Dotarłam. Siedzimy w miejscowości Laredo, małym kurorcie w Katambrii z długą i piękną plażą i uroczym starym miastem. Dotarliśmy w miarę bezboleśnie – to znaczy myśleliśmy że będzie gorzej. Natalis był tak wściekle zmęczony że w samym samolocie spał. Na lotnisku bezskutecznie usiłowałam znaleźć ustronne miejsce żeby ją na nakarmić. I nic. Bałwany nie pomyślały o maleńkim kąciku przyjaznym matce i dziecku. W końcu wymyśliłam, że nakarmię ją w kaplicy. Kaplica musi być na lotniku, a nakarmienie własnego dzieciątka – biorąc pod uwagę ilość madonn z gołymi cycami w kościołach – nie powinna nikomu przeszkadzać. Pomysł nawet nie był zły, tylko że znalezienie nam Onego przybytku zajęło nam niemal godzinę. Do mini meczetu ktoś jeszcze wchodził, ale mini kaplica świeciła pustkami ( nie licząc Szefa Z Góry, Natalia i mnie). Jakoś się udało i najedzone ruszyłyśmy w dalszą podróż. W ogóle stwierdziliśmy z Kocurem że szalenie lubimy lotniska. Mają w sobie jakąś emocjonującą atmosferę podróży i wielu ludzi różnych kolorów skóry, w różnych strojach, mówiących różnymi językami. Strasznie lotniska przypominają o tym jaki świat jest różnorodny i fajny. Że nie jest tylko Zabrze i świat który cały czas już znasz. Chyba po powrocie obejrzę sobie Terminal. (-:
Na miejscu okazało się że trzeba było umieć czytać przewodniki między wierszami. Mianowicie: Hotel z cudownym widokiem na CAŁĄ wspaniałą i DŁUGĄ plażę = hotel położony WYSOKO i DALEKO od plaży. Na dodatek droga prowadzi schodami w upale. Jakieś 25 minut. Dziś mi jeszcze jakoś kocur pomagał, ale jutro idzie się edukować i nie wiem jak sobie dam radę. Natalia męczymy strasznie. Chodzi cały dzień. Ma tylko jedną drzemkę, jest pływany ( raczej moczony) w oceanie. Sprawdzała czy mokry piasek da się jeść. Wyszło jej że się da, ale jest niesmaczny. Ale zasadniczo wygląda na szczęśliwego.
Jedyna rzecz która nas dziś zdenerwowała to restauracje. I hiszpański system żywienia się. Rano posililiśmy się bagietkami, lokalnymi serami, owocami i oliwkami i było dobrze. Koło 14 wróciliśmy do pokoju ( co by mała odpoczęła) i w planach mieliśmy obiadokolocaje koło 16-17. Niestety na mieście okazało się że WSZYTSKO jest zamknięte. Otwierają w porze kolacyjnej czyli 20:30. Na głodnego, ze zmęczonym Natalisem jakoś wytrzymaliśmy. Jedyny otwarty sklep był (!) z artykułami z magicznymi zabawkami. W końcu udało nam się doczekać do otwarcia jadłodajni i zjadałam cały talerz pysznych owoców morza. (-: A teraz trzymam kciuki żeby jutro się nie okazało ze się niemi struję. ( jak to onegdaj w Santiago di Compostelo było) (-: Ale będzie dobrze. Jutro na złość jesieni mam zamiar cały dzień byczy się na plaży. Mry
0 komentarze:
Prześlij komentarz