A miało być tak pięknie. Lubię eksperymenty w sztuce, lubię Szekspira, lubię na nowoczesne. Niestety jak się okazało, nie wystarczy mieć kilku dobrych pomysłów i genialnej sztuki żeby zagrało. Tragedia Makbeta w reżyserii Redbada Klijnstra jest potwornie nierówna, ma momenty fajne, ma ( choć rzadko) genialne - ale ma też dłużyzny, słabizny i nudy. I tego nie wybaczam.
Rozumiem (chyba!) ogólną wizję reżysera gdzie Makbet jest sztuką rozgrywaną nie tyle między aktorami, między postaciami, ale w głowie głównego bohatera - to jest jego własne show szaleńca. Taki everyman. Bardzo podobały mi się kostiumy, pomysły użycia kamery, radia ( szczególnie w scenie gdzie Makbet słucha wiadomości w oblężonym zamku wyszła świetnie ) ale całość jest słaba.
Po pierwsze wtręty panów narratorów o naturze Makbeta, naturze zła i innych demonach były nudne i słabe. Po drugie część pomysłów może i była ciekawa, ale zupełnie nie łapałam czemu miały służyć. Nie było w tym wspólnej wizji, czegoś co przekonywało, uderzało. Trzy to Lady Makbet, która nie wiem czy ze swojej winy, czy z niedogadania z reżyserem grała tak drętwo, nieprzekonywująca i nudno, że ręce opadały. Gdybym nie wiedziała, że tam są zarysowane jakieś relacje między nią a mężem to bym nie zgadała. Ot słaba III planowa postać żeńska z nudnymi monologami. Zgroza.
Zresztą monologi Makbeta też momentami były recytowane bez wyrazu. Całość sztuki była poprzetykana zabawnymi gagami jak choćby wejście portiera i jego monolog. Portier był świetny, ale jak trzeba takimi tanimi komediowymi sztuczkami ratować Szekspira ( i publiczność żeby nie zdechła z nudów) to jest źle. Bardzo źle.
Chyba najjaśniejszy punkt spektaklu to scena Malcolma ( Grzegorz Mielczarek - którego znamy z Króla Leara w STU) z Macduffem. I co dziwniejsze to akurat scena bez super efektów i pomysłów. Po prostu dano aktorom trochę pograć.
Ja na scenie zniosę wszystko. Widziałam już Othella na statku i Myszki Micki w Don Giovannim. I wtedy mi się podobało, bo każdy z tych najdziwniejszych artefaktów czemuś służył, miał jakiś sens, służył wspólnej wizji reżysera. A tu było od czapy. Nie wystarczy zamienić wiedźm na śpiewające pielęgniarki, żeby było nowocześnie i pomysłowo.
A w środku spektaklu na scenie pojawiło się to. I chociaż było to dziwne i niespodziewane to podobało się. Bardziej niż niektóre monologi. I miało więcej sensu.
A z innej beczki....
Kiedy my oddawaliśmy się sztuce nowoczesnej Natalis został z dziadkami. Z zaczęło się dziać coś, co niejasno podejrzewałam, że będzie. Czyli typowe w mojej rodzinie targowanie się o miłość.
Natalis zapytał babci, czy będzie kochać jej brata. Babcia, która zawsze i wszystko wnuczce przytakuje i obiecuje, tym razem zamilkła. W końcu wybąkała, że jeszcze nie wie czy w ogóle, ale jak już to będzie go na pewno kochać MNIEJ. W rozumieniu mojej rodziny takie coś miało być miłe do Natalki ( komunikat „Ja kocham cię bardziej”).
O dziwo, Nat wychowana u nas wcale się tym nie ucieszyła tylko zmartwiła. Jak to, jej brata, ktoś może nie kochać. Pytała mnie o to samo. I tłumaczyłam, że z miłością to jest tak, jak z żarówką w pokoju. Świeci. I ktoś wchodzi to nie zabiera światła innej osobie. Tak samo ona nie zabiera mi niczego, tym, że kocha tatę. Mnie cieszy, że kocha też kogoś innego.
I dlatego tak samo ja będę jej brata kochać, tak samo jak ją. Jakby jeszcze jedna osoba weszła do pokoju gdzie świeci się światło. I nic jej z tego nie ubędzie. No bo w końcu czy można powiedzieć, które oko jest droższe, które bardziej boli kiedy się zrani? Oba są i są częścią mnie. Jak N. i M.
2 komentarze:
Proszę wybaczyć, ale...
o matko, jaka ta rodzina jest dziiiiiiiiwna O_o
A ja jak byłam w Krakowie 12 III to poszłam na tego Leara który został wspomniany i bardzo mi się podobał, dziękuję za polecenie go :).
Jakie piekne porownanie. Zapisuje sobie na marginesie macierzynstwa.
Prześlij komentarz