A miało być tak pięknie. Lubię eksperymenty w sztuce, lubię Szekspira, lubię na nowoczesne. Niestety jak się okazało, nie wystarczy mieć kilku dobrych pomysłów i genialnej sztuki żeby zagrało. Tragedia Makbeta w reżyserii Redbada Klijnstra jest potwornie nierówna, ma momenty fajne, ma ( choć rzadko) genialne - ale ma też dłużyzny, słabizny i nudy. I tego nie wybaczam.
Rozumiem (chyba!) ogólną wizję reżysera gdzie Makbet jest sztuką rozgrywaną nie tyle między aktorami, między postaciami, ale w głowie głównego bohatera - to jest jego własne show szaleńca. Taki everyman. Bardzo podobały mi się kostiumy, pomysły użycia kamery, radia ( szczególnie w scenie gdzie Makbet słucha wiadomości w oblężonym zamku wyszła świetnie ) ale całość jest słaba.
Po pierwsze wtręty panów narratorów o naturze Makbeta, naturze zła i innych demonach były nudne i słabe. Po drugie część pomysłów może i była ciekawa, ale zupełnie nie łapałam czemu miały służyć. Nie było w tym wspólnej wizji, czegoś co przekonywało, uderzało. Trzy to Lady Makbet, która nie wiem czy ze swojej winy, czy z niedogadania z reżyserem grała tak drętwo, nieprzekonywująca i nudno, że ręce opadały. Gdybym nie wiedziała, że tam są zarysowane jakieś relacje między nią a mężem to bym nie zgadała. Ot słaba III planowa postać żeńska z nudnymi monologami. Zgroza.
Zresztą monologi Makbeta też momentami były recytowane bez wyrazu. Całość sztuki była poprzetykana zabawnymi gagami jak choćby wejście portiera i jego monolog. Portier był świetny, ale jak trzeba takimi tanimi komediowymi sztuczkami ratować Szekspira ( i publiczność żeby nie zdechła z nudów) to jest źle. Bardzo źle.
Chyba najjaśniejszy punkt spektaklu to scena Malcolma ( Grzegorz Mielczarek - którego znamy z Króla Leara w STU) z Macduffem. I co dziwniejsze to akurat scena bez super efektów i pomysłów. Po prostu dano aktorom trochę pograć.
Ja na scenie zniosę wszystko. Widziałam już Othella na statku i Myszki Micki w Don Giovannim. I wtedy mi się podobało, bo każdy z tych najdziwniejszych artefaktów czemuś służył, miał jakiś sens, służył wspólnej wizji reżysera. A tu było od czapy. Nie wystarczy zamienić wiedźm na śpiewające pielęgniarki, żeby było nowocześnie i pomysłowo.
A w środku spektaklu na scenie pojawiło się to. I chociaż było to dziwne i niespodziewane to podobało się. Bardziej niż niektóre monologi. I miało więcej sensu.
A z innej beczki....
Kiedy my oddawaliśmy się sztuce nowoczesnej Natalis został z dziadkami. Z zaczęło się dziać coś, co niejasno podejrzewałam, że będzie. Czyli typowe w mojej rodzinie targowanie się o miłość.
Natalis zapytał babci, czy będzie kochać jej brata. Babcia, która zawsze i wszystko wnuczce przytakuje i obiecuje, tym razem zamilkła. W końcu wybąkała, że jeszcze nie wie czy w ogóle, ale jak już to będzie go na pewno kochać MNIEJ. W rozumieniu mojej rodziny takie coś miało być miłe do Natalki ( komunikat „Ja kocham cię bardziej”).
O dziwo, Nat wychowana u nas wcale się tym nie ucieszyła tylko zmartwiła. Jak to, jej brata, ktoś może nie kochać. Pytała mnie o to samo. I tłumaczyłam, że z miłością to jest tak, jak z żarówką w pokoju. Świeci. I ktoś wchodzi to nie zabiera światła innej osobie. Tak samo ona nie zabiera mi niczego, tym, że kocha tatę. Mnie cieszy, że kocha też kogoś innego.
