Ojojojj jak mnie dawno nie było. Więc może zacznę depeszą ze świata anisków. Jest nieźle zasadniczo. Nie jest zupełnie dobrze, ale bardzo nieźle. Jakkolwiek to brzmi.
Dzisiejsze depesze sponsoruje P. P jak Puszka Puszka pomidorów.
No wiec P.
P jak PRACA. Odechciało mi się psychologii. Zupełnie. I akurat dostałam propozycję powrotu do Horyzontu pracując z domu. Mam rekrutować pracowników produkcyjnych do Belgii. Praca nawet fajna i ja taka lubię, ale za cholerę nie umiem się zorganizować z Natalią. Jak siedzę i nic nie robię to się bawi jak aniołek, a jak chce dzwonić to płacze, marudzi, coś wylewa, przewraca. Na razie mam zastraszająco małą efektywność, ale sie staram. Na tyle na ile mi się chce starać, bo pracoholikiem nie jestem. Zaczyna do mnie dochodzić bolesna prawda że ja się do pracy jako takiej nie nadaję wcale. Bogowie ześlijcie mi nieograniczone zasoby pieniędzy i mogę hodować całe stada małych Natalsiów jak Krystyna synów Mikołaja! I chcę czytać, i podróżować i robić inne nieproduktywne rzeczy!
P Jak PISANIE POJEDYNKU. Są pomysły, jest niepokój twórczy. Nie mam chwilki żeby sie skupić. Nad pisaniem nie da się siadać i tworzyć to jakby się skrobało ścianę. Trzeba wejść w ten świat dusza i myślami. Nie umiem się skupić. Może dlatego że myślę albo o nat albo o tym, że mam zaległą parce co leży i kwiczy? Tyle że termin goni. I coś we mnie bez słów usycha. Muszę to zrobić i się wreszcie zmotywować do tej historii. Zwłaszcza ze jutro wraca moje beta z orkonu.
P Jak PODRÓŻE. Był Jawornik i było bardzie ciepło i fajnie. Pomijając moje osobiste animozje i trudności charakteru to strasznie mi było tam dobrze na duszy. Jakoś tak wypoczęłam. Potem były dwa dni Orkonu. Z małą Nat pod namiotem. Gdybym wiedziała jak dobrze to zneisie to bym na dłużej jechała. Może przez ostanie lata wyluzowałam, ale chyba nie przeszkadza mi na takich wyjazdach to co mi kiedyś wadziło. Bardziej pewnie się czuję. Szkoda że tak krótko.
P jak PSYCHOLOGIA. Normalnie nie lubię psychotestów. Są durne. Ale ostatnio na zaprzyjaźnionym forum niejaka Fidelio zaproponowała ciekawy podział osobowości w zależności od archetypów w mitologi greckiej. W skrócie żeńskie Archetypy wyglądają tak:
Archetypy kobiece. Generacja matek, typy kobiet dojrzałych:
1. Demeter – Matka Ziemia, definiuje się poprzez macierzyństwo. Uwielbia wszystkie dzieci i ma do nich nieskończoną cierpliwość. Synów rozpieszcza, ale z córkami ma często trudne relacje. Bywa zaborcza, potrafi „udusić z miłości”. Żyje wyłącznie dla swojej rodziny, kontakty ze światem zewnętrznym jej nie interesują.
2. Hera – dumna, władcza, królewska. Często bardzo efektowna. Ma obsesję prawa, norm społecznych, statusu. Bywa zazdrosna, autorytarna, zimna, wyrachowana.
3. Hestia – porządkowaczka świata. Ma głęboki szacunek dla tradycji, prawa, zwyczajów. Często daje się zdominować, wycofuje się, nigdy nie walczy. Samotniczka, stojąc z boku uważnie obserwuje innych. Mądra, ale nie narzuca się. Rzadko wchodzi w relacje miłosne, przyjaźni się niemal wyłącznie z kobietami.
Generacja córek, typy kobiet młodych:
4. Atena – tatusiowa córeczka, w dzieciństwie chciała być chłopcem. Silna, nieco męska, szefująca, skrajnie opanowana. Często feministka. Dobra przyjaciółka, ale z trudnością się zakochuje. Wojownicza, może być bezwzględna. Bardzo inteligentna, logiczna, racjonalna. Niezbyt opiekuńcza.
