czwartek, 30 marca 2006
Zastanawiałam się gdzie są granice mojej otwartości. Czy zawsze, tak jak twierdzę, co na sercu to na języku? Myślę, że nie przyznałabym się do tego, że nie jestem szczęśliwa. Jakby metodą samospełniającej się przepowiedni takie słowa mogły wszystko zniszczyć. A może uważam, że to wstyd? Nie być szczęśliwa – nie dawać sobie rady? Dlatego czasem znikam. Nie potrzebuję od przyjaciół wsparcia. Potrzebuję nory, żeby się schować. I zaufania – żeby wiedzieć, że ktoś będzie czekał, kiedy z tej nory wypełznę. Bo zawsze wypełzam. A teraz siedzę zakopana czytam i piszę. Babram się w słowach. I szczerze mówiąc dawno nie sprawiało mi to takiej frajdy. I choć sam pojedynek może przegram głosami „zbuntowano-antykatolickiej-złej” młodzieży mam to w nosie. I jeszcze dziś planuje wypad do księgarni. Słowa, słowa, słowa wokół mnie. Na ludzi nie mam ochoty dziś.
poniedziałek, 27 marca 2006
Wiosna stanowczo już idzie. I na sercu jakoś milej. Obiecuje uroczyście, jeżeli nic się wielkiego nie wydarzy, nie poruszać tematu mojej rodziny. Bo jestem niereformowalny furiat-puchon. Pomarudzi, pokrzyczy, a za pięć minut jest mięciutki jak kaczuszka i mu przykro. Błękitna Wiedźma mówi, że to dobrze. Może i ma racja? Ja aktualnie nie mam zamiaru wracać do tego tematu.
Tak sobie ostatnio myślę troszkę o mojej codzienności. Dni strasznie podobnie do siebie. Pobudka 6 rano – karmienie, tulenie, spanie, karmienie, tulenie, gotowanie, karmienie, tulenie, spanie. Zadziwiająco dobrze to znoszę. Jeżeli monotonia jest przepełniona kochaniem, to da się ją lubić. Patrzenie jak rośnie, jak zaczyna się do mnie przyzwyczajać, jak sie uczy. Bałam się, że będzie to jakiś kierat, a to strasznie dobry czas, wejścia w siebie, czasu na kochanie, czytanie, myślenie. Nie dam sobie tego zabrać.
Jedyne czego w jakiś sposób mi brakuje to wolności przemieszczania się. Bo ja byłam straszna powsinoga. Latałam tu i tam. Na zjazdy, kina, w góry, spływy kajakowe. Może w zimie tak tego nie odczuwałam, bo w ziemie i tak bym raczej w domu była, bo zimno. Ale wraz z wiosną troszkę czuję zew. Myślę o Beskidzie Niskim, Lackowej, Chatce na Nieznajowej. Wyje aż czasem. Oczywiście jest cała kolejka babć która bu chętnie małą mi zagarnęła, czy to na weekend, czy to na tydzień wakacyjny, ale nie umiem się na to zdobyć. Nie wyobrażam sobie, że Nat otworzy oczy i obok nie będzie tej mamy, którą zawsze ma. I coś się w świecie zawali. Jakieś maleńkie zaufanie. Trudno zatem, musze poczekać, aż sama zrozumie, że zostając z dziadkami, dalej mnie ma. Albo będzie na tyle duża, żeby włóczyć się z mamą tu i tam. Co nie zmienia faktu, że tęsknię. Za tymi wszystkimi dobrymi miejscami, ludźmi, herbatami w kociołku nad ogniskiem, kuflami kremowego i bliską rozmową, dalekimi krajami. Oj wyję czasem. Ale wiem, że jest to maleńka cena za Nas.
Z aktualności u Aniska. Piszę nieszczęsny pojedynek. Jakoś powiedziałam sobie, że tym razem nie wymagam pod siebie jakiegoś Nie-wiadomo-Jak-Dobrego-Tekstu, tylko zwykłą mroczną historię w przegadanym labrujowym stylu. I jak sobie odpuściłam to mi się od razu lepiej pisze. Mag może pisać KWI-ki, to ja też chce pisać jak mi się podoba. Kolejnej Ćmy nie będzie. Ale przynajmniej będę ja miała z tego jakąś zabawę. A co.
