piątek, 30 czerwca 2006

Jestem, jestem.

Od poniedziałku do środy miałam nie-przyjemność siedziałam w Zakopanym. Przez kilka okoliczności, o których tu wspominać nie będę wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych. Kocur była na konferencji, a ja siedziałam z małą w pokoju. Nudziłam się jak dziki mops – dlaczego to długa historia – nie warta zresztą notki.

Koniec końców miałam okazję przypatrzeć się w tym czasie dziwnej i nieznanej mi machinie. Chodzi mianowicie o Telewizor. Zobaczyłam jeden odcinek słynnego Lostu – sromotnie mnie zresztą zawiódł. Chodzi ekipa po plaży i rozmawia. A w krzakach nie-wiadomo-co robi mroczny nastrój. Oprócz rzeczonego serialu zetknęłam się z wprost zastraszającą ilością reklam. Po pierwsze nie przypuszczałam, że jest ich aż tak dużo. Po drugie chyba stanowię, jakiś odrębny gatunek, do którego nie są one skierowane. Ja rozumiem, że produkt trza sprzedać i reklama się przydaje. Tylko dlaczego wszędzie te same sztuczne mordy z przylepionym uśmiechem. Dlaczego wszędzie te same teksty, dobór idealnego, świeżego, super, ekstra słownictwa? Toż to nie niesie ze sobą żadnych emocji. Chyba tylko kilka reklam około mundialowych zrobiło na mnie jakieś wrażenie. Chłopaki grające na ulicy z Beckhamem i resztą gwiazd. I komentatorzy pijący Calsberg.
Natomiast reszta jest po prostu niesmaczna. I zastanawia mnie tylko czy ci do których kierowane są reklamy są aż tak głupi, czy może ich twórcy z jakiś powodów nie wychodzą poza pewien szablon? A może są tworzone automatycznie przez komputer? Jeżeli tak, to myślę że program tworzący reklamy jest Microsoftowy. Mój kocur napisałby lepszy. (-:

Kolejna rzecz to udało mi się kupić na allegro dla Natalisa moje ukochane bajki z dzieciństwa. O złotym Żółwiu Baśnie Birmy i Brzechwa Dzieciom z ilustracjami Szancego. Zresztą nie ma lepszej inwestycji niż w książki dla dzieci. Bo jak ktoś w młodości nie zacznie czytać, to czytać już nie będzie. A jak się chwyci bakcyla to potem dostani grosz, wyrwany z gardła dziecka czy babki, zamieni sie na słowo pisane. I jakoś nie ciągnie mnie do kupowania jej milusich ubranek w misie. Ale w księgarni na dziele dziecięcym aż mi się oczy świecą. Tylko niestety czasem chce się opowiedzieć patrząc na niektóre super książeczki „ za naszych czasów to...”. Bo jakoś nie przekonują mnie przygody Barbie, czy przygody różowego słonia z kreskówki Dysneya. Trudno, zostaje mi allegro i polowanie na pewne wydanie baśnie Andersena. Mam nadzieję, że będzie jej się podobało kiedyś. A przynajmniej mamie będzie się to fajnie czytało. (-:

Aaaa i nieśmiało przypominam, że zostało jeszcze kilka książek nie odgadniętych kilka postów niżej. (-: Daję wam jeszcze tydzień.

A dziś ważny mecz. Trzymamy kciuki za Argentynę. Prawda?

0 komentarze:

Prześlij komentarz