Natalia już miesiąc w szkole. Chodzi chętnie i daje sobie radę. Wbrew czarnowidztwu, że robię dziecku krzywdę, bo nie da rady, bo cyganie w szkole kradną i obniżają poziom - w pierwszej klasie - buchchaaaa), bo huk i hałas.
Ogólnie miejsce mi też bardzo się podoba, dobrzy nauczyciele, trafnie wybrane podręczniki. Może z wyjątkiem religii - podręcznik przypomina coś co mogłabym polecić trzylatkom w temacie „obrzędowość kościłkowa dla początkujących” czyli pokoloruj pana jezusika i różaniec. Dramat. My dalej czytamy Biblię dla dzieci w myśl tezy, że edukacji seksualnej i religijnej w szkole nie zrobią za mnie jak trzeba.
Jutro młoda ma urodziny a ja ( szalona!) piekę tort. Tort drugi, bo pierwszy ze zmodyfikowanego przepisu Alex piekłam w zeszłym tygodniu. Udał się (-; I przy okazji publicznie obwieszam, że piekę tory wszystkim znajomym, którzy dostają nagrodę Zajdla. Więc do dzieła (-; To poniżej to mój wypiek dla Ani K.
Czytelniczo też mi się dobrze wiedzie. Skończyłam właśnie czytać Szczeliny Istnienia Brach Czainy. Rewelacyjna książka - mądra, chwilami dziwna, bardzo głęboko kobieca. Odrobinę feminizująca, choć nie w duchu pani Szczuki, Środy i innych lewaczek, którym się ubzdurało, że mają monopol na feminizm i wiedzę o kobiecości.
Szczeliny to książka o codzienności niezwykłej. O kobiecości. O przeżywaniu jej tu i teraz.
Dla zainteresowanych mam książkę w pdfie, a to fragment na zachętę; „ Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogrania nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach. Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne zdarzeń niezwykłych, których oczekujemy - często nadaremnie - może więc decydować o wszystkim. Ma drobny wymiar. Częstotliwość dużą. Jest niezauważalna.”
Poza tym czytam Golema Gustawa Meyrinka. dziwna książka, kiedy ją czytam nie jestem pewna, czy mi się to aby nie śni. Nie jest łatwa w odbiorze, ale dziwnie duszna i hipnotyczna.
I jeszcze mała refleksja o umęczeniu. Jako matka - z - dziećmi - w - domu dowiedziałam się jakiś czas temu, że jestem biedna. Tak samo znajoma, która szczęśliwe spodziewa się trzeciego potomka musi się zmagać z opinią umęczonej. Ani ona ani ja na umęczone nie wygadamy. Z obserwacji wiem, że doba ma 24 godziny, które tak czy inaczej czymś zajmujemy. Więcej zajęć - lepsza organizacja lub przyjęcie pomocy. I tak samo na umęczoną nie wygląda moja znajoma która pracuje w Potwornie - Złej -Kapitalistycznej - Korporacji X na Odpowiedzialnym Stanowisku. Umęczone są za to zwykle osoby, które nie lubią tego co robią. Które mają niepoukładane relacje ze światem i sobą samym. Znałam takie pracujące w budżetówce, wiecznie zmęczone i narzekające. Jedyne co nas może umęczyć to własne nieszczęście i malkontenctwo. dzieci, ani praca tego nie zrobią.
A poza tym marzy mi się długi jesienny spacer. Bo jest pięknie.
Syn skończył 5 miesiąc. Próbuję dawać coś na na łyżeczce. M. ma strategię. Nie dać sobie łyżki do gęby wsadzić ( pomocne bywają ręce i zaciśnięte usta) jeżeli mimo to jedzenie znajdzie się w buzi trzeba je szybko wypluć z największym możliwym opluciem. Do jedzenia służy piersia a nie jakieś oszukaństwa!
A po namyśle wiem o czym jest Skóra. Ten film ogląda się źle i nieprzyjemnie, ale jest bardzo dobry. Jest o tym na ile nas definiuje nasze wnętrze a na ile „skóra” czyli wygląd, rola społeczna, ubranie. Kim jest Vera? Czy tym kim była czy tym kim na kogo wygląda. Zagubiła się w tym i ona i jej lekarz. I jestem ciekawa innych opinii jak kto był.
