Przedwczoraj przeczytałam na zaprzyjaźnionym blogu notkę, którą równie dobrze mogę (prawie w całości) przykleić do siebie. Notka jest tu. Polecam.
Koleżanka jest mamą, opiekuje się córką, robi konfitury czyta i dobrze jej z tym. Nie widać oznak frustracji, ani odmóżdżenia. I po raz kolejny musi się tłumaczyć przed światem, który patrzy z niedowierzaniem i zadaje pytanie „ No jak to tak? A co z samorealizacją”. Tak jakby jedyną słuszna drogą samorealizacji były biurowe zakamarki. Pracowałam przez jakiś czas. Pamiętam poczucie bycia niepotrzebnym, brak czasu na życie, na słowa, stres, że spóźnię się o kwadrans. A jedyną nagrodą która teoretycznie mogła mnie spotkać to dobra ocena okresowa. Jedyne co miło wspominam, to kilku fajnych ludzi - ale oni wylecieli, albo ze mną, albo zrezygnowali niedługo potem.
Pamiętam, że nie miałam czasu na słowa. Na czytanie i pisanie. Bo książki to nie jest dla mnie tylko miły relaks, jak wieczorne oglądanie telewizji. To nałóg, przyjemność, bez której nie może być mowy o jakiejkolwiek samorealizacji.
Nie wiem czemu światu - głownie kobietom - tak trudno przyjąć, że teraz między książkami, konfiturami i dziecięcymi ubrankami się samorealizuje. Czemu słyszę w kolejce do dentysty komentarz pani tonem głębokiej wyższości „Ja moje dziecko oddałam do żłobka kiedy miało 3 miesiące”. A ja nie. I nie dlatego, że się poświęcam. Dlatego, że to lubię. I nie mam ochoty się przed nikim tłumaczyć.
Notkę w podobnym tonie - o byciu matką polką - miałam już w zeszłym roku. Mam wrażenie, że wiele bliskich mi osób od tego czasu pojęło, że jest mi dobrze i przestało traktować mnie z litością i politowaniem. Coś mi się zdaje jednak, że świat tego nie pojmie. Trudno, tym gorzej dla świata. Bo ja tłumaczyć się nie zamierzam.
Z innej beczki.
Ponieważ, jak mi się zdaje, mój syn nie czytuje mojego bloga, to mogę się podzielić planami, które zapewne mu się nie spodobają. Mikołaj jest z mamą non stop i będzie jeszcze przez jakieś dwa lata, ale z małymi przerwami. Na kilka wieczorów butla w buzię i opieka zastępcza (-; Jak ktoś ma ochotę się przyłączyć to zapraszam.
Szykują się dwie ciekawe transmisje z Met 29 10 Don Giovanni i 10 12 Faust. Akcja opery Gounoda będzie przeniesiona w końcówkę II wojny światowej, a potem przeniesiona na przełom wieku w czas młodości Fausta. Trailer tu ( nie wiem jak wkleić ten film). Wygląda rewelacyjnie, prawda?
I oczywiście Faust filmowy - Sakurow dostał statuetkę w Wenecji i wombat już przebiera łapkami żeby to zobaczyć. Szykuje się coś takiego:
A kiedy szukałam trailera do Sakurowa, to znalazłam,też innego Fausta. Nie wiem co to warte, ale w kontekście dwóch pozostałych ja chce!
Poza tym Skóra w której żyje Almodóvara - na razie idę sama, chyba, że ktoś się chce przyłączyć? Pan kot odmówił współpracy. I Hamlet w teatrze STU. Jest plan na wypad do Krakowa z małym - to się może udać. A jutro zadzwonię czy w ogóle są jeszcze bilety.
Jak ktoś chętny zabrać się z nami to zgłaszać się przez kominek to dorezewuję bilety.
Śmierciowisko wysłane - dziękuję kilku osobom za opinie. Teraz trzymamy kciuki. Teraz piszę dłuższe opowiadanie. A że akcja będzie się działa w Katowicach w okresie międzywojennym. W ramach studiowania tła pożyczyłam Czarny Ogród Małgorzaty Sztejner. I wsiąkłam. Książka jest genialna. Reportaż, kronika miejsca i ludzi, urywki z ich życia, nie wiem czym do końca jest. Ale nie umiem się od niej oderwać. Polecam. A dla ludzi ze śląska lektura obowiązkowa.
Natalia ze szkoły w dalszym ciągu zadowolona. Ja też. Tyle nie fajnie, że przez przypadek zobaczyłam świetlicę i mi włosy zaczęły się jeżyć na głowie. Dużo, dużo, dużo dzieci, hałas jak w kotłowni, dwóch wychowawców, szans na zrobienie porządnie lekcji zero. Ciesze się, że mamy możliwość wracania do domu koło 12 30.
A jeżeli mowa o edukacji córki to zabrałam się na serio za uczenie religii. Bo albo niech do kościoła nie chodzi, albo niech chodzi świadomie. Znalazałam książkę cudownego o. Leona Knabita „Idziemy do Kościoła”, a potem przyszła kolej na Biblię. Wybrałam wydanie dla dzieci z 1987 w którym mało było bozi i tym podobnych dyrdymałów. Czytamy. Początek - zwiastowanie.
I tu konsternacja Natalki. Bo mamo mówiłaś, że przecież można nie mieć męża żeby mieć dzieci. Drapię się pod głowie. No tak, córko, można nie mieć męża, ale trzeba mieć chłopaka, narzeczonego, no jakiś mężczyzna jest fizycznie potrzebny. A tu go nie było.
Córka dalej nieufna. Bo ja mam narzeczonego, znaczy, że będę miała dziecko? I tu się okazało, że religia i seks są ze sobą połączone. Bo musiałam zrobić pół godzinną dygresję o wychowaniu seksualnym. Komórce taty, komórce mamy, jajeczkowaniu, zapłodnieniu i tym wszystkim. Potem córka skomentowała. Rozumiem, to Józef był w sumie wujkiem. Ja też mam wujków, na przykład wujek Levis. ( ---> Nasza latorośl mówi „wuju” do wszystkich naszych znajomych i przyjaciół płci brzydkiej.
A na koniec ( tradycyjnie już) zdjęcie M. Bo on tak szybko się zmienia, że to za każdym razem jest jak zdjęcie nowego dziecka. Nie jestem ( za bardzo) monotematyczna, prawda? (-;
Ps. Do tytułu bez pytania wkradła się biała czekolada. Nie wiem czemu, ale ostatnio ją lubię więc nie kasuję. I Biała Czekolada niczym Narnijska Biała Czarownica jest ostatnio największym wrogiem mojej ś.p. diety. Dieta poległa na 54 kilogramie pod ciosami białej czekolady i wiśni w cukrze.
1 komentarze:
Dzięki za słowa otuchy!Pozdrawiam :)
Prześlij komentarz