5. Artemida – silna i samowystarczalna, ale impulsywna. Doskonała przyjaciółka, lojalna na śmierć i życie. Najbardziej ceni wolność, nie zakochuje się z zasady. Zwykle trudne relacje z ojcem, któremu desperacko chciała zaimponować. Skończona racjonalistka. Idealna siostra, potrafi być opiekuńcza. Lubi być podziwiana.
6. Afrodyta – wykorzystuje swoją kobiecość jako niezawodną broń. Fascynująca, bardzo silna, bardzo seksualna. Bardzo inteligentna, o dużej intuicji. Dumna, władcza, przekonana o swojej wyższości. Bywa manipulatorska, niestała, szybko się nudzi. Nie lubi towarzystwa kobiet.
7. Persefona – bardzo mądra, bardzo słaba, bardzo wrażliwa. Całkowity odludek, ale jeśli się oswoi to potrafi być niezwykle lojalna. Zakochuje się rzadko, ale w stopniu ekstremalnym, dla ratowania ukochanego stawi czoła samemu piekłu. Trudne relacje z matką, idei siostrzeństwa nie rozumie. Bardzo twórcza, ale nie pokazuje nikomu swojej twórczości.
Na początku nie umiałam się znaleźć. Wszędzie mi coś nie pasowało. Na Demeter za mało lubię tradycje i rodzinę, a na Persefonę za mało jestem wylękniona. W końcu coś mnie trafiło i sobie to poukładałam: 33.3% Persefona ( moja niemiłosierna skłonność do mrocznych Hadesów i relacje z matką) 33.3% Demeter ( moje zakochanie w macierzyństwie i pierwotna radość z rodzenia i dawania) 33.3% Afrodyta ( zmienność, skłonność do flirtu i nowości). Jasne i wtedy się wszystko dospawało! Bogini o trzech twarzach – Persefona i Demeter w Jednym czyli Hekate. Megalityczna Hekate z Afrodytą jako ta trzecią. Poczułam się absolutnie usatysfakcjonowana trafnością porównania. Jestem wiedźmą, Heakate. Chędożonym megalitycznym kotem który nie wiadomo co robi w naszych czasach.
P jak PIEPRZONY REMONT. Już jakiś czas temu robiłam mega remont. I nie spodziewałam sie ze będzie aż tyle pracy. Ogromny pokój i kilka warstw farby klejowej pod tapetą. Do dziś mam ślady po odciskach. Wszystko robiliśmy sami z Kocurem i Aniołakiem. I byłam tak spracowana ze nie maiłam siły o tym na blogi pisać. Ściany są; ciemno czerwona, pomarańczowa, jasno zielona a sufit żółty. ( To wszystko w jednym pokoju) I chwała Indygo która jako pierwsza nie powiedziała „ Oooo, interesujące....” Tylko „ O, fajne”. Mówimy nie nudnym wnętrzom, mówimy nie nudnym książkom, mówimy nie nudnym facetom. (-;
A teraz P jak PÓŹNIEJ. Później popracuję. Później się będą martwić. Teraz idę na spacer z Nat. I będę myśleć o Kapitanie okrętu z Czerwonymi Żaglami. Ot co!
piątek, 20 lipca 2007
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Mity,
Osobowość wombacia,
Praca
środa, 27 czerwca 2007
Kolejna notka osobista, tak moja, że po raz kolejny się cieszę, że mają tu wstęp tylko najbliżsi.
Będzie o kochaniu.
Kocur mnie złości. Paskudnie mnie rani, tak że ściska mnie w żołądku i nie mam ochotę rozmawiać ani się godzić. Mam ochotę się zamknąć w sobie, odciąć i nic już nie czuć.
A potem złość sama przechodzi i jest tylko ciepło.
To chyba to o czym pisze w Krystynie córce Laveransa – miłość jedyna i głęboka i trudna. Raniąca czasem, ale taka która zawsze jest. W szczęściu i nieszczęściu. W tym co boli i cieszy. Stała i niezmienna.
Czasem Kocur mówi, że coś mu zarzucam, a za kilka minut mówię coś wręcz przeciwnego. Tylko, że ja mogę czuć gniew, który za chwilę się roztapia jak lód na gorącej patelni. I to co mówię w złości i to co mówię potem jest tak samo prawdą. Może dlatego dzisiaj nic nie mówiłam.