Skóra w której żyję jest filmem przedziwnym. Almodóvara szalenie kocham i jak dotąd jego filmy w jakiś dziwny sposób mnie poruszały. Nawet Złe Wychowanie pod warstwą ostrego makijażu było w jakiś sposób poruszające. Bo te filmy zawsze mówiły o ludzkich dramatach, o ludziach bardziej lub mniej pogubionych we własnych emocjach, wykolejonych, przetrąconych. I co dziwne zazwyczaj kobiety wychodziły z tej próby zwycięsko, podczas gdy mężczyźni staczali się w ciemną stronę szaleństwa.
Najnowszy film opowiada historię chirurga plastycznego, który po śmierci żony zostaje opętany obsesja stworzenia stworzenia stworzenia skóry wytrzymałej na urazy. działa przy tym na granicy etyki szaleństwa. I ma kilka tajemnic.
Skóra zrobiła wrażenie. Nie mogę przestać o niej myśleć, ale są to zupełnie inne emocje, niż wywoływały poprzednie jego filmy. Nie są tak głębokie. Można to porównać do mrowienia na skórze, chwilami ten film prawie fizycznie bolał i siedział, był na granicy dobrego smaku. Reżysersko i muzycznie jak zwykle jest perfekcyjnie, ale mimo to czegoś zabrakło. Tego wejścia głąbiej, pod skórę.
Miałam ze skórą kilak wyraźnych skojarzeń; Frankenstein - człowiek jako demiurg, stwórca, który chciał byś wszechwładny, ale sam się we wszystkim pogubił. Drugie skojarzenie to Pigmalion. Między Verą a Robertem tworzy się dziwna zależność kata-ofiary, stwórcy i dzieła. Jest artystą, który chce stworzyć kobietę idealną. Trzecie skojarzenie - już bardzo luźne w relacji Very i Roberta - to Kolekcjoner Fowlesa. I oczywiście nawiązania do Kilki. Oglądając sceny gwałtu miałam wrażenie że Almodóvar popełnia autoplagiat.
Tak czy inaczej polecam. Nie mogę napisać więcej nie spolerując, ale osobom płci męskiej radzę mimo wszystko zastanowienie się czy na pewno chcą na to iść. Może to być dla nich dość mocne przeżycie/ czemu? A tego już nie powiem (-;
I na deser do wczorajszej notki. W końcu u Agi też zaczęło się od rozmowy z teściową.
Natalis ma wywiadówkę, Kot na konferencji, muszę młodego zostawić z moją mamą. Staram się jestem miła, poprzestaje na stanie sporego zirytowania, omija nas awantura. I nagle komentarz „ A słuchaj, ty byś nie chciała pójść na jakieś studia, korespondencyjnie przynajmniej, no żebyś nie musiała tak siedzieć”. Podsumowując rozmowę rodzicielka szalenie i szczerze mi współczuje. Ona specjalnie miała jedno dziecko,wszystko mu dała, na korepetycje woziła, żeby tylko kimś było. A ja co? Ciężko mam; nic tylko pieluchy i beznadzieja. Ale może to się zmieni, może zmądrzeje pójdę na jakiś tajemniczy kurs i będę miała pracę z zarobkami powyżej średniej krajowej. ( Ciekawe jaki miałby to być kurs, jak się spytałam co i jak to coś bąknęła o jezydach bo w każdej firmie się przydają).
Totalne niezrozumienie. Nie tłumaczę już. Wzruszam ramionami.
Zresztą odkąd pamiętam - a odrabianie lekcji z Natalką przypominają mi moje lata szkolne, to brak ambicji to był główny zarzut do mnie. Siedzieli ze mną codziennie, miałam zakaz wychodzenia na dwór, wyrywali kartki i kazali pisać to jeszcze raz porządnie. Żeby była piątka, nie trója. Żeby coś ze mnie było, żebym zdała do liceum ( straszak przez osiem lat podstawówki - bo nie zdasz do liceum!), potem bo nie zdasz na studia. A potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo zaczęłam na potęgę czytać niepotrzebne do szkoły książki. Zacięcia naukowego nigdy specjalnego nie miałam. Albo inaczej; uczyłam się łatwo, a nudziłam jeszcze szybciej. I szybko opanowałam jak robić „żeby było”, Mój próg tolerancji na nudę jest bardzo niski, a nigdy nikt mnie nie zachęcał „bo to fajne i ciekawe” tylko „ bo nie zdasz, bo będziesz byle kim, pójdziesz za sklepową”.