Zasłuchana w leśmianowe teksty śpiewane przez Bez Jacka, popijając herbatę z miodem, odpływam w kierunku zwykłej codzienności.
Tak sobie ostatnio myślę troszkę o mojej codzienności. Dni strasznie podobnie do siebie. Pobudka 6 rano – karmienie, tulenie, spanie, karmienie, tulenie, gotowanie, karmienie, tulenie, spanie. Zadziwiająco dobrze to znoszę. Jeżeli monotonia jest przepełniona kochaniem, to da się ją lubić. Patrzenie jak rośnie, jak zaczyna się do mnie przyzwyczajać, jak sie uczy. Bałam się, że będzie to jakiś kierat, a to strasznie dobry czas, wejścia w siebie, czasu na kochanie, czytanie, myślenie. Nie dam sobie tego zabrać.
Jedyne czego w jakiś sposób mi brakuje to wolności przemieszczania się. Bo ja byłam straszna powsinoga. Latałam tu i tam. Na zjazdy, kina, w góry, spływy kajakowe. Może w zimie tak tego nie odczuwałam, bo w ziemie i tak bym raczej w domu była, bo zimno. Ale wraz z wiosną troszkę czuję zew. Myślę o Beskidzie Niskim, Lackowej, Chatce na Nieznajowej. Wyje aż czasem. Oczywiście jest cała kolejka babć która bu chętnie małą mi zagarnęła, czy to na weekend, czy to na tydzień wakacyjny, ale nie umiem się na to zdobyć. Nie wyobrażam sobie, że Nat otworzy oczy i obok nie będzie tej mamy, którą zawsze ma. I coś się w świecie zawali. Jakieś maleńkie zaufanie. Trudno zatem, musze poczekać, aż sama zrozumie, że zostając z dziadkami, dalej mnie ma. Albo będzie na tyle duża, żeby włóczyć się z mamą tu i tam. Co nie zmienia faktu, że tęsknię. Za tymi wszystkimi dobrymi miejscami, ludźmi, herbatami w kociołku nad ogniskiem, kuflami kremowego i bliską rozmową, dalekimi krajami. Oj wyję czasem. Ale wiem, że jest to maleńka cena za Nas.
Z aktualności u Aniska. Piszę nieszczęsny pojedynek. Jakoś powiedziałam sobie, że tym razem nie wymagam pod siebie jakiegoś Nie-wiadomo-Jak-Dobrego-Tekstu, tylko zwykłą mroczną historię w przegadanym labrujowym stylu. I jak sobie odpuściłam to mi się od razu lepiej pisze. Mag może pisać KWI-ki, to ja też chce pisać jak mi się podoba. Kolejnej Ćmy nie będzie. Ale przynajmniej będę ja miała z tego jakąś zabawę. A co.
Zasłuchana w leśmianowe teksty śpiewane przez Bez Jacka, popijając herbatę z miodem, odpływam w kierunku zwykłej codzienności.
piątek, 24 marca 2006
Plany na sobotę: Wizyta u rodziców. Bla, bla, bla mądre słowa o budowaniu relacji i tolerancji. Tylko, że moja matka zadzwoniła, żeby mnie zaprosić, a ja jak ją usłyszałam zrobiłam się zielona i stwierdziłam, że co jak, co, ale nie przyjdę. Kocur powiedział kiedyś że ja mam falowo – raz relacje fatalne z ojcem ( neutralne z mamą), raz na odwrót.
Chwilowo alergia na rodzicielkę. Nie, nie zmuszą mnie do wizyty.
Z tym zrywaniem korzeni o których pisałam to jest tak, że nie wystarczy zerwać kontakt – bo stuk stuk sumienie się odzywa. I okazuje się, że ich w sumie kocham, że oni tacy biedni i mają tylko mnie, a ja taka podłą. I poczucie winy i dalejże nakręcać się od początku. To trzeba jakoś pozytywnie poukładać. Tylko jak? Skoro krótka rozmowa przez telefon sprawia moja dobra energia gdzieś się ulatnia. Ile to razy usłyszałam, że szantażuję i jestem podła. To jestem i w zad mnie ugryźcie. Wyrywać serca razem wraz z migdałkami.