I tak jak Erlend syn Mikołaja jest życiem Krystyny, tak Kocur jest moim. Jest wszystkim. Nawet tym co nieprzyjemne i tym co boli. Jest.
I jest prawdziwy.
Będzie o kochaniu.
Kocur mnie złości. Paskudnie mnie rani, tak że ściska mnie w żołądku i nie mam ochotę rozmawiać ani się godzić. Mam ochotę się zamknąć w sobie, odciąć i nic już nie czuć.
A potem złość sama przechodzi i jest tylko ciepło.
To chyba to o czym pisze w Krystynie córce Laveransa – miłość jedyna i głęboka i trudna. Raniąca czasem, ale taka która zawsze jest. W szczęściu i nieszczęściu. W tym co boli i cieszy. Stała i niezmienna.
Czasem Kocur mówi, że coś mu zarzucam, a za kilka minut mówię coś wręcz przeciwnego. Tylko, że ja mogę czuć gniew, który za chwilę się roztapia jak lód na gorącej patelni. I to co mówię w złości i to co mówię potem jest tak samo prawdą. Może dlatego dzisiaj nic nie mówiłam.
I tak jak Erlend syn Mikołaja jest życiem Krystyny, tak Kocur jest moim. Jest wszystkim. Nawet tym co nieprzyjemne i tym co boli. Jest.
I jest prawdziwy.
sobota, 23 czerwca 2007
Nie wiem jeszcze jaką decyzję podejmę co do pracy – wczoraj się odezwali z Horyzontu i nie wykluczam że ratowanie świata sobie daruję i do nich wrócę. Jutro kończę ten nieszczęsny staż w Katowicach, jutro mam rozmowę w Horyzoncie. W środę mam rozmowę w domu samotnej matki w Zabrzu. Potem dwa miesiące na decyzję. Ale jakoś dziwnie mnie to nie stresuje.
Wakacje. To dobrze. Chcę już do wyjazdów. Do słońca.
I tylko mi żal że w tym roku chyba nie będzie Bieszczad i łemkowszyzny. To dziwne – jak jakaś kraina potrafi zapaść w serce tak że się za nią tak mocno tęskni. Za miejscami magicznymi. Za Lackową, Banicą, Komańczą, Wołosatem. I niech mi nikt nie mówi że to tylko góry. Że są tak podobne do Beskidu Żywieckiego czy inszych wzniesień. Nie wierzę po prostu. W takich sytuacjach pozostaje mi tylko wierzyć w ten mit „ magicznej aury” jaki znam z książek. Chodzi za mną od kilu dni Bukowina
„W Bukowinie zarośnięte echem lasy
W Bukowinie liść zieleni się i złoci
Śpiewa czasem banior ciemnym basem
I nie mogę znaleźć Bukowiny
I nie mogę znaleźć
Choć już szukam godzin krocie i dni krocie”
I drugiej rzeczy jakiej żałuję to że nie będzie żadnego festiwalu folkowego pod gołym niebem. Z kocurem i butelką piwa.
A poza tym zapowiada się dobrze. (-; Będzie i Jawornik z Nataliami dwiema i Wdzydze z Kocurem i Nat i zjazd Upiorowi i wyjazd w góry tylko z Kocurem.
Poza tym znowu się zanosi na pisanie. Raczej bajki, baśnie. Historie bulgoczą w mojej głowie jak różnokolorowe mikstury w kociołku.
Strzeż się Juano. Znowu mnie pojedynkiem kusisz…
CZYTAM: Krystyna Córka Lavransa - Undset
SŁUCHAM: Rokia Traore
JEST: Dobrze
Wakacje. To dobrze. Chcę już do wyjazdów. Do słońca.
I tylko mi żal że w tym roku chyba nie będzie Bieszczad i łemkowszyzny. To dziwne – jak jakaś kraina potrafi zapaść w serce tak że się za nią tak mocno tęskni. Za miejscami magicznymi. Za Lackową, Banicą, Komańczą, Wołosatem. I niech mi nikt nie mówi że to tylko góry. Że są tak podobne do Beskidu Żywieckiego czy inszych wzniesień. Nie wierzę po prostu. W takich sytuacjach pozostaje mi tylko wierzyć w ten mit „ magicznej aury” jaki znam z książek. Chodzi za mną od kilu dni Bukowina
„W Bukowinie zarośnięte echem lasy
W Bukowinie liść zieleni się i złoci
Śpiewa czasem banior ciemnym basem
I nie mogę znaleźć Bukowiny
I nie mogę znaleźć
Choć już szukam godzin krocie i dni krocie”
I drugiej rzeczy jakiej żałuję to że nie będzie żadnego festiwalu folkowego pod gołym niebem. Z kocurem i butelką piwa.