Zresztą, tu dygresja, jakiś czas temu zrozumiałam, ze główną siłą napędową moje rodziny jest LĘK. Nie pragnienie dobra, ciekawość świata, pragnienie władzy, czegokolwiek, ale lęk. Że nas oszukają, zwolnią, ze się nie dostaniesz. Że facet zdradzi, pójdzie do innej. Że zachorujesz, że się puścisz, zaciążysz, znarkotyzujesz. Że nie wolno się odsłaniać, otwierać mówić o sobie, bo inni nas zniszczą, wykorzystają słabe punkty. Trzeba się zamknąć w sobie i być jak takie małe zjeżone zwierzątko, czujne i agresywne. Myślę, że stąd też fascynacja Natankiem - on idealnie daje upust ich strachom. Oni źli nas zniszczą.
I problem był, bo ja się mało czego bałam. Ja zawsze byłam ciekawa. Bardzo szybko się nudziłam i bardzo wiele rzeczy po mnie spływało. Ale się nie bałam.
I jest w tym wszystkim jakaś gorzka ironia. Cały lek moich rodziców: od tego, że się nie nauczę składać liter, nie zdam do liceum, wpadnę w złe towarzystwo, zajdę w ciążę, nie zdam an studia ...to wszystko miało mieć jedna STRASZNĄ konsekwencję; miałam nie mieć dobrej pracy i nic w życiu nie osiągnąć. A ja właśnie pracy nie mam i nie szukam w tej chwili. Czy będę szczęśliwa, mądra, zadowolona nikt się nie martwił. Może i lepiej.
Swoją drogą moja babcia zawsze powtarzała mamie - ty miej drugie dziecko, z tego już nic nie będzie. Mądra kobieta była jak widać.
W końcu nie wytrzymałam i wygadałam się matce, ze od przyszłego roku wracam na studia. Chcę robić podyplomowo terapię pedagogiczną. Prychnęła zirytowana. Ale ja miałam na myśli...coś porządnego. No bo jak ja sobie coś wybiorę to zawsze musi być byle jakie, takie już to życie. A tak się starali...
Tak rzadko ostatnio piszę notki, to wychodzą potem spasione jak kanapowe koty. Ale do rzeczy.
Przedwczoraj przeczytałam na zaprzyjaźnionym blogu notkę, którą równie dobrze mogę (prawie w całości) przykleić do siebie. Notka jest tu. Polecam.
Koleżanka jest mamą, opiekuje się córką, robi konfitury czyta i dobrze jej z tym. Nie widać oznak frustracji, ani odmóżdżenia. I po raz kolejny musi się tłumaczyć przed światem, który patrzy z niedowierzaniem i zadaje pytanie „ No jak to tak? A co z samorealizacją”. Tak jakby jedyną słuszna drogą samorealizacji były biurowe zakamarki. Pracowałam przez jakiś czas. Pamiętam poczucie bycia niepotrzebnym, brak czasu na życie, na słowa, stres, że spóźnię się o kwadrans. A jedyną nagrodą która teoretycznie mogła mnie spotkać to dobra ocena okresowa. Jedyne co miło wspominam, to kilku fajnych ludzi - ale oni wylecieli, albo ze mną, albo zrezygnowali niedługo potem.
Pamiętam, że nie miałam czasu na słowa. Na czytanie i pisanie. Bo książki to nie jest dla mnie tylko miły relaks, jak wieczorne oglądanie telewizji. To nałóg, przyjemność, bez której nie może być mowy o jakiejkolwiek samorealizacji.
Nie wiem czemu światu - głownie kobietom - tak trudno przyjąć, że teraz między książkami, konfiturami i dziecięcymi ubrankami się samorealizuje. Czemu słyszę w kolejce do dentysty komentarz pani tonem głębokiej wyższości „Ja moje dziecko oddałam do żłobka kiedy miało 3 miesiące”. A ja nie. I nie dlatego, że się poświęcam. Dlatego, że to lubię. I nie mam ochoty się przed nikim tłumaczyć.
Notkę w podobnym tonie - o byciu matką polką - miałam już w zeszłym roku. Mam wrażenie, że wiele bliskich mi osób od tego czasu pojęło, że jest mi dobrze i przestało traktować mnie z litością i politowaniem. Coś mi się zdaje jednak, że świat tego nie pojmie. Trudno, tym gorzej dla świata. Bo ja tłumaczyć się nie zamierzam.
