Kolejna notka osobista, tak moja, że po raz kolejny się cieszę, że mają tu wstęp tylko najbliżsi.
Będzie o kochaniu.
Kocur mnie złości. Paskudnie mnie rani, tak że ściska mnie w żołądku i nie mam ochotę rozmawiać ani się godzić. Mam ochotę się zamknąć w sobie, odciąć i nic już nie czuć.
A potem złość sama przechodzi i jest tylko ciepło.
To chyba to o czym pisze w Krystynie córce Laveransa – miłość jedyna i głęboka i trudna. Raniąca czasem, ale taka która zawsze jest. W szczęściu i nieszczęściu. W tym co boli i cieszy. Stała i niezmienna.
Czasem Kocur mówi, że coś mu zarzucam, a za kilka minut mówię coś wręcz przeciwnego. Tylko, że ja mogę czuć gniew, który za chwilę się roztapia jak lód na gorącej patelni. I to co mówię w złości i to co mówię potem jest tak samo prawdą. Może dlatego dzisiaj nic nie mówiłam.
I tak jak Erlend syn Mikołaja jest życiem Krystyny, tak Kocur jest moim. Jest wszystkim. Nawet tym co nieprzyjemne i tym co boli. Jest.
I jest prawdziwy.
0 komentarze:
Prześlij komentarz