Było tak jak pisałam. Skierowanie do szpitala miałam na dziś czyli na piątej. Mój lekarz ( pan Łordynatopr X) miał zadecydować czy wód jest mało ale dość, czy dolewamy. Spanikowałam przyszłam we wtorek. Dr X nie było, a mnie jako jego pacjentkę profilaktycznie do szpitala zapuszkowano. Na badania do jutra.
Jutro ( tj we środę) coś badano, coś obserwowano, bo wód faktycznie mało, ale czy to jest za mało kto kto to wie... W każdym razie NFZ za dobę pobytu pacjentki nie zapłaci ( bo jak na dobę to wcale nie taka chora). Obiecano że zbadają i wypiszą w czwartek. W czwartek zrobiono wszystkie możliwe badania, które orzekły, że wód jest mało, ale nie na tyle mało, żeby dolewać, a o wypisie zdecyduje Łordynator który będzie...jutro czyli w piątek. Ogłosiłam nieoficjalny strajk głodowy i paskudnego niedoprawionego jedzenia nie tknęłam. ( Przez co wracam ze szpitala z większym synem, a mniejszym tyłkiem).
Po małym ataku płaczu, histerii i groźbie zakwitnięcia wytłumaczono mi, ze tak będzie lepiej, a że nie chciałam palić za sobą mostów, to zostałam. W piątek rano przyszedł łordynator, spojrzał głęboko w oczy, powiedział że jest nieźle i mogę iść do domu.
Było przyjść w piątek, cholera. Głupi, głupi, wombat.
Pobiegłam jak struś pędziwiatr do kuwety. A teraz biegam po własnym terytorium szczęśliwa jak wombat we własnej norze.
Ale przynajmniej poznałam szpital. Jest obskurny, brzydki, niekomfortowy. Ma za to fachową mi miła opiekę od lekarzy przez położne aż do salowych. Ma dobry oddział noworodkowy i fajną atmosferę. I myślę, że jak obywatel M nic nie poszaleje to po 14 04 zgłaszam się tam do cięcia. Wyjścia specjalnie nie mam bo M odwrócony do świata zadem.
I przy okazji mała refleksja. Przy porodach są ojcowie. Kiedy mi się to nie podobało, bo to jest nasza kobieca sfera, ale teraz chce Kota blisko, jako wsparcie. Ale przy łożach rodzących są też matki ( teściowe, babcie, ciocie - ogólnie spokrewnione kobiety z pokolenia do góry). I zadziwiła mnie ta więź jaka się w tej sytuacji między nimi tworzy. Potrafią siedzieć i gadać godzinami o tym co wyprasowały, co było w serialu, co widziały w sklepie. Po babsku. Po trochu mnie to zadziwiało, po trochu czułam lekką zazdrość. Ja na samą myśl, że matka moja mogła by przyjechał do szpitala dostałam ataku paniki i chęci uciekania w kapciach w nos. Myślę, że jestem w jakiś sposób niekompletna. Zdolności do pewnych relacji mi brakuje. W jakiś sposób relacja z Kocurem, Natalią i w obywatelem M są jedynymi stałymi emocjonalnymi ze światem. Tak, mam przyjaciół, ale dzięki Kocurowi czuję się na tle związana ze światem, na tyle żywa, że mogę te relacje kontynuować.
Nie wiem gdzie byłabym bez nich. Na pewno to tu to tam, bez korzeni, bardziej świecie idei, estetyki niż relacji. Bo między ludźmi ogólnie zazwyczaj znajduje się bardzo dobrze, muszę tylko pilnować, żeby za dużo mnie w tych relacjach nie było.
I tylko taki plus, że miałam czas czytać. Z czytadeł do poduszki zakochałam się w M. Krajewskiem. Trup, odór alkoholu, bardzo podejrzane typy półświatka, mrok i wspaniały styl. Erynie mnie zauroczyły. A co do Komnat Woll Hall, których nie skończyłam ciągle mam uwagę, że potwornie irytowało mnie, że nie wiadomo było w dialogach kto jest kim i kto w danej chwili mówi. Irytujące. Mniemam, że to zasługa tłumacza.
0 komentarze:
Prześlij komentarz