Z innej beczki. Ponieważ, jak mi się zdaje, mój syn nie czytuje mojego bloga, to mogę się podzielić planami, które zapewne mu się nie spodobają. Mikołaj jest z mamą non stop i będzie jeszcze przez jakieś dwa lata, ale z małymi przerwami. Na kilka wieczorów butla w buzię i opieka zastępcza (-; Jak ktoś ma ochotę się przyłączyć to zapraszam. Szykują się dwie ciekawe transmisje z Met 29 10 Don Giovanni i 10 12 Faust. Akcja opery Gounoda będzie przeniesiona w końcówkę II wojny światowej, a potem przeniesiona na przełom wieku w czas młodości Fausta. Trailer tu ( nie wiem jak wkleić ten film). Wygląda rewelacyjnie, prawda?
I oczywiście Faust filmowy - Sakurow dostał statuetkę w Wenecji i wombat już przebiera łapkami żeby to zobaczyć. Szykuje się coś takiego:
A kiedy szukałam trailera do Sakurowa, to znalazłam,też innego Fausta. Nie wiem co to warte, ale w kontekście dwóch pozostałych ja chce!
Poza tym Skóra w której żyje Almodóvara - na razie idę sama, chyba, że ktoś się chce przyłączyć? Pan kot odmówił współpracy. I Hamlet w teatrze STU. Jest plan na wypad do Krakowa z małym - to się może udać. A jutro zadzwonię czy w ogóle są jeszcze bilety.
Jak ktoś chętny zabrać się z nami to zgłaszać się przez kominek to dorezewuję bilety.
Śmierciowisko wysłane - dziękuję kilku osobom za opinie. Teraz trzymamy kciuki. Teraz piszę dłuższe opowiadanie. A że akcja będzie się działa w Katowicach w okresie międzywojennym. W ramach studiowania tła pożyczyłam Czarny Ogród Małgorzaty Sztejner. I wsiąkłam. Książka jest genialna. Reportaż, kronika miejsca i ludzi, urywki z ich życia, nie wiem czym do końca jest. Ale nie umiem się od niej oderwać. Polecam. A dla ludzi ze śląska lektura obowiązkowa.
Natalia ze szkoły w dalszym ciągu zadowolona. Ja też. Tyle nie fajnie, że przez przypadek zobaczyłam świetlicę i mi włosy zaczęły się jeżyć na głowie. Dużo, dużo, dużo dzieci, hałas jak w kotłowni, dwóch wychowawców, szans na zrobienie porządnie lekcji zero. Ciesze się, że mamy możliwość wracania do domu koło 12 30.
A jeżeli mowa o edukacji córki to zabrałam się na serio za uczenie religii. Bo albo niech do kościoła nie chodzi, albo niech chodzi świadomie. Znalazałam książkę cudownego o. Leona Knabita „Idziemy do Kościoła”, a potem przyszła kolej na Biblię. Wybrałam wydanie dla dzieci z 1987 w którym mało było bozi i tym podobnych dyrdymałów. Czytamy. Początek - zwiastowanie.
I tu konsternacja Natalki. Bo mamo mówiłaś, że przecież można nie mieć męża żeby mieć dzieci. Drapię się pod głowie. No tak, córko, można nie mieć męża, ale trzeba mieć chłopaka, narzeczonego, no jakiś mężczyzna jest fizycznie potrzebny. A tu go nie było.
Córka dalej nieufna. Bo ja mam narzeczonego, znaczy, że będę miała dziecko? I tu się okazało, że religia i seks są ze sobą połączone. Bo musiałam zrobić pół godzinną dygresję o wychowaniu seksualnym. Komórce taty, komórce mamy, jajeczkowaniu, zapłodnieniu i tym wszystkim. Potem córka skomentowała. Rozumiem, to Józef był w sumie wujkiem. Ja też mam wujków, na przykład wujek Levis. ( ---> Nasza latorośl mówi „wuju” do wszystkich naszych znajomych i przyjaciół płci brzydkiej.
A na koniec ( tradycyjnie już) zdjęcie M. Bo on tak szybko się zmienia, że to za każdym razem jest jak zdjęcie nowego dziecka. Nie jestem ( za bardzo) monotematyczna, prawda? (-;
Ps. Do tytułu bez pytania wkradła się biała czekolada. Nie wiem czemu, ale ostatnio ją lubię więc nie kasuję. I Biała Czekolada niczym Narnijska Biała Czarownica jest ostatnio największym wrogiem mojej ś.p. diety. Dieta poległa na 54 kilogramie pod ciosami białej czekolady i wiśni w cukrze.
