Uporałam się wreszcie z tekstem pojedynkowym. Wiem, ze niektórym może się on nie podobać, ale ja jestem nawet zadowolona. Jest mroczny, przygnębiający, ciężki. Wiem, ale właśnie cos takiego miałam ochotę napisać. Myślę, że coś nim zamknęłam. Jakiś rozdział pisania. Poczułam ulgę i mogę spokojnie zasiąść do bajek. Pewnie ku radości moich bet.
W ogóle ta jesień jakaś duchowo jasna jest. Jest żółto-pomarańczowa. Taka w kolorze dyni i rozświetlonych przedpołudniowym słońcem liści. Taka w atmosferze filmów Kolskiego. Notabene oglądałam wczoraj Jasminum i się zachwyciłam. Ten film trafił w jakąś moją magiczną i troszkę zapomnianą część duszy, że sama zadziwiałam się jak bardzo się potrafię wzruszyć. W ogóle strasznie podziwiam tego reżysera; w kinie jakieś tam trendy, mody, kino akcji, kino „intelektualne” i jakieśtam, a on sobie robi swoje kino – pokazuje inny zupełnie świat Jańcia Wodnika i Jasminum. A ja siedzę i się zauraczam. (-;
Skoro tak dawno nie nie było, to pozwolę sobie jeszcze o czymś opowiedzieć. Jak wiecie ja bojąca się nie jestem, ale od jakiegoś czasu jest coś po czym przechodzą mnie dreszcze. Mianowicie spaceruję często z wózkiem trasą przy cmentarzu. Stoją tam prawie zawsze budy ze zniczami i chryzantemami, Nic dziwnego. Kłopot w tym, że w jednej z nich sprzedaje para staruszków o tak żółtej ziemistej cerze i tak dziwnym spojrzeniu że ma się nieodparte wrażenie, że właśnie wstali z któregoś z grobów i z nudów zajęli się interesem zniczowym. Ile razy tam przechodzę ( prawie codziennie znaczy się) wpadam w nastrój rodem z meksykańskiego święta zmarłych, albo leśmianowskich tekstów „W zakątku cmentarza”. Na początku było to nawet zabawne, szeptem opowiadałam Natalisowi do ucha historię o panu co mu się w ciemnym garniturze znudziło siedzieć pod ziemią i teraz chryzantemy sprzedaje. Tylko teraz kiedy on ( ten pan od zniczy) na mnie patrzy to mam wrażenie, że on wie, że ja wiem. Oj ale się nakręciłam. Chyba słuchając muzyki z Fridy pójdę coś piec. Nie, nie ciasteczka w kształcie kościotrupów. Aż tak źle nie jest ze mną. Jeszcze.
A na koniec ów wiersz Leśmianowski:
Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot,
Że w obczyźnie cmentarza czują się - bezdomnie -
A lubią noc tę spędzać popod mgłą lub popod
Wiecznością, co się w jarach gęstwi nieprzytomnie.
Maria z Bzówka - wygody wspomina izdebne,
Słońce - w łóżku, wiatr - w sieni - i ogród macierzyn,
Gdzie było tyle w radość uchodzących ścieżyn,
A wszystkie takie - trafne i drzewom - potrzebne!...
Żebrak, co się zadławił na śmierć krztyną chleba -
Kijem niegdyś wędrownym obłędnie się babrze
W nieodgadle błękitnym - pełnym Boga - chabrze,
By zeń dla snu wiecznego wydłubać - źdźbło nieba.
Mnich, co po to byt ziemski tłumił bez szemrania,
By pędzić żywot wieczny w sposób nienaganny -
Kreśli palcem na próchnie list do panny Anny
Z życzeniami rychłego w kwiatach -zmartwychwstania.
Panna Anna udaje, że jest - w bezżałobie
I biorąc na kolana młodą mgłę - pieszczochę -
Ukradkiem z pajęczyny tka zwiewną pończochę
Dla brzozy, co tkwi boso na kochanka grobie.
A opodal - mniej więcej naprzeciw rozstaju,
We fraku bezrozumnie skąsanym przez szczura,
Na czele kilku cieni żeńskiego rodzaju
Nieboszczyk Madaleński - prowadzi mazura.
0 komentarze:
Prześlij komentarz