Rozważam dezercję ze Świąt. Optymalnie byłoby gdybym wszystkich zaprosiła, przygotowała, a potem poszła na długi spacer. Wróciłabym po i posprzątała. Wszyscy by byli zadowoleni. Tylko tak się chyba nie da.
Zabieram się wreszcie do rozmyślań przepojedynkowych. I do przekopywania się przez stosy literatury historycznej. Na co mi to był? Nie miała baba kłopotu rzuciła se rękawicą.
Dobra wiadomość na dziś: od czwartku kocur ma niech kapkę więcej czasu. Wreszcie.
ZDECYDOWAŁAM: NIE ROBIĘ ŚWIĄT NIECH MNIE W ZAD UGRYZĄ
Chwilowo alergia na rodzicielkę. Nie, nie zmuszą mnie do wizyty.
Z tym zrywaniem korzeni o których pisałam to jest tak, że nie wystarczy zerwać kontakt – bo stuk stuk sumienie się odzywa. I okazuje się, że ich w sumie kocham, że oni tacy biedni i mają tylko mnie, a ja taka podłą. I poczucie winy i dalejże nakręcać się od początku. To trzeba jakoś pozytywnie poukładać. Tylko jak? Skoro krótka rozmowa przez telefon sprawia moja dobra energia gdzieś się ulatnia. Ile to razy usłyszałam, że szantażuję i jestem podła. To jestem i w zad mnie ugryźcie. Wyrywać serca razem wraz z migdałkami.
Rozważam dezercję ze Świąt. Optymalnie byłoby gdybym wszystkich zaprosiła, przygotowała, a potem poszła na długi spacer. Wróciłabym po i posprzątała. Wszyscy by byli zadowoleni. Tylko tak się chyba nie da.
Zabieram się wreszcie do rozmyślań przepojedynkowych. I do przekopywania się przez stosy literatury historycznej. Na co mi to był? Nie miała baba kłopotu rzuciła se rękawicą.
Dobra wiadomość na dziś: od czwartku kocur ma niech kapkę więcej czasu. Wreszcie.
ZDECYDOWAŁAM: NIE ROBIĘ ŚWIĄT NIECH MNIE W ZAD UGRYZĄ
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Jest źle,
Rodzina,
Święta
czwartek, 23 marca 2006
Mam kryzys pisania. Kiedy zaczynałam moja przygodę ze słowami wsyztski było prostsze. Nie pisałam, a bawiłam się słowami, a ona jakoś tak naturalnie układały się w sensowne wzory. Niczego od nich nie wymagałam, a one odnosiły się do mnie z sympatią.
Nie wiem co się potem stało. Może szalona fascynacja pisaniem Wiedzmy Cynamonowej Od Brykających Jaguarów? W każdym razie, troszkę nieświadomie zaczęłam „starać się” pisać. Może po części gdzieś w środku była zazdrość że nie pisze tak jak Ona? W każdym razie doszło do tego, że teraz pisze mi się ciężko. Rodzę słowa w bólach. Czy będzie wystarczająco labrujowate? Nie zbyt przpoetyzowane? Paraliżuje mnie to. Chciałabym mieć znowu tę lekkość słowa. Tą prostotę pisania zwykłej prozy. Żebym dopiero na bazie jej mogła stosować różne sztuczki. Czasami czuję, że moje pisanie to kuglarstwo. Sztuczki narracyjne, magiczne opisy, a pod spodem jakoś płasko. Zastanawiam się co powinnam robić? Czy bardziej pracować, żeby okiełzać te brykające i nieposłuszne słowa, czy może dać sobie na razie spokój i czekać aż lekkość słów powroci?