A poza tym zapowiada się dobrze. (-; Będzie i Jawornik z Nataliami dwiema i Wdzydze z Kocurem i Nat i zjazd Upiorowi i wyjazd w góry tylko z Kocurem.
Poza tym znowu się zanosi na pisanie. Raczej bajki, baśnie. Historie bulgoczą w mojej głowie jak różnokolorowe mikstury w kociołku.
Strzeż się Juano. Znowu mnie pojedynkiem kusisz…
CZYTAM: Krystyna Córka Lavransa - Undset
SŁUCHAM: Rokia Traore
JEST: Dobrze
Etykiety:
Bieszczady,
Codzienności wombacie
wtorek, 12 czerwca 2007
Zgubiłam się. Musze znowu kilak rzeczy przemyśleć, a może z kimś przegadać.
Chodzi o sprawy pracowe.
Chodzę ta ten wolontariat do Katowic – bo kazano tam robić straż. Byłam już w podobnym ośrodku półtorej roku, ale ok. I powiem że tak źle prowadzonego miejsca jak Gniazdo nie widziałam. Dzieciaki wszystko mogą, nic sobie nie robią z wychowawców, klną, nie mją żadnych norm. Jak dla mnie to nie jest socjoterapia tylko melina. Wychowawcy mają dość – nic nie mogą dzieciom powiedzieć i one dobrze o tym wiedzą. A jak się odwiedziłam zarobki za etat są około 600 zł.
Nie podoba mi się to miejsce. Nie wiem czy wytrzymam do końca czerwca tam. W Zabrzu ośrodek był prowadzony zupełnie inaczej – czyli można. I mam ochotę pozabijać dzieciaki choć wiem że to nie ich wina tylko durnego kierownictwa.
Dodatkowo szkoda mi czasu bez Natalii. Bo prawda jest taka ze kiedy z nią siedziałam miałam taki spokój w sobie i jakieś jasne uczucie ze robię to co robić powinnam. A teraz tego nie mam.
Tylko mam lat 27 i na coś by się trzeba zdecydować. Kiedy Nat skończy trzy latka chcę wrócić do pracy. I mam dwie opcje. Albo rzeczywiście zrezygnować z psychologii i wrócić do Horyzontu, bo to nie było złe miejsce. I mój wewnętrzny Slizgon lubił tą pracę. Nie była nudna. Rekrutacja wymagała kombinowania. I na dodatek zespół nie był głupi a zarobki tak upokarzająco niskie.
Albo się pchać w psychologię. Bo są dziadziny które mnie interesują. Muszę się jeszcze wiele nauczyć ale wiem że dam radę. Inna rzecz to czy wytrzymam tak durnie zarządzany ośrodek.
Mam ochotę odnowić kontakt z szefową ośrodku w Zabrzu – może ona mi coś poradzi o sytuacji na rynku pracy psychologów. I chciałabym żeby był już lipiec. Żeby wyjechać na tydzień z obiema Nataliami i kilka rzeczy sobie przemyśleć.
Głupio mi o tym mówić bo mam lat dużo a zawodowo w nic na prawdę nie wsiąknęłam. Cholera nawet studia wybrałam przypadkowo. Interesowało mnie kulturoznawstwo i antropologia kultury, ale to jakieś niekonkretne było więc krakowskim targiem ( bo humanistyczne proste i z perspektywami – buchchcaaa) wybrałam psychologię.
Chyba powinnam sobie odpuścić i jeszcze zostać z Nat.
Chyba powinnam wiedzieć kiedy w życiu zawrócić, nawet jeżeli jest to śmiesznie na początku drogi.
Chyba powinnam posłuchać kilku rad.
I bardzo dokładnie to sobie przemyśleć.
Chodzi o sprawy pracowe.
