poniedziałek, 19 września 2011

Skóra w której żyję

Skóra w której żyję jest filmem przedziwnym. Almodóvara szalenie kocham i jak dotąd jego filmy w jakiś dziwny sposób mnie poruszały. Nawet Złe Wychowanie pod warstwą ostrego makijażu było w jakiś sposób poruszające. Bo te filmy zawsze mówiły o ludzkich dramatach, o ludziach bardziej lub mniej pogubionych we własnych emocjach, wykolejonych, przetrąconych. I co dziwne zazwyczaj kobiety wychodziły z tej próby zwycięsko, podczas gdy mężczyźni staczali się w ciemną stronę szaleństwa.

Najnowszy film opowiada historię chirurga plastycznego, który po śmierci żony zostaje opętany obsesja stworzenia stworzenia stworzenia skóry wytrzymałej na urazy. działa przy tym na granicy etyki szaleństwa. I ma kilka tajemnic.

Skóra zrobiła wrażenie. Nie mogę przestać o niej myśleć, ale są to zupełnie inne emocje, niż wywoływały poprzednie jego filmy. Nie są tak głębokie. Można to porównać do mrowienia na skórze, chwilami ten film prawie fizycznie bolał i siedział, był na granicy dobrego smaku. Reżysersko i muzycznie jak zwykle jest perfekcyjnie, ale mimo to czegoś zabrakło. Tego wejścia głąbiej, pod skórę.

Miałam ze skórą kilak wyraźnych skojarzeń; Frankenstein - człowiek jako demiurg, stwórca, który chciał byś wszechwładny, ale sam się we wszystkim pogubił. Drugie skojarzenie to Pigmalion. Między Verą a Robertem tworzy się dziwna zależność kata-ofiary, stwórcy i dzieła. Jest artystą, który chce stworzyć kobietę idealną. Trzecie skojarzenie - już bardzo luźne w relacji Very i Roberta - to Kolekcjoner Fowlesa. I oczywiście nawiązania do Kilki. Oglądając sceny gwałtu miałam wrażenie że Almodóvar popełnia autoplagiat.

Tak czy inaczej polecam. Nie mogę napisać więcej nie spolerując, ale osobom płci męskiej radzę mimo wszystko zastanowienie się czy na pewno chcą na to iść. Może to być dla nich dość mocne przeżycie/ czemu? A tego już nie powiem (-;

1 komentarze:

monika mimo-za pisze...

Hm, zasiałaś we mnie chęci. Też kocham Almadovara.

Prześlij komentarz