Czasem piszę bajki dla Nat. Do zeszytu, żeby mnie nie kusiło pokazywać tego komukolwiek. Tylko sobie wmyślę, że jak za kilka lat moja maleńka stwierdzi : „ mama ta bajka to jest, jakaś taka, no wiesz poprzednie były bardziej mamowate” – to chyba wlezę pod dywan.
Tęsknię za Wami słowa. Żeby móc namalować wszystkie historie jaki mam w głowie. Wróćcie do mnie.
Nie wiem co się potem stało. Może szalona fascynacja pisaniem Wiedzmy Cynamonowej Od Brykających Jaguarów? W każdym razie, troszkę nieświadomie zaczęłam „starać się” pisać. Może po części gdzieś w środku była zazdrość że nie pisze tak jak Ona? W każdym razie doszło do tego, że teraz pisze mi się ciężko. Rodzę słowa w bólach. Czy będzie wystarczająco labrujowate? Nie zbyt przpoetyzowane? Paraliżuje mnie to. Chciałabym mieć znowu tę lekkość słowa. Tą prostotę pisania zwykłej prozy. Żebym dopiero na bazie jej mogła stosować różne sztuczki. Czasami czuję, że moje pisanie to kuglarstwo. Sztuczki narracyjne, magiczne opisy, a pod spodem jakoś płasko. Zastanawiam się co powinnam robić? Czy bardziej pracować, żeby okiełzać te brykające i nieposłuszne słowa, czy może dać sobie na razie spokój i czekać aż lekkość słów powroci?
Czasem piszę bajki dla Nat. Do zeszytu, żeby mnie nie kusiło pokazywać tego komukolwiek. Tylko sobie wmyślę, że jak za kilka lat moja maleńka stwierdzi : „ mama ta bajka to jest, jakaś taka, no wiesz poprzednie były bardziej mamowate” – to chyba wlezę pod dywan.
Tęsknię za Wami słowa. Żeby móc namalować wszystkie historie jaki mam w głowie. Wróćcie do mnie.
środa, 22 marca 2006
Po urodzinach. Chyba nie będę specjalnie oryginalna, jeśli stwierdzę, że strasznie lubię mieć urodziny. Zawsze, co roku czuję się to samo. Jakbym była w wielkim markecie pełnym jakiś cudowności i nie musiała za nic płacić. Tyle, że wiem, że za pięć minut zamykają. Tak, zdecydowanie uwielbiam kiedy o mnie dbają. Homus Egocentrikus.
Urodziny skłoniły mnie do jeszcze jednej refleksji. Jak co roku przy takich okazjach powstał ogromny problem „ co też Anisko chce na prezent”. I zamiast zmajstrować mi jakąś maleńką niespodziankę – na manie zwala się problem wyboru „ porządnego prezentu”. Fajnie. Robię remanent potrzeb. Wyniki są zastraszające – bo mam absolutnie wszystko co mi potrzeba. Dobrze mi. Absolutnie nie mam ochoty na kolejny ciuch, czy inszą duperelę. I nie chodzi tu o to, że mam za dużo rzeczy. Mam ich tyle ile mi potrzeba. A że mam oprócz nich dobrych ludzi wokoło, kochającego Kocura i cud dziecka, to za cholerę nie czuję żadnej pustki do wypełniania. Ot, co.
Z racji urodzin myślałam czego mogę sobie sama życzyć. Troszkę tego było. Przede wszystkim większej tolerancji wobec bliskich i ich wad. Niestety jak się zacznie widzieć wszystkie drzazgi po oczach innych to niedługo się zostanie samemu. A na przykład wobec moich rodziców to ja doskonałym „okulistą” jestem. Dalej, życzę sobie, żebym miała oczy otwarte na wszystkie głupoty które czasem robię. I co bym prędko umiała je naprawiać. Potem przydała by się jeszcze pogoda ducha, zdrowie dla mnie i kochanych moich stworzeń i żeby Szef U Góry na mnie dobrym okiem spoglądał. To tyle.
Ale z naczynka do picia mate też się cieszę. (-:
Wczoraj był pofukałyśmy sobie z moją Małą Niebieską Wiedźmą. Najpierw było mi strasznie przykro, że są między nami niedomówienia. A potem w jakiś sposób mi ulżyło, że nawet jak są to wychodzą. I skoro jest mi przykro to czuję jak mi zależy na przyjaźni. Dziękuję.
