Wróciłam.
Pierwsza rzecz to, że wiatru z połonin nie przyniosłam, bo z małym Natalisem po takowych nie dałam rady chodzić. Ale mimo to było cudownie.
Zacznę od miejsca. Przez pierwsze kilka dni chodziłam w kółko i węszyłam, czy to możliwe że tak fajne miejsca w ogóle istnieją. Zupełne odludzie, 5 km od drogi, w cudownej dolinie, cały dom z niesamowicie pozytywną atmosferą czegoś ciepłego i dobrego, wspaniałe wegetariańskie jedzonko, dobre traktowanie zwierzów domowych ( a o to na wsi czasem ciężko) i biegające w około zwierza dzikie. Były chwile kiedy czułam się trochę samotna – z innych gości były cale rodziny, a ja byłam tylko z Natalisem. Potem przestało mi to przeszkadzać. Czułam się jak wielka bryła lodu, która w jakiś sposób emocjonalnie się rozmraża. Potrzebny mi był taki czas. I jak tylko się rozmroziłam to musiałam już wracać.
Choć były też rzeczy które mi troszkę przeszkadzały. Strasznie ciągnęło mnie w góry. Do Lackowej to prawie wyłam. I właśnie na takie samotne wyprawy miałam największą ochotę. Do pół i lasów i ptaków drapieżnych w ciszy po jasnym niebie krążących. A musiałam siedzieć na miejscu. Ale jeszcze pochodzę. Kiedyś.
Druga rzecz to, że mimo całego uroku tamtego miejsca nie umiałam poczuć się tam jak u siebie. Czułam się trochę tak jak na wyjazdach z Anią i Marcinem. Dobrze, ciepło, bezpiecznie, ale boleśnie czuć że to nie mój świat. Wyciszam się wtedy i wchodzę w siebie. Tak jak w Chmielu czy Taize od razu czułam się jak u siebie i otwierałam na innych. Ale to nie ważne że nie jest to mój świat. Cieszę się że inni mają takie dobre miejsce.
A i refleksja z innej beczki. Oprócz mnie w Ropkach było kilka rodzin z dziećmi. I dochodzą do wniosku, że chyba jestem jakąś inną mamą. Taką bardziej przypominająca zwierzaka z młodym niż „mamusię” z gazety Twoje dziecko. Natalis łaził po trawie, jadł chlebek z podłogi, śmiał się jak dziki i w ogóle dobrze mu było. A z innymi mamami nie mogłam złapać wspólnego języka.
W ogóle to poznałam nowy typ homo sapiens. Mianowicie „mamusie” i „tatusiów”. Obiekty takie mówią dziwnym, nieco piskliwym głosem, zwracają się do swoich pociech, nawet tych najmłodszych, w wołaczu nie w mianowniku. Zabraniają im wszystkiego co w jakikolwiek sposób może zaszkodzić ich zdrowiu. Nie zabraniają natomiast niczego co zagraża zdrowiu ( psychicznemu zwłaszcza) otoczenia. Od rana słuchać „Filipie, umyj ręce. Filipie uważaj na schodach”. Nikt nie zabrania natomiast bachorowi tupać, hałasować, kaprysić, szantażować. Kiedy dziciuk taki przez przypadek trafi nogą w piłkę, już mama i babcia biją brawo na stojąco, że gwiazda futbolu nam rośnie. Błeh. Dodatkowo nabrałam szczególnej nieufności do rodziców nazywających swe pociechy: Marysia, Zuzia, Franek, Jasiu i Józiu. Pachnie mi to mamusiowaniem.
Dobrze, że nasz Natalis rośnie bez nim mamusi. Za to z mamą, co się z tarza po trawie pluska w wodzie i nie bije brawa na stojąco jak „śliczna kupka w pieluszce się pojawi”. I że ta mama ma Kocura-Tatę –Natalisa co dalej jest paskudnym cynicznym kocurem, co gra w rpg, robi dużo fajnych rzeczy i pazurów wcale nie stracił. A nie bezzębnym milusim tatusiem co mówi śmiesznym głosikiem i tak wczuwa się w rolę tatki, że zapomniał że może być facetem.
A jutro znowu znikam. Tym razem nie dla przyjemności. Jadę do Rycerki. W każdym razie pozytywne jest to że za jakiś czas wrócę.
To do zobaczenia.
0 komentarze:
Prześlij komentarz