I dlatego tak samo ja będę jej brata kochać, tak samo jak ją. Jakby jeszcze jedna osoba weszła do pokoju gdzie świeci się światło. I nic jej z tego nie ubędzie. No bo w końcu czy można powiedzieć, które oko jest droższe, które bardziej boli kiedy się zrani? Oba są i są częścią mnie. Jak N. i M.
poniedziałek, 28 marca 2011
piątek, 25 marca 2011
Zapuszkowany Wombatus hipohondrikus, czyli grysik za który płaci NFZ
Było tak jak pisałam. Skierowanie do szpitala miałam na dziś czyli na piątej. Mój lekarz ( pan Łordynatopr X) miał zadecydować czy wód jest mało ale dość, czy dolewamy. Spanikowałam przyszłam we wtorek. Dr X nie było, a mnie jako jego pacjentkę profilaktycznie do szpitala zapuszkowano. Na badania do jutra.
Jutro ( tj we środę) coś badano, coś obserwowano, bo wód faktycznie mało, ale czy to jest za mało kto kto to wie... W każdym razie NFZ za dobę pobytu pacjentki nie zapłaci ( bo jak na dobę to wcale nie taka chora). Obiecano że zbadają i wypiszą w czwartek. W czwartek zrobiono wszystkie możliwe badania, które orzekły, że wód jest mało, ale nie na tyle mało, żeby dolewać, a o wypisie zdecyduje Łordynator który będzie...jutro czyli w piątek. Ogłosiłam nieoficjalny strajk głodowy i paskudnego niedoprawionego jedzenia nie tknęłam. ( Przez co wracam ze szpitala z większym synem, a mniejszym tyłkiem).
Po małym ataku płaczu, histerii i groźbie zakwitnięcia wytłumaczono mi, ze tak będzie lepiej, a że nie chciałam palić za sobą mostów, to zostałam. W piątek rano przyszedł łordynator, spojrzał głęboko w oczy, powiedział że jest nieźle i mogę iść do domu.
Było przyjść w piątek, cholera. Głupi, głupi, wombat.
Pobiegłam jak struś pędziwiatr do kuwety. A teraz biegam po własnym terytorium szczęśliwa jak wombat we własnej norze.
Ale przynajmniej poznałam szpital. Jest obskurny, brzydki, niekomfortowy. Ma za to fachową mi miła opiekę od lekarzy przez położne aż do salowych. Ma dobry oddział noworodkowy i fajną atmosferę. I myślę, że jak obywatel M nic nie poszaleje to po 14 04 zgłaszam się tam do cięcia. Wyjścia specjalnie nie mam bo M odwrócony do świata zadem.
I przy okazji mała refleksja. Przy porodach są ojcowie. Kiedy mi się to nie podobało, bo to jest nasza kobieca sfera, ale teraz chce Kota blisko, jako wsparcie. Ale przy łożach rodzących są też matki ( teściowe, babcie, ciocie - ogólnie spokrewnione kobiety z pokolenia do góry). I zadziwiła mnie ta więź jaka się w tej sytuacji między nimi tworzy. Potrafią siedzieć i gadać godzinami o tym co wyprasowały, co było w serialu, co widziały w sklepie. Po babsku. Po trochu mnie to zadziwiało, po trochu czułam lekką zazdrość. Ja na samą myśl, że matka moja mogła by przyjechał do szpitala dostałam ataku paniki i chęci uciekania w kapciach w nos. Myślę, że jestem w jakiś sposób niekompletna. Zdolności do pewnych relacji mi brakuje. W jakiś sposób relacja z Kocurem, Natalią i w obywatelem M są jedynymi stałymi emocjonalnymi ze światem. Tak, mam przyjaciół, ale dzięki Kocurowi czuję się na tle związana ze światem, na tyle żywa, że mogę te relacje kontynuować.
Nie wiem gdzie byłabym bez nich. Na pewno to tu to tam, bez korzeni, bardziej świecie idei, estetyki niż relacji. Bo między ludźmi ogólnie zazwyczaj znajduje się bardzo dobrze, muszę tylko pilnować, żeby za dużo mnie w tych relacjach nie było.
I tylko taki plus, że miałam czas czytać. Z czytadeł do poduszki zakochałam się w M. Krajewskiem. Trup, odór alkoholu, bardzo podejrzane typy półświatka, mrok i wspaniały styl. Erynie mnie zauroczyły. A co do Komnat Woll Hall, których nie skończyłam ciągle mam uwagę, że potwornie irytowało mnie, że nie wiadomo było w dialogach kto jest kim i kto w danej chwili mówi. Irytujące. Mniemam, że to zasługa tłumacza.