Chodzę ta ten wolontariat do Katowic – bo kazano tam robić straż. Byłam już w podobnym ośrodku półtorej roku, ale ok. I powiem że tak źle prowadzonego miejsca jak Gniazdo nie widziałam. Dzieciaki wszystko mogą, nic sobie nie robią z wychowawców, klną, nie mją żadnych norm. Jak dla mnie to nie jest socjoterapia tylko melina. Wychowawcy mają dość – nic nie mogą dzieciom powiedzieć i one dobrze o tym wiedzą. A jak się odwiedziłam zarobki za etat są około 600 zł.
Nie podoba mi się to miejsce. Nie wiem czy wytrzymam do końca czerwca tam. W Zabrzu ośrodek był prowadzony zupełnie inaczej – czyli można. I mam ochotę pozabijać dzieciaki choć wiem że to nie ich wina tylko durnego kierownictwa.
Dodatkowo szkoda mi czasu bez Natalii. Bo prawda jest taka ze kiedy z nią siedziałam miałam taki spokój w sobie i jakieś jasne uczucie ze robię to co robić powinnam. A teraz tego nie mam.
Tylko mam lat 27 i na coś by się trzeba zdecydować. Kiedy Nat skończy trzy latka chcę wrócić do pracy. I mam dwie opcje. Albo rzeczywiście zrezygnować z psychologii i wrócić do Horyzontu, bo to nie było złe miejsce. I mój wewnętrzny Slizgon lubił tą pracę. Nie była nudna. Rekrutacja wymagała kombinowania. I na dodatek zespół nie był głupi a zarobki tak upokarzająco niskie.
Albo się pchać w psychologię. Bo są dziadziny które mnie interesują. Muszę się jeszcze wiele nauczyć ale wiem że dam radę. Inna rzecz to czy wytrzymam tak durnie zarządzany ośrodek.
Mam ochotę odnowić kontakt z szefową ośrodku w Zabrzu – może ona mi coś poradzi o sytuacji na rynku pracy psychologów. I chciałabym żeby był już lipiec. Żeby wyjechać na tydzień z obiema Nataliami i kilka rzeczy sobie przemyśleć.
Głupio mi o tym mówić bo mam lat dużo a zawodowo w nic na prawdę nie wsiąknęłam. Cholera nawet studia wybrałam przypadkowo. Interesowało mnie kulturoznawstwo i antropologia kultury, ale to jakieś niekonkretne było więc krakowskim targiem ( bo humanistyczne proste i z perspektywami – buchchcaaa) wybrałam psychologię.
Chyba powinnam sobie odpuścić i jeszcze zostać z Nat.
Chyba powinnam wiedzieć kiedy w życiu zawrócić, nawet jeżeli jest to śmiesznie na początku drogi.
Chyba powinnam posłuchać kilku rad.
I bardzo dokładnie to sobie przemyśleć.
poniedziałek, 11 czerwca 2007
I po remoncie. Szczegółowe sprawozdanie obiecuję napisać jutro – bo dziś spieszę sie do Katowic. Powiem tylko tyle; jest ślicznie, ale urobiliśmy sie baaardzo. Nie wiedziałam że to będzie aż tyle pracy. Ufff. Dziękuję tym co pomagali. Ze szczególnym utuleniem Aniołaka.
Może tylko przytoczę kawał który strasznie mnie rozbawiał i który opowiedział wezwany na pomoc Demonek:
„ Siedzą na drzewie dwie krowy. Nagle przelatuje stado Hebli i jeden Hebel się pyta.
Którędy do Maroka?
W prawo – odpowiada krowa.
Za chwile leci drugie stado Hebli i znowu jedne się pyta.
Którędy do Maroka?
W lewo – mówi na to krowa.
Heble odleciały, a krowa się pyta towarzyszki.
Ty, czemu jednym kazałaś lecieć w prawo, a innym w lewo?
A na cholerę tyle Hebli w Maroku?”
Może i jest stary, ale ja nie znałam i strasznie mnie ubawił.
Z newsów mniej optymistycznych to trwa FC. O ile jestem bardzo zadowolona z mówienia to słuchanie bardzo mi nie poszło. Pokręciłam kilka rzeczy. Jak to powiedział Kocur „ Anisko woli komuś nagadać niż posłuchać” Ha. Coś w tym jest. Przede mna pisanie. I czytanie. Nie powinno być źle.
Może tylko przytoczę kawał który strasznie mnie rozbawiał i który opowiedział wezwany na pomoc Demonek:
„ Siedzą na drzewie dwie krowy. Nagle przelatuje stado Hebli i jeden Hebel się pyta.
