Tu od dawna powinna być notka. Ba, nawet dwie lub trzy. O rzeczach ważnych i mniej ważnych. I radosnych i smutnych. Tyle że jakoś nie mogłam się zabrać żeby je wszystkie spisać, a tera myśli mi pouciekały z głowy na wszystkie strony. Dobrze. Będzie zatem w punktach i chaotycznie. Czyli Depesze z Życia LaBrujów.
Wakacje mijają mi niepostrzeżenie. O wyjedzcie Rycerkowo-Rodzinno- Pańszczyźnianym obiecałam sobie nie pisać. Było beznadziejnie. I co tu więcej dodawać. Z kolei na Flambergu byłam jednym okiem. Na tyle ile mogłam być. Z ambitnych planów jechania tu i tam, grania i zwiedzania zostały się jakieś okruszki. Nie doceniłam stopnia w jakim 10,5 miesięczne dziecko potrafi absorbować. Jesteśmy z sobą zżyte tak, że czasem już nie wiem, która z nas żyje według rytmu tej drugiej. Chyba przez te miesiace emocjonalna pępowina jeszcze się zacieśniła. I cholera dobrze mi z tym.
Z rozkoszy tylko-dla-mnie to delektowałam się ostatnio książką M. Atwood Grace Grace. Cały czas miałam nieodparte wrażenie że słowa w niej były nie tyle napisane co wyszywane.
Cóż dalej? Udało mi się wreszcie zacząć sprawy remontowo – malarskie. Znaczy malowałam ja i Aniołak, a potem ja w asyście Indyga. I miałam z tego sporą zabawę. I nie mówię już tylko o ściennym efekcie, ale o całokształcie babrania się i tworzenia. I o pieśniach szpachlersko – malarskich. ( „Ach gdzie ta szpachla, gdzie ta gładź? ). Lubię robić rzeczy fizyczno – manualne.
Dalej popadam w bzika roślinnego. Prze tyle lat nie miałam ręki do kwiatków, a tu nagle zaczęły mi rosnąć. I to raczej ja się zmieniłam a nie rośliny. Bo ogrodnictwo wymaga dość specyficznego stanu ducha. Bardziej spokojnego niż miałam kiedyś i nieco zamkniętego w sobie. Takiego stanu na którym można się porozumiewać bez słów z kwiatami.
Ze spraw mniej przyjemnych to zostałam obdarowana przez rodziciela prezentem. Specjalnie dla mnie wybieranym i przywiezionym z Pragi. Miał się podobać. Bo ja niby lubię A. Muchę. Zazwyczaj. Tylko że moi rodziciele wybrali jego plakat ogromnych gabarytów, dziwacznej kolorystyki, na dodatek przedstawiający babsko tęgie, z miną jako żywo mojej nauczycielki z podstawówki. Błe. Tyle że to prezent i nie fajnie jak wyląduje w rulonie na kredensie. Zwłaszcza, że się darczyńca dowiaduje czy juz zawiesiłam. )-; I co ja mam zarobić. Tak mi przykro troszkę.
Ujjj. Patrzę na ten mów wpis z jakąś dezaprobatą. Nie tak miało wyglądać. Chciałam dłużej, bardziej osobiście. Chciałam wypisać listę Rzeczy Dobrych. Chciałam wam napisać że po raz pierwszy od wielu lat nie przechodzą mnie ciarki jak pomyślę o jesieni i że wreszcie jetem w środku spokojna. I o tylko innych rzeczach. Ale tak to jest jak własny blog się zakurzy. Muszę wyczyścić na nowo czajnik ( ten ze zdjęcia) co by Wam móc w czym herbatę podawać.
A tak na koniec tylko zdradzę, że jedna myśl za mną od wczoraj chodzi. Indygo podzieliła się ze mną spostrzeżeniem, że kilku „popularnych acz ambitnych pisarzy” pisze w sumie w ten sam deseń; dużo opisów szczegółów i detali z bliskiej perspektywy, zabawy narracją i ... przynajmniej jeden dokładny opis narządów męskich. Hmmm. A ja podobno takowych książek zazwyczaj nie lubię. Może nie wystarczająco go znam? Idę tam szukać wiadomych części. No co? Kocura nie ma to chyba poczytać można przynajmniej? Toć to Wysoka Lyteratóra. (-;
0 komentarze:
Prześlij komentarz