Jutro ( tj we środę) coś badano, coś obserwowano, bo wód faktycznie mało, ale czy to jest za mało kto kto to wie... W każdym razie NFZ za dobę pobytu pacjentki nie zapłaci ( bo jak na dobę to wcale nie taka chora). Obiecano że zbadają i wypiszą w czwartek. W czwartek zrobiono wszystkie możliwe badania, które orzekły, że wód jest mało, ale nie na tyle mało, żeby dolewać, a o wypisie zdecyduje Łordynator który będzie...jutro czyli w piątek. Ogłosiłam nieoficjalny strajk głodowy i paskudnego niedoprawionego jedzenia nie tknęłam. ( Przez co wracam ze szpitala z większym synem, a mniejszym tyłkiem).
Po małym ataku płaczu, histerii i groźbie zakwitnięcia wytłumaczono mi, ze tak będzie lepiej, a że nie chciałam palić za sobą mostów, to zostałam. W piątek rano przyszedł łordynator, spojrzał głęboko w oczy, powiedział że jest nieźle i mogę iść do domu.
Było przyjść w piątek, cholera. Głupi, głupi, wombat.
Pobiegłam jak struś pędziwiatr do kuwety. A teraz biegam po własnym terytorium szczęśliwa jak wombat we własnej norze.
Ale przynajmniej poznałam szpital. Jest obskurny, brzydki, niekomfortowy. Ma za to fachową mi miła opiekę od lekarzy przez położne aż do salowych. Ma dobry oddział noworodkowy i fajną atmosferę. I myślę, że jak obywatel M nic nie poszaleje to po 14 04 zgłaszam się tam do cięcia. Wyjścia specjalnie nie mam bo M odwrócony do świata zadem.
I przy okazji mała refleksja. Przy porodach są ojcowie. Kiedy mi się to nie podobało, bo to jest nasza kobieca sfera, ale teraz chce Kota blisko, jako wsparcie. Ale przy łożach rodzących są też matki ( teściowe, babcie, ciocie - ogólnie spokrewnione kobiety z pokolenia do góry). I zadziwiła mnie ta więź jaka się w tej sytuacji między nimi tworzy. Potrafią siedzieć i gadać godzinami o tym co wyprasowały, co było w serialu, co widziały w sklepie. Po babsku. Po trochu mnie to zadziwiało, po trochu czułam lekką zazdrość. Ja na samą myśl, że matka moja mogła by przyjechał do szpitala dostałam ataku paniki i chęci uciekania w kapciach w nos. Myślę, że jestem w jakiś sposób niekompletna. Zdolności do pewnych relacji mi brakuje. W jakiś sposób relacja z Kocurem, Natalią i w obywatelem M są jedynymi stałymi emocjonalnymi ze światem. Tak, mam przyjaciół, ale dzięki Kocurowi czuję się na tle związana ze światem, na tyle żywa, że mogę te relacje kontynuować.
Nie wiem gdzie byłabym bez nich. Na pewno to tu to tam, bez korzeni, bardziej świecie idei, estetyki niż relacji. Bo między ludźmi ogólnie zazwyczaj znajduje się bardzo dobrze, muszę tylko pilnować, żeby za dużo mnie w tych relacjach nie było.
I tylko taki plus, że miałam czas czytać. Z czytadeł do poduszki zakochałam się w M. Krajewskiem. Trup, odór alkoholu, bardzo podejrzane typy półświatka, mrok i wspaniały styl. Erynie mnie zauroczyły. A co do Komnat Woll Hall, których nie skończyłam ciągle mam uwagę, że potwornie irytowało mnie, że nie wiadomo było w dialogach kto jest kim i kto w danej chwili mówi. Irytujące. Mniemam, że to zasługa tłumacza.
poniedziałek, 21 marca 2011
Marcowo
Miałam dziś cudowny dzień urodzinowy. Masę dobrych życzeń od fajnych ludzi. Dobrze, że jesteście blisko.
Spacer w słońcu, góra sushi, góra prezentów. Lody w gorących śliwkach. Bardziej i mniej spodziewanych. (-;
Tylko przegrałam zakład z Kocurem i za karę będzie oglądanie „klasyki”. Czyli Ghost Busters. Podobno mam braki w klasyce filmowej. Lat '80.