W ogóle wczorajszy dzień uświadomił mi, że mam dobrych ludzi wokoło. Niby drobiazgi, smski, życzenia przez kominek, a wiadomo że ktoś jest i myśli. To cieszy. Poza tym była też jedna rozmowa z kimś kto był mi kiedyś bardzo bliski i jest szansa na odnowienie znajomości.
I nawet awatar wreszcie wskoczył taki jak trzeba. A dziś wpada Aniołak. I jak tu się nie cieszyć?
Urodziny skłoniły mnie do jeszcze jednej refleksji. Jak co roku przy takich okazjach powstał ogromny problem „ co też Anisko chce na prezent”. I zamiast zmajstrować mi jakąś maleńką niespodziankę – na manie zwala się problem wyboru „ porządnego prezentu”. Fajnie. Robię remanent potrzeb. Wyniki są zastraszające – bo mam absolutnie wszystko co mi potrzeba. Dobrze mi. Absolutnie nie mam ochoty na kolejny ciuch, czy inszą duperelę. I nie chodzi tu o to, że mam za dużo rzeczy. Mam ich tyle ile mi potrzeba. A że mam oprócz nich dobrych ludzi wokoło, kochającego Kocura i cud dziecka, to za cholerę nie czuję żadnej pustki do wypełniania. Ot, co.
Z racji urodzin myślałam czego mogę sobie sama życzyć. Troszkę tego było. Przede wszystkim większej tolerancji wobec bliskich i ich wad. Niestety jak się zacznie widzieć wszystkie drzazgi po oczach innych to niedługo się zostanie samemu. A na przykład wobec moich rodziców to ja doskonałym „okulistą” jestem. Dalej, życzę sobie, żebym miała oczy otwarte na wszystkie głupoty które czasem robię. I co bym prędko umiała je naprawiać. Potem przydała by się jeszcze pogoda ducha, zdrowie dla mnie i kochanych moich stworzeń i żeby Szef U Góry na mnie dobrym okiem spoglądał. To tyle.
Ale z naczynka do picia mate też się cieszę. (-:
Wczoraj był pofukałyśmy sobie z moją Małą Niebieską Wiedźmą. Najpierw było mi strasznie przykro, że są między nami niedomówienia. A potem w jakiś sposób mi ulżyło, że nawet jak są to wychodzą. I skoro jest mi przykro to czuję jak mi zależy na przyjaźni. Dziękuję.
W ogóle wczorajszy dzień uświadomił mi, że mam dobrych ludzi wokoło. Niby drobiazgi, smski, życzenia przez kominek, a wiadomo że ktoś jest i myśli. To cieszy. Poza tym była też jedna rozmowa z kimś kto był mi kiedyś bardzo bliski i jest szansa na odnowienie znajomości.
I nawet awatar wreszcie wskoczył taki jak trzeba. A dziś wpada Aniołak. I jak tu się nie cieszyć?
poniedziałek, 20 marca 2006
Micia mawia, że widzę w ludziach strasznie dużo zła. Nie wiem czy tak jest, czy nie, fakt faktem, że czasem czuję, że we mnie jest może nie tyle sporo zła, co agresji. Właśnie dzwonił telefon. Dzwonił Ktoś, nie ważne kto – ktoś z rodziny – nie mojej a Kocura, kto samym głosem doprowadza mnie do jasnej cholery. Potem muszę się długo uspokajać, a chwilę po telefonie miałam ochotę bić, kopać, gryźć. Kiedy byłam mała miewałam napady furii i agresji – jedyne co pomagało to je przespać. Teraz już mniej więcej nad złością panuję, ale ciągle jeszcze miewam to coś, co fizycznie czuć w gardle i co sprawia, że wiem że za chwile stracę nad sobą kontrolę. Psychologicznie jestem idealnym kandydatem na sprawcę przemocy. Ha. Paradoksalnie jak spojrzę na Dom który mam teraz ( ten Nalatowo – Kocurowy) to wydaje mi się, że to jedno z bardziej przyjaznych miejsc z jakim się spotkałam. Chyba oboje wkładamy sporo wysiłku i serca, żeby to tak wyglądało. Żeby samemu mieć dom i chować Dziecka w domu bez agresji. Tyle razy słyszę, że kogoś stać, lub nie stać na dziecko i śmiech mnie ogarnia. Bo nikt się nie zastanawia czy emocjonalnie stać go na dziecko.