Którędy do Maroka?
W prawo – odpowiada krowa.
Za chwile leci drugie stado Hebli i znowu jedne się pyta.
Którędy do Maroka?
W lewo – mówi na to krowa.
Heble odleciały, a krowa się pyta towarzyszki.
Ty, czemu jednym kazałaś lecieć w prawo, a innym w lewo?
A na cholerę tyle Hebli w Maroku?”
Może i jest stary, ale ja nie znałam i strasznie mnie ubawił.
Z newsów mniej optymistycznych to trwa FC. O ile jestem bardzo zadowolona z mówienia to słuchanie bardzo mi nie poszło. Pokręciłam kilka rzeczy. Jak to powiedział Kocur „ Anisko woli komuś nagadać niż posłuchać” Ha. Coś w tym jest. Przede mna pisanie. I czytanie. Nie powinno być źle.
środa, 23 maja 2007
Uffff. Nie tylko przez upały Ufff.
Zaczęłam ów wolontariat. W ośrodku w Zabrzu jest super i chociaż ciężko to mama nadzieję, że sobie dam radę i sie tam zadomowię. Niestety kazali mi zrobić staż w Katowickim ośrodku Gniazdo. Bardzo mi to nie pasuje, bo dojazdy koszmarne i godziny też niemiłe, ale ok. Byłam dziś na rozmowie. Dowiedziałam się co następuje: że nie jestem im potrzebna, bo wolontariusz to w zasadzie nic nie robi, a ono mają takich pod dostatkiem. Nic się nie nauczę, bo bym musiała przez dwa lata chodzić i codziennie. Ale jak chcę sobie pooglądać i tym w Zabrzu zależy to mogę sobie chodzić. Cudownie. Wspaniałe podejście. Najgorsze, że nie mam się z tego jak wykręcić, bo by było, że się nie chcę szkolić. Więc co najmniej przez miesiąc muszę tam pochodzić. Nie zapowiada się dobrze. Anisk czuje się potraktowany z buta.
Poza tym stwierdziłam że pani dyrektor jest osobą straszną. Od pierwszej chwili jakoś czułam, że się nie dogadamy, ale kiedy się odwiedziłam, że; ona ma jak ja mała córeczkę, i to że musiała z nią rok siedzieć w domu i było „ marnowaniem czasu i okresem wyjętym z życiorysu” to mnie zatkało.
Nie każdy musi lubić dzieci, ok. Ale dla psychologa dziecięcego takie doświadczenie to chyba najcenniejsza rzec jaka się może zdarzyć! Nie wiem dlaczego, ale bycie ze swoim młodym otwiera coś w Środku, uczy słuchania rozumienia, kochania. Daje bliskość. Daje pewność siebie i nieskończoną radość. Nie zamieniłabym jednego dnia z Nat na najwspanialsza posadę. Bo to wspólne bycie jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyła. To jedna z tych pierwotnych umiejętności jaskiniowych, których nie trzeba się uczyć, a na które wystarczy się otworzyć. Tak jak kochania się, modlitwy. To jest i od tysięcy lat było w głowach mojego gatunku, a potem nagle się uruchamia i jest tylko szczęście.
A dziś się odwiedziłam że to zmarnowany czas. To co nie jest marnowaniem czasu? Hm
Zaczęłam ów wolontariat. W ośrodku w Zabrzu jest super i chociaż ciężko to mama nadzieję, że sobie dam radę i sie tam zadomowię. Niestety kazali mi zrobić staż w Katowickim ośrodku Gniazdo. Bardzo mi to nie pasuje, bo dojazdy koszmarne i godziny też niemiłe, ale ok. Byłam dziś na rozmowie. Dowiedziałam się co następuje: że nie jestem im potrzebna, bo wolontariusz to w zasadzie nic nie robi, a ono mają takich pod dostatkiem. Nic się nie nauczę, bo bym musiała przez dwa lata chodzić i codziennie. Ale jak chcę sobie pooglądać i tym w Zabrzu zależy to mogę sobie chodzić. Cudownie. Wspaniałe podejście. Najgorsze, że nie mam się z tego jak wykręcić, bo by było, że się nie chcę szkolić. Więc co najmniej przez miesiąc muszę tam pochodzić. Nie zapowiada się dobrze. Anisk czuje się potraktowany z buta.