A w czasie spacerów wizyta między innymi w sklepie z winylami. Bo zakupiłam ostano adapter i kolekcjonuję fajne płyty. Aktualnie mam już:
- Phantom of the opera ( orginal cast)
- Don Giovanni ( Siepi, Corena, Danco)
- Leonard Cohen Songs of love and hate
- Wielki Czarodziej Oz ( dla Natlisa)
- Tosca ( dziwne wykonanie, troszkę histeyczne, bardzo stare)
- George Brassens
- Enrico Caruso ( składanka)
- Hair ( orginal cast)
I powiem tyle, Czarne płyty to jest wehikuł czasu.
Dziś jestem absolutnie szczęśliwa i nie martwię się niczym, a jutro rano prawdopodobnie idę do szpitala. Może na kontrolę, może mnie zostawią. M. ma 2,5 kg ale ciągle się nie odwrócił. Ma bardzo mało wód. Jak mało nie wiem, ale możliwe, że bardzo mało. Jak doleją też się może nie odwrócić, ale będzie mógł się swobodnie ruszać przynajmniej i trochę wyrobi mięśnie. Może będą dolewać, co podobno jest średnio przyjemne ( igła do brzucha), a może nie. Zobaczymy. Nie martwię się na zapas, chociaż w sumie byłoby o co. Będzie jak ma być i damy sobie z tym radę. Co prawda skierowanie mam na piątek, ale udam się jutro z jakąś bajeczką. Hipochondria podstawą przetrwania w Polskiej Służbie Zdrowia.
Trzymajcie kciuki. Bo wiecie jak to ja. Gram twardą, ale trochę mam stracha. Troszkę. Ale ciiii.
Rodzić jeszcze nie planuję, bo na początku kwietnia wchodzi do kin Młyn i Krzyż. I jeszcze mamy weekend w Krakowie. Może się uda ;-P
Spacer w słońcu, góra sushi, góra prezentów. Lody w gorących śliwkach. Bardziej i mniej spodziewanych. (-;
Tylko przegrałam zakład z Kocurem i za karę będzie oglądanie „klasyki”. Czyli Ghost Busters. Podobno mam braki w klasyce filmowej. Lat '80.
A w czasie spacerów wizyta między innymi w sklepie z winylami. Bo zakupiłam ostano adapter i kolekcjonuję fajne płyty. Aktualnie mam już:
- Phantom of the opera ( orginal cast)
- Don Giovanni ( Siepi, Corena, Danco)
- Leonard Cohen Songs of love and hate
- Wielki Czarodziej Oz ( dla Natlisa)
- Tosca ( dziwne wykonanie, troszkę histeyczne, bardzo stare)
- George Brassens
- Enrico Caruso ( składanka)
- Hair ( orginal cast)
I powiem tyle, Czarne płyty to jest wehikuł czasu.
Dziś jestem absolutnie szczęśliwa i nie martwię się niczym, a jutro rano prawdopodobnie idę do szpitala. Może na kontrolę, może mnie zostawią. M. ma 2,5 kg ale ciągle się nie odwrócił. Ma bardzo mało wód. Jak mało nie wiem, ale możliwe, że bardzo mało. Jak doleją też się może nie odwrócić, ale będzie mógł się swobodnie ruszać przynajmniej i trochę wyrobi mięśnie. Może będą dolewać, co podobno jest średnio przyjemne ( igła do brzucha), a może nie. Zobaczymy. Nie martwię się na zapas, chociaż w sumie byłoby o co. Będzie jak ma być i damy sobie z tym radę. Co prawda skierowanie mam na piątek, ale udam się jutro z jakąś bajeczką. Hipochondria podstawą przetrwania w Polskiej Służbie Zdrowia.
Trzymajcie kciuki. Bo wiecie jak to ja. Gram twardą, ale trochę mam stracha. Troszkę. Ale ciiii.
Rodzić jeszcze nie planuję, bo na początku kwietnia wchodzi do kin Młyn i Krzyż. I jeszcze mamy weekend w Krakowie. Może się uda ;-P
niedziela, 13 marca 2011
Czekamy na obywatela M
poniedziałek, 7 marca 2011
Witaj szkoło!