Ojojojjj, jak mnie dawno nie było. Niniejszym odkurzam stare kąty.
Wyszłam na chwilkę do sklepu i zerwał się wiatr. Taki jakiego chyba jeszcze nie oglądałam, zrywał gałęzie z drzew, w powietrzu tańczyły śmieci i piasek. Zmiana pogody. Jesień idzie nie ma na to rady. Wszystko się zmienia. I nawet to fantastyczne lato, spędzone z fajnymi ludźmi teraz się kończy.
Natalis w szkole. Lokalne matki patrzą na mnie jak na potwora, bo wysyłam biedna sześciolatkę do szkoły, tyle że samej zainteresowanej bardzo się to podoba. A ja uważam, że dzieci należy wspierać, ale nie chronić przed całym światem. ma sobie dawać radę. Mikołaj z wybił się z okresu leżenia na plecach, w okres turlania się. Podnosi głowę, a ja musiałam spakować do skrzynki pierwsza partię ubranek. Nie jest już Bardzo Małym Dzieckiem. Wszystko się kończy.
A z podsumowań letnich to miałam w te wakacje szczęście do serii bardzo lekkich, przyjemnych i mało ambitnych czytadeł. Bezzmienna - Gail Carrieger. Dalsze przygody Alexi Maccon, sterowce, wilkołaki, wampiry i sex. Cudownie świeże i lekko napisane. Steampunk i pastisz steampunku w jednym. Potem dwa nic nie wnoszące kryminały - Festung w Breslau Krajewskiego ( Nie będę więcej czytać Krajwskiego, nie będę więcej czytać Krajewskiego, Nie będę....znowu go czytam!) i Szlak Kości Elly Gryffiths. I ostani książka, która budzi chyba największe wątpliwości. Marina R. Zafona.
Ja do Zafona po Cieniu Wiatru ogólnie mam szalenie mieszane uczucia. Teraz poleciła mi go znajoma do której mam sporo zaufania, więc zajrzałam. Przeczytałam jednym tchem. Tak, zdaję sobie sprawę, że jest to mocno egzaltowane, przestylizowane, przekoloryzowane, że wytłumaczenie fabularne jest naciągane. Właściwie jest to defacto współczesna gotycka powieść dla młodzieży. Tylko, że ja...uwielbiam powieści gotyckie. Co z tego, że wszystko co napisałam powyżej jest prawdą, skoro fantastycznie mi się to czytało. No i jest silny wątek „upiorowy” (--> Nawiązujący do mitu Upiora z opery - mamy tu takie elementy jak podziemia, mroczny sukinsyn w pelerynie, operę i teatr). To jest niesamowite, że widząc wszystkie wady i nieścisłości tej powieści tak bardzo mi się podobała. Może po trochu jestem już odrobinę za stara na tą książkę. Widzę za dużo potknięć autora, przegadanych zdań o niczym, egzaltacji. Może gdybym trafiła na Marinę, kiedy miałam 15 lat, to zostałaby jedną z moich ulubionych powieści. Teraz ulubioną nie jest, ale skoro widząc jej wszystkie słabości tak mnie zauroczyła, to czapki z głów dla autora. Bo o to chyba w pisaniu chodzi. Żeby uwieść czytelnika, nawet i cyrkowymi sztuczkami.
A swoją drogą powieść skończona. Streszczenie i notka o autorze napisana. Jutro zaczynami rozsyłanie. Jestem ogólne dość zadowolona z treści, ale teraz widzę, ile jeszcze powieść ma słabych stron. Cóż, jest lepsza niż poprzednia, ja mam pomył na następną, którą zaczynam za tydzień i w końcu chyba kiedyś nauczę się pisać (-; A na razie trzymajcie kciuki. Jeżeli ktoś jeszcze chce przeczytać kontakt na maila, kominkiem lub tu.
Bardzo dobry czas. Wracam z domu, z łąk, dróg błotnistych, lasów buczynowych. Od kopuł cerkiewnych na tle niebieskiego nieba i aniołów śpiących między gontami.
I jeszcze spotkałam Mikołaja. Tego prawdziwego na deskach ikona pisanego i tego z kamienia wśród lasów. Poznał mojego syna. I uśmiechnął się do niego.