Poza tym stwierdziłam że pani dyrektor jest osobą straszną. Od pierwszej chwili jakoś czułam, że się nie dogadamy, ale kiedy się odwiedziłam, że; ona ma jak ja mała córeczkę, i to że musiała z nią rok siedzieć w domu i było „ marnowaniem czasu i okresem wyjętym z życiorysu” to mnie zatkało.
Nie każdy musi lubić dzieci, ok. Ale dla psychologa dziecięcego takie doświadczenie to chyba najcenniejsza rzec jaka się może zdarzyć! Nie wiem dlaczego, ale bycie ze swoim młodym otwiera coś w Środku, uczy słuchania rozumienia, kochania. Daje bliskość. Daje pewność siebie i nieskończoną radość. Nie zamieniłabym jednego dnia z Nat na najwspanialsza posadę. Bo to wspólne bycie jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyła. To jedna z tych pierwotnych umiejętności jaskiniowych, których nie trzeba się uczyć, a na które wystarczy się otworzyć. Tak jak kochania się, modlitwy. To jest i od tysięcy lat było w głowach mojego gatunku, a potem nagle się uruchamia i jest tylko szczęście.
A dziś się odwiedziłam że to zmarnowany czas. To co nie jest marnowaniem czasu? Hm
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
niedziela, 13 maja 2007
Jago, ty skurwysynu. Czyli kot wielbi sztukę.
Piszę, jak to się mówi, drżącymi rękoma. Drżącymi z wrażenia i podniecenia po tym co mnie spotkało. Mianowicie zostałam zabrana na przedstawienie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy, na Otella. Reżyserem jest kuzyn Kocura to poszliśmy więc szkoda nie zobaczyć jak jest okazja.
To było coś niesamowitego, oszałamiającego i wspaniałego. Pod względem reżyserii, gry aktorskiej, muzyki i scenografii. Chyba najlepsza adaptacja Szekspira – i najlepszy spektakl jaki widziałam. ( Zdeklasował dzierżącego palmę pierwszeństwa Prawiek i Dybuka Towarzystwa Wierszalin).
Gra Otella boska. W tej sekundzie kiedy uświadomił sobie jak bardzo dał się zrobić w konia, było mi go tak żal, że aż zaciskało za serce. Ale na uwagę zasługuje tez Jagon. Bo nie jest tu demonicznym potworem, tylko zwykłym małym sukinsynem, sfrustrowanym gnojkiem, którego pominięto w awansie. I nie ma on misternego planu, ale sączy swój jad ot tak od niechcenia. Oj mocne to.
I wielbię Szekspira za prostotę. Za te najprostsze emocje; miłość, nienawiść, zazdrość, honor, zawiść, gniew. Wszystko tak uniwersalne i genialne.
Nie umiem opisać – to trzeba zobaczyć. Ależ cudowania odmiana po „tym” co ostatnio czytałam. Ale nie chcę się na ten temat spierać z osobami, które lubię i szanuję. Chyba jednak potrzebuję czarodziei pióra. Oj tak.
To było coś niesamowitego, oszałamiającego i wspaniałego. Pod względem reżyserii, gry aktorskiej, muzyki i scenografii. Chyba najlepsza adaptacja Szekspira – i najlepszy spektakl jaki widziałam. ( Zdeklasował dzierżącego palmę pierwszeństwa Prawiek i Dybuka Towarzystwa Wierszalin).
Gra Otella boska. W tej sekundzie kiedy uświadomił sobie jak bardzo dał się zrobić w konia, było mi go tak żal, że aż zaciskało za serce. Ale na uwagę zasługuje tez Jagon. Bo nie jest tu demonicznym potworem, tylko zwykłym małym sukinsynem, sfrustrowanym gnojkiem, którego pominięto w awansie. I nie ma on misternego planu, ale sączy swój jad ot tak od niechcenia. Oj mocne to.
I wielbię Szekspira za prostotę. Za te najprostsze emocje; miłość, nienawiść, zazdrość, honor, zawiść, gniew. Wszystko tak uniwersalne i genialne.
Nie umiem opisać – to trzeba zobaczyć. Ależ cudowania odmiana po „tym” co ostatnio czytałam. Ale nie chcę się na ten temat spierać z osobami, które lubię i szanuję. Chyba jednak potrzebuję czarodziei pióra. Oj tak.