I jednak szkoła. Po długich naradach zdecydowaliśmy się posłać prawie 6 letniego Natalisa do szkoły. Niech się dziecko hartuje. A jak co, będzie miała w życiu rok zapasu na przyjemniejsze rzeczy niż przedszkole. Może zabieramy jej dzieciństwo ale przedłużamy młodość (-;
Co prawda mocno zirytowała mnie pani pedagog, która wymaga jakiś zaświadczeń - choć podobno mamy prawo i wybór posłać dziecko do pierwszej klasy - bo, jak twierdzi tam tyle trudnych rzeczy, co tydzień nowa literka. I dziecko może się gorzej poczuć jak nie będzie wszystkiego umieć. Zawsze mi się wydawało, że jak ktoś czegoś nie umie, to ma się uczyć, a nie gorzej czuć. Zapytałam pani pedagog czy te literki to alfabetu greckiego, bo jak łacińskiego to już umie. Baba polecała szkolną zerówkę, która ma moim zdaniem wady przedszkola i szkoły i jest zupełnie nietrafionym pomysłem.
Tak czy inaczej Nat się zgodziła i od września będziemy ją z młodym odprowadzać na 8 do szkoły. Jak się uda formalności załatwić. W związku z tym poważnie rozważam jednak kupno wózka.
A jutro o 13 niespodzianka. Załapałam się za free na strzyżenie i stylizację u jakiegoś Uber Fryzjera. Jest szkolenie loreala i robię za modelkę. dokładnie nie ja, ale moje włosy i nie mam do powiedzenia nic co będą robić. Ha, już jestem ciekawa co zobaczę w lustrze. Jakby co zimno jest, mogę jeszcze w czapce pochodzić.
Co prawda mocno zirytowała mnie pani pedagog, która wymaga jakiś zaświadczeń - choć podobno mamy prawo i wybór posłać dziecko do pierwszej klasy - bo, jak twierdzi tam tyle trudnych rzeczy, co tydzień nowa literka. I dziecko może się gorzej poczuć jak nie będzie wszystkiego umieć. Zawsze mi się wydawało, że jak ktoś czegoś nie umie, to ma się uczyć, a nie gorzej czuć. Zapytałam pani pedagog czy te literki to alfabetu greckiego, bo jak łacińskiego to już umie. Baba polecała szkolną zerówkę, która ma moim zdaniem wady przedszkola i szkoły i jest zupełnie nietrafionym pomysłem.
Tak czy inaczej Nat się zgodziła i od września będziemy ją z młodym odprowadzać na 8 do szkoły. Jak się uda formalności załatwić. W związku z tym poważnie rozważam jednak kupno wózka.
A jutro o 13 niespodzianka. Załapałam się za free na strzyżenie i stylizację u jakiegoś Uber Fryzjera. Jest szkolenie loreala i robię za modelkę. dokładnie nie ja, ale moje włosy i nie mam do powiedzenia nic co będą robić. Ha, już jestem ciekawa co zobaczę w lustrze. Jakby co zimno jest, mogę jeszcze w czapce pochodzić.
poniedziałek, 28 lutego 2011
Muzycznie
Weekend musicalowy. Najpierw Wrocławskie Hair. Zupełnie różny od filmu, dlatego porównywać nie będę, ale i tak mnie oczarował. Ogólnie dałam 10/10 i po raz pierwszy miałam wrażenie, że jestem na spektaklu muzycznym w Polsce nie dlatego, że chwilowo nie mogę się wybrać gdzieś gdzie to grają jak trzeba, ale że tu właśnie grają to jak trzeba.
Po pierwsze Hair jest doskonale skonstruowaną mieszanką piosenek dynamicznych, energetycznych i poruszających refleksyjnych. Na pierwszy rzut oka (ucha) to taki sobie zbiór piosenek, a w tym wszystkim są zarysowane bardzo dobrze postacie, ich charaktery i wzajemne relacje. To jest doskonała fotografia tamtych czasów. Bomby kulturowej, buntu przeciwko rasizmowi, nietolerancji i ślicznemu wypucowanemu światu ameryki lat '50 i '60.
Pomijając już fakt, że jest to portret pewnego pokolenia, to można traktować Haira jako musical o dojrzewaniu i buncie w ogóle. Tak, miałam szesnaście lat i mimo, że hipisem nie byłam, to wszelakie eksperymenty z seksem, używkami i szukaniem swojego miejsca na ziemi nie były mi obce. I nie ma to nic do rzeczy z podejściem nachlać się i iść z kimkolwiek w pościel. To jest poczucie, że chce się coś odkrywać zarówno ciele jak i w duchu, poszukiwać, odkrywać, wędrować - jak śpiewał Habbakuk - i przy tym z silnym nastawieniem, że pokolenie rodziców jest obce skostniałe i zasadniczo nie chce się mieć z nim nic wspólnego.