Tylko mając takie miejsce czasem chwyta mnie przerażenie, że mam tylko je.
Od kilku lat bezskutecznie próbuję odciąć psychiczne korzenie od rodziny. Wybudować taki ogromny wysoki mur, tak żeby mnie już zupełnie nie obchodziło, co jest za nim. Nie, nie mam rodziców alkoholików, ani nie-kochających mnie potworów. Wręcz przeciwnie im na swój sposób bardzo na mnie zależy i są fajnymi ludźmi. I tym smutniejsze co ze swoim życiem robią. Pomijam już relacje między nimi, bo słowo „fatalne” chyba nie jest dość mocne. Pomijam prawdopodobne Borderline, ostre stany depresyjne i sto zmarnowanych szans. Kiedy do niech przychodzę, albo rozmawiam przez telefon, to co czuję można porównać do mieszanki wściekłej agresji, ze jest jak jest, żalu i bezsilności. Trochę jak po filmie Zabić Prezydenta. Smutno i bardzo bez sensu.
Od jakiegoś czasu usiłuję się absolutnie odciąć emocjonalnie. I mało mi wychodzi. Rodzina ma to do siebie, że nawet ja wyjedziesz na Madagaskar, ciągnie się za tobą to w tobie zostawili. Przypomina to uciekanie od własnego cienia. ( Przypomina mi się Ogród i to co miałam w głowie kiedy go pisałam). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi sie odciąć na tyle, żeby utrzymując z nimi kontakt i czerpiąc to co dobre, nie brać na siebie tego złego bagażu negatywnej energii..
A czemu ja o tym dziś nawijam? Bo święta niedługo. Czyli histerii przedświątecznej odcinek pierwszy. Wielki rodzinny obiad na którym wszyscy udają jak jest fajnie, a ja widzę jak bardzo nie jest. Może zniosłabym takie obiady sto razy lepiej, gdyby były o tak w środku roku.. A tak? Dodatkowo nie mam świąt, znaczy mam takie jakich nie chcę. I jestem zła, tak zła że czuje to fizycznie w sobie. Znowu.
Dobrą stroną złości we mnie jest prawie nie posiadanie stanów depresyjnego - smutnych. Zawsze coś. I tym pozytywnym akcentem kończę i udaje się do dentysty. Dzisiaj zapełnianie kanału zębowego.
Tylko mając takie miejsce czasem chwyta mnie przerażenie, że mam tylko je.
Od kilku lat bezskutecznie próbuję odciąć psychiczne korzenie od rodziny. Wybudować taki ogromny wysoki mur, tak żeby mnie już zupełnie nie obchodziło, co jest za nim. Nie, nie mam rodziców alkoholików, ani nie-kochających mnie potworów. Wręcz przeciwnie im na swój sposób bardzo na mnie zależy i są fajnymi ludźmi. I tym smutniejsze co ze swoim życiem robią. Pomijam już relacje między nimi, bo słowo „fatalne” chyba nie jest dość mocne. Pomijam prawdopodobne Borderline, ostre stany depresyjne i sto zmarnowanych szans. Kiedy do niech przychodzę, albo rozmawiam przez telefon, to co czuję można porównać do mieszanki wściekłej agresji, ze jest jak jest, żalu i bezsilności. Trochę jak po filmie Zabić Prezydenta. Smutno i bardzo bez sensu.
