparza trudności. No ale co w końcu, tylko z relacjami międzyludzkimi mam mieć kłopoty?
W garnku zupa kurkowa. Nie podaję przepisu, bo prawa autorskie należą do cudownego White Plate. Tak czy inaczej, pyszna była.
Byłam na kolejnych badaniach i Mikołaj ( tak, raczej on) ma się dobrze. 6 cm. Termin lądowania na naszej planecie 23 lub 29 kwietnia. Lekarze nie mogą się zdecydować. Liczę że 30, bo dzień wcześniej jest Trubadur w transmisji z Met.
Komentarz Kocura po badaniach ( patrząc na wydruk usg); - Ty, wszystko fajnie, ale czemu on taki czarny?
Ja; >zgon<
Z racji ciąży mam nagły przypływ akceptacji i afirmacji własnego ciała i kobiecości. Nie wiem czy to mój system hormonalny, czy wpływy metafizyczne, ale absolutnie kocham moje ciało. Bez fałszywej skromności to jest poczucie piękna i bycia w tym ciele, w którym mam być.
Z innej beczki.
Muzycznie za tydzień wybieram się na wyprawę Mozartową. Dam relację ( czyli jak zwykle będę się czepiać).
Tymczasem odpoczywam od opery moim nowym odkryciem jesienno wiedźmowym. Południca z Krakowa.
( A jakby kto chciał podśpiewywać...)
Białolica córuś moja piękna
Na twe lica księżyc wstydem pęka
Bójże się ty sama chodzić nocą
Nocą diobły kopytem łomocą
Hej ty, maty, nie płakajże, maty
Jednym rózgi, a mnie jeno kwiaty
Bo mnie diabły leśne pokochały
I za chwosty wodzić się dawały
Białolica córuś moja piękna
Ty Tumana na łąkach się lękaj
Nie chodź sama po lesie, we trawy
Tam chichoce upir sino-krwawy
Hej ty, maty, nie bójże się, maty
Snopek zwiążę witek rosochaty
Sama wejdę w bagna i we błota
Załaskocę upira chichota
Białolica córuś moja piękna
Ty nie słuchaj kto na lutni brzdęka
Choć latawiec oczy ma zielone
Lutni struny z żyłek ukręcone
Hej ty, maty, nie bójże się wcale
Srebrną duszę piękny ma latawiec
Na polanie gdy dopalę ogień
W ogniu duszę latawcową skąpię
Choć u stópek panny całe piekło
Białe lica zrazu piorun trzepnął
Tak skończyła na łąkach zabawy
Wziął do Nawii diobeł ją kulawy
0 komentarze:
Prześlij komentarz