Tak jak powiedziałam lubię muzykę Haira, ale lubię też postacie. Nie lubię Bergera. Drażni mnie. Może dlatego, że kogoś w tym typie znałam i jeżeli można tak powiedzieć, że uczuliłam się. Uwielbiam natomiast Clauda Bukowskiego. Za jakieś zagubienie i nieporadność. Za poszukiwanie sensu i celu. I za to, że akurat bardzo dobrze rozumiem chęć bycia człowiekiem niewidzialnym.
Ponieważ kilak tygodni wcześniej byliśmy na Gliwickim Hair to chcąc nie chcąc nasunęły nam się porównania. Najogólniej Hair - Wrocławiu dałam 10/10. Hair - Gliwice 7 - 10.
W Gliwicach było bardzo świeżo i energetycznie. Wokalnie nieźle - zwłaszcza Sheila ( tak samo rewelacyjna jak we Wrocławiu) i Nick Sinckler jako Hud ( najlepszy punkt spektaklu, po prostu ciasteczko - przy nim Hud Wrocławski wyszedł jak murzynek bambo). Chwilami drażniły mnie efekty multimedialne i orkiestra (smętni panowie w tle). Ogólnie bawiłam się całkiem fajnie i nie spodziewałam się, że we Wrocławiu będzie dużo lepiej.
Było lepiej. Po pierwsze wokalnie wszyscy błyszczeli ( poza Hudem, który nie wytrzymał porównania ...), rewelacyjna muzyka z saksofonem, całość bardzo roztańczona i żywa, a przy tym sprawiająca wrażenie poruszającej się zupełnie naturalnie. I co mnie jeszcze zauroczyło to fantastyczna scenografia - aranżacja hipisowskiej meliny, gdzie cały czas w tle coś się działo. I dużo lepsze reżysersko sceny halucynacji Clauda. Cóż, białe niedźwiedzie nigdy już nie będą takie same.
A teraz planuję zakup adapteru ( zakochałams ie u Agi) i tej płyty.
Potem mieliśmy imprezę na której przekonałam się, że jestem strwożeniem introwertycznym, zamkniętym w sobie, a próby otwarcia mnie i kontakt z ludźmi, kiedy nie czuję się emocjonalnie dobrze, powodują, że chce gryźć.
W sobotę odespałam i wybrałam się na Bytomskiego Upiora. Nie z potrzeby serca, ale był to niejako obowiązek fandomowy. Spodziewam się zupełnej katastrofy, ale dałam uczciwe 5/10. ( Teatrowi Roma z Warszawy dałam 1/10 i to tylko za rolę Raula). Całość nie była źle zaśpiewana, ani zagrana. Nie na tyle dobrze, żeby poruszyć, ale na tyle źle, żeby nie rozśmieszyć. Scenografia - poza Aidą - była całkiem fajna, gra aktorsko zwłaszcza od strony Carlotty i Erika bardzo dobra. To gdzie jest problem? Po pierwsze musical Kopita sam w sobie jeżeli chodzi o melodie jest słaby. Film na jego podstawie z 1990 trzyma się na grze aktorskiej i głosie Charlsa Danca oraz na fragmentach z Fausta. Tu nie było tego uroczego głosu i zdań wielokrotnie złożonych - i niestety też zamiast Fausta dali jakieś dziwaczne coś. Kopit melodyjnie jest słaby. Christine odchodzi - a on sobie śpiewa jakiegoś walczyka. I co, że dobrze go śpiewa. Jakbym nie rozumiała słów, to by to nie miało sensu. Dla porównania końcowa scena POTO Webbera w Londynie potrafiła wbić w fotel i rozbić na proszek osoby nie rozumiejące po angielsku. A tu wszystko jest na jedno kopyto, a po wyjściu żadnej melodii nie da się przypomnieć.
