czwartek, 1 listopada 2007

Dzień Wszystkich Świętach to mnie naszło na rozważania tematyczne. Czyli tak zwana notka okolicznościowa.

Kiedyś Święta tego nie cierpiałam. Było dla mnie nie małym koszmarem łażenie w zimnie i wietrze na cmentarz, stanie chwilę w absolutnie sztucznej i krępującej ciszy ( podczas której każdy myślał jak to go obciera but, zimno mu w nogi, albo coś tam w nagrobka obłazi). A potem do domu. Chyba momentu tak sztucznego i dla wszystkich niezręcznego nie było w całym roku.

Trochę się to zmieniło od kiedy chodzę na cmentarz bez rodziny a z Panem Kocurem. Jesteśmy zazwyczaj tylko chwilkę, zapalamy świeczkę i a ja opowiadam różne wesołe rzeczy z życia danego zmarłego. Co lubił. Co go śmieszyło. Co czytał. Co mi kiedyś fajnego opowiadał. I zero zadumy i patosu. W końcu zmarli których znałam za życia byli wesołymi ludźmi i im by się to spodobało. A jak się żywym ponurakom nie podoba to trudno. Nie ich święto. W ogóle to strasznie mi się podoba meksykańskie świętowanie z jedzeniem, piciem i muzyką na grobach.

Zastanawiam się czemu w ogóle tak koszmarnie to święto przeżywałam dotychczas. Chyba po troszku przez to że jest u nas makabrycznie wielkie tabu śmierci. Rozmawiali ze mną w domu o seksie, antykoncepcji a o umieraniu niet. Jakby nie wypadało. Po pierwsze to obiecuj z Natalisem ( jak się zagada o to albo okazja będzie) o śmierci gadać. Że się składa z duszy i ciała – i jak się ciało zepsuje to dusza idzie do Boga a ciało trza zakopać żeby się nie psuło na oczach.

W ogóle nie wiem czy to do końca zdrowe, ale uważam śmierć za jak najbardziej właściwą i konieczną rzecz. Takie przejście. A że jestem z natury ciekawska i zawsze bardziej byłam wszystkiego ciekwa niż się bałam, to i ta perspektywa mnie nie przeraża. Inna rzecz że tak jak nigdy absolutnie nie zgadzam się na zejście teraz. Oj nie. I to nie z egoizmu, bo myślę, że tam też nie jest źle, ale z powodu tego, że jak rzadko kiedy czuję się tu potrzebna i nie wyobrażam sobie że kto inny był by przy moim małym bububie. Zdecydowanie matki głupieją. Zmienia im się absolutnie cały światopogląd po urodzeniu. Nawet kwestie życia i śmierci rozpatrują w kategorii rodzicielstwa.

Ale zaraz, zaraz, ja tu o śmierci, a miało być o Wszystkich Świętych. Zastanawiałam się dziś czy mam ulubionego świętego. W zasadzie nie mam, ale jest kilku którzy są Bardziejści. To po pierwsze Św. Jan Bosko. Za Afrykę, za otwartość na młodych za wszystko. Czasem łapię za połę Św. Krzysztofa – zwłaszcza jak Kocur gdzieś dalej jedzie. Ale to przyznaję bardzo instrumentalne traktowanie Jego Świętości. Koniecznie Św. Franciszek i Roch za zwierza wszelakie tak przeze mnie kochane. I Augustyna co szalał za młodu a potem rzucił wszystko dla Największej z Miłości. I Św. Mikołaja z łemkowskich kapliczek. Zasadniczo daleko mi do Świętych Uczonych, Papieży i Myślicieli. Kocham za to tych szaleńców pana boga, bez grosza w kieszeni, otwartych na świat i wielkim worem miłości i kijem sękatym na drogę. ( Do podpieranie się ten kij nie do tłucznia współpodróżnych). Ci i wielu wielu innych. W dniu waszego święta życzę wam zatem, tak sztampowo, wszystkiego najlepszego. Ale czego właściwie mogę wam życzyć, skoro już wszystko zdobyliście?

0 komentarze:

Prześlij komentarz