Od jakiegoś czasu usiłuję się absolutnie odciąć emocjonalnie. I mało mi wychodzi. Rodzina ma to do siebie, że nawet ja wyjedziesz na Madagaskar, ciągnie się za tobą to w tobie zostawili. Przypomina to uciekanie od własnego cienia. ( Przypomina mi się Ogród i to co miałam w głowie kiedy go pisałam). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi sie odciąć na tyle, żeby utrzymując z nimi kontakt i czerpiąc to co dobre, nie brać na siebie tego złego bagażu negatywnej energii..
A czemu ja o tym dziś nawijam? Bo święta niedługo. Czyli histerii przedświątecznej odcinek pierwszy. Wielki rodzinny obiad na którym wszyscy udają jak jest fajnie, a ja widzę jak bardzo nie jest. Może zniosłabym takie obiady sto razy lepiej, gdyby były o tak w środku roku.. A tak? Dodatkowo nie mam świąt, znaczy mam takie jakich nie chcę. I jestem zła, tak zła że czuje to fizycznie w sobie. Znowu.
Dobrą stroną złości we mnie jest prawie nie posiadanie stanów depresyjnego - smutnych. Zawsze coś. I tym pozytywnym akcentem kończę i udaje się do dentysty. Dzisiaj zapełnianie kanału zębowego.
niedziela, 19 marca 2006
Jestem, jestem. Maleńka śpi. Ukochana moja. I opanowałam mylog na tyle, żeby ustawić hasło. Mój mały netowy świat dostał klucz i zamek. Już pomijając tak prozaiczny fakt, jak to, że moja rodzina ( ojciec) lubi szperać po tekstach labruji. Jeżeli mam traktować jakieś miejsce jak kawałek swojego świata, to nie może on być przestrzenią publiczną. Podobnie jak w domu – mam zamki – ale gości chętnie witam. Nie podoba mi się to całe zamieszanie z oceanami blogowymi i „zarabianiem” komentarzy. Nie, nie, nie. Może jestem wredna wiedźma z silnie rozwiniętym instynktem terytorialnym, ale tak już mam.
Z innej baczki to przyszło coś na kształt wczesnej wiosny. Dalej zimno, ale słońce dłużej na etacie. Co jest o tyle niedobre, że szkrab mi się wcześniej budzi.
Eh. Ja chcę więcej słońca. Słońca, słońca i powietrza.
Na dziś wieczór herbata "Wyspy Wielkanocne" i
Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce
Cień ręki na murawie, a wszystko niczyje
Ledwo się zazieleni, już ufa że żyje
A jak dumnie się modrzy u ciszy podnóża
Jak buńczucznie do boju z mgłą się napurpurza
A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko
Nic prócz tła, biały obłok z czerwoną przekreską
Dal świata w ślepiach wróbla spotkanie traw z ciałem
Szmery w studni, ja w lesie, byłeś mgłą - bywałem
Usta twoje w alei, świt pod groblą, w młynie
Słońce w bramie na oścież, zgon pszczół w koniczynie
A jak dumnie się modrzy...
Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie
Malejąc mało zwiewną gęstwę ciała niesie
I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila
I wyziera z gęstwy w świat i na motyla
A jak dumnie się modrzy...
Z innej baczki to przyszło coś na kształt wczesnej wiosny. Dalej zimno, ale słońce dłużej na etacie. Co jest o tyle niedobre, że szkrab mi się wcześniej budzi.
Eh. Ja chcę więcej słońca. Słońca, słońca i powietrza.
Na dziś wieczór herbata "Wyspy Wielkanocne" i
Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce
Cień ręki na murawie, a wszystko niczyje
Ledwo się zazieleni, już ufa że żyje
A jak dumnie się modrzy u ciszy podnóża
Jak buńczucznie do boju z mgłą się napurpurza
A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko
Nic prócz tła, biały obłok z czerwoną przekreską
Dal świata w ślepiach wróbla spotkanie traw z ciałem
Szmery w studni, ja w lesie, byłeś mgłą - bywałem
Usta twoje w alei, świt pod groblą, w młynie
Słońce w bramie na oścież, zgon pszczół w koniczynie
A jak dumnie się modrzy...
Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie
Malejąc mało zwiewną gęstwę ciała niesie
I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila
I wyziera z gęstwy w świat i na motyla
A jak dumnie się modrzy...