Drugi mankament - za który jest już odpowiedzialna sam opera - to stroje. CO TO ZA KOSZMAR? Kiecki balowe w różnych stylach w typie sylwester na wsi. Wszystko szyte z firanek i zasłon, z cekinami i fasonami nie mającymi nic wspólnego z XIX wiekiem. Panowie w koszulach z gołymi plecami. Rekomenduję natychmiastowe zwolnienie osoby odpowiedzialnej za stroje, a z garderoby zrobienie pensjonatu dla moli ( tfu, mól je szlachetną wełnę a nie wstrętne stare zasłony z szyfonu). Drażniły też szczegóły - Raul seplenił, a z Christine, która na zdjęciach może nie powalała urodą, ale miała miłe oblicze - strojem i makijażem zrobili spasioną żabę. Zresztą jej głos był mocny i w miarę czysty, ale nie jakoś bardzo miły dla ucha. Były jasne punkty - Erik, scena wspomnień, zakończenie, scenografia. I ogólnie wyciągnęli tego ile się dało. Tyle, że za dużo się nie dało. Nie żałuję, że poszłam, ale żeby mnie ruszyło jak POTO czy LND nie mogę powiedzieć.
A poza tym zastanawiamy się czy posłać Nat do szkoły. We wrześniu będzie jej brakowało miesiąca do 6 lat i są argumenty za pierwsza klasą od razu. Są też przeciw i jeszcze się zastawiamy.
Po pierwsze Hair jest doskonale skonstruowaną mieszanką piosenek dynamicznych, energetycznych i poruszających refleksyjnych. Na pierwszy rzut oka (ucha) to taki sobie zbiór piosenek, a w tym wszystkim są zarysowane bardzo dobrze postacie, ich charaktery i wzajemne relacje. To jest doskonała fotografia tamtych czasów. Bomby kulturowej, buntu przeciwko rasizmowi, nietolerancji i ślicznemu wypucowanemu światu ameryki lat '50 i '60.
Pomijając już fakt, że jest to portret pewnego pokolenia, to można traktować Haira jako musical o dojrzewaniu i buncie w ogóle. Tak, miałam szesnaście lat i mimo, że hipisem nie byłam, to wszelakie eksperymenty z seksem, używkami i szukaniem swojego miejsca na ziemi nie były mi obce. I nie ma to nic do rzeczy z podejściem nachlać się i iść z kimkolwiek w pościel. To jest poczucie, że chce się coś odkrywać zarówno ciele jak i w duchu, poszukiwać, odkrywać, wędrować - jak śpiewał Habbakuk - i przy tym z silnym nastawieniem, że pokolenie rodziców jest obce skostniałe i zasadniczo nie chce się mieć z nim nic wspólnego.
Tak jak powiedziałam lubię muzykę Haira, ale lubię też postacie. Nie lubię Bergera. Drażni mnie. Może dlatego, że kogoś w tym typie znałam i jeżeli można tak powiedzieć, że uczuliłam się. Uwielbiam natomiast Clauda Bukowskiego. Za jakieś zagubienie i nieporadność. Za poszukiwanie sensu i celu. I za to, że akurat bardzo dobrze rozumiem chęć bycia człowiekiem niewidzialnym.
Ponieważ kilak tygodni wcześniej byliśmy na Gliwickim Hair to chcąc nie chcąc nasunęły nam się porównania. Najogólniej Hair - Wrocławiu dałam 10/10. Hair - Gliwice 7 - 10.
W Gliwicach było bardzo świeżo i energetycznie. Wokalnie nieźle - zwłaszcza Sheila ( tak samo rewelacyjna jak we Wrocławiu) i Nick Sinckler jako Hud ( najlepszy punkt spektaklu, po prostu ciasteczko - przy nim Hud Wrocławski wyszedł jak murzynek bambo). Chwilami drażniły mnie efekty multimedialne i orkiestra (smętni panowie w tle). Ogólnie bawiłam się całkiem fajnie i nie spodziewałam się, że we Wrocławiu będzie dużo lepiej.
Było lepiej. Po pierwsze wokalnie wszyscy błyszczeli ( poza Hudem, który nie wytrzymał porównania ...), rewelacyjna muzyka z saksofonem, całość bardzo roztańczona i żywa, a przy tym sprawiająca wrażenie poruszającej się zupełnie naturalnie. I co mnie jeszcze zauroczyło to fantastyczna scenografia - aranżacja hipisowskiej meliny, gdzie cały czas w tle coś się działo. I dużo lepsze reżysersko sceny halucynacji Clauda. Cóż, białe niedźwiedzie nigdy już nie będą takie same.
A teraz planuję zakup adapteru ( zakochałams ie u Agi) i tej płyty.
Potem mieliśmy imprezę na której przekonałam się, że jestem strwożeniem introwertycznym, zamkniętym w sobie, a próby otwarcia mnie i kontakt z ludźmi, kiedy nie czuję się emocjonalnie dobrze, powodują, że chce gryźć.
W sobotę odespałam i wybrałam się na Bytomskiego Upiora. Nie z potrzeby serca, ale był to niejako obowiązek fandomowy. Spodziewam się zupełnej katastrofy, ale dałam uczciwe 5/10. ( Teatrowi Roma z Warszawy dałam 1/10 i to tylko za rolę Raula). Całość nie była źle zaśpiewana, ani zagrana. Nie na tyle dobrze, żeby poruszyć, ale na tyle źle, żeby nie rozśmieszyć. Scenografia - poza Aidą - była całkiem fajna, gra aktorsko zwłaszcza od strony Carlotty i Erika bardzo dobra. To gdzie jest problem? Po pierwsze musical Kopita sam w sobie jeżeli chodzi o melodie jest słaby. Film na jego podstawie z 1990 trzyma się na grze aktorskiej i głosie Charlsa Danca oraz na fragmentach z Fausta. Tu nie było tego uroczego głosu i zdań wielokrotnie złożonych - i niestety też zamiast Fausta dali jakieś dziwaczne coś. Kopit melodyjnie jest słaby. Christine odchodzi - a on sobie śpiewa jakiegoś walczyka. I co, że dobrze go śpiewa. Jakbym nie rozumiała słów, to by to nie miało sensu. Dla porównania końcowa scena POTO Webbera w Londynie potrafiła wbić w fotel i rozbić na proszek osoby nie rozumiejące po angielsku. A tu wszystko jest na jedno kopyto, a po wyjściu żadnej melodii nie da się przypomnieć.
Drugi mankament - za który jest już odpowiedzialna sam opera - to stroje. CO TO ZA KOSZMAR? Kiecki balowe w różnych stylach w typie sylwester na wsi. Wszystko szyte z firanek i zasłon, z cekinami i fasonami nie mającymi nic wspólnego z XIX wiekiem. Panowie w koszulach z gołymi plecami. Rekomenduję natychmiastowe zwolnienie osoby odpowiedzialnej za stroje, a z garderoby zrobienie pensjonatu dla moli ( tfu, mól je szlachetną wełnę a nie wstrętne stare zasłony z szyfonu). Drażniły też szczegóły - Raul seplenił, a z Christine, która na zdjęciach może nie powalała urodą, ale miała miłe oblicze - strojem i makijażem zrobili spasioną żabę. Zresztą jej głos był mocny i w miarę czysty, ale nie jakoś bardzo miły dla ucha. Były jasne punkty - Erik, scena wspomnień, zakończenie, scenografia. I ogólnie wyciągnęli tego ile się dało. Tyle, że za dużo się nie dało. Nie żałuję, że poszłam, ale żeby mnie ruszyło jak POTO czy LND nie mogę powiedzieć.
A poza tym zastanawiamy się czy posłać Nat do szkoły. We wrześniu będzie jej brakowało miesiąca do 6 lat i są argumenty za pierwsza klasą od razu. Są też przeciw i jeszcze się zastawiamy.
czwartek, 24 lutego 2011
Ptaszory
Jakiś czas temu szlag trafił aparat i zdjęć nie ma. W końcu kupiliśmy nowe, ma dużo fajnych funkcji tyle, że dopiero się ich uczę i zdjęcia są jeszcze jakie są. Na początek dwa Ptaszyska. Od listopada do marca na okolicznych drzewach jest tak u nas codziennie. Tysiące ptaków, prawie jak z filmowego Nocnego Patrolu, obsiadają wieczorem drzewa i siedzą do rana. Pisałam już o tym, ale wygląda to naprawdę niesamowicie.



No i Buka. Sezon muminkowy trwa. A ponieważ Nat uwielbia urodziny i Buka nie ma przyjaciółmi i pewnie nigdy nie dostała prezentów postanowimy to nadrobić. Buka z czerwonym balonikiem. Bo każdy może mieć marzenia, prawda?
No i Buka. Sezon muminkowy trwa. A ponieważ Nat uwielbia urodziny i Buka nie ma przyjaciółmi i pewnie nigdy nie dostała prezentów postanowimy to nadrobić. Buka z czerwonym balonikiem. Bo każdy może mieć marzenia, prawda?