poniedziałek, 31 lipca 2006

Wróciłam.
Pierwsza rzecz to, że wiatru z połonin nie przyniosłam, bo z małym Natalisem po takowych nie dałam rady chodzić. Ale mimo to było cudownie.

Zacznę od miejsca. Przez pierwsze kilka dni chodziłam w kółko i węszyłam, czy to możliwe że tak fajne miejsca w ogóle istnieją. Zupełne odludzie, 5 km od drogi, w cudownej dolinie, cały dom z niesamowicie pozytywną atmosferą czegoś ciepłego i dobrego, wspaniałe wegetariańskie jedzonko, dobre traktowanie zwierzów domowych ( a o to na wsi czasem ciężko) i biegające w około zwierza dzikie. Były chwile kiedy czułam się trochę samotna – z innych gości były cale rodziny, a ja byłam tylko z Natalisem. Potem przestało mi to przeszkadzać. Czułam się jak wielka bryła lodu, która w jakiś sposób emocjonalnie się rozmraża. Potrzebny mi był taki czas. I jak tylko się rozmroziłam to musiałam już wracać.

Choć były też rzeczy które mi troszkę przeszkadzały. Strasznie ciągnęło mnie w góry. Do Lackowej to prawie wyłam. I właśnie na takie samotne wyprawy miałam największą ochotę. Do pół i lasów i ptaków drapieżnych w ciszy po jasnym niebie krążących. A musiałam siedzieć na miejscu. Ale jeszcze pochodzę. Kiedyś.

Druga rzecz to, że mimo całego uroku tamtego miejsca nie umiałam poczuć się tam jak u siebie. Czułam się trochę tak jak na wyjazdach z Anią i Marcinem. Dobrze, ciepło, bezpiecznie, ale boleśnie czuć że to nie mój świat. Wyciszam się wtedy i wchodzę w siebie. Tak jak w Chmielu czy Taize od razu czułam się jak u siebie i otwierałam na innych. Ale to nie ważne że nie jest to mój świat. Cieszę się że inni mają takie dobre miejsce.



A i refleksja z innej beczki. Oprócz mnie w Ropkach było kilka rodzin z dziećmi. I dochodzą do wniosku, że chyba jestem jakąś inną mamą. Taką bardziej przypominająca zwierzaka z młodym niż „mamusię” z gazety Twoje dziecko. Natalis łaził po trawie, jadł chlebek z podłogi, śmiał się jak dziki i w ogóle dobrze mu było. A z innymi mamami nie mogłam złapać wspólnego języka.

W ogóle to poznałam nowy typ homo sapiens. Mianowicie „mamusie” i „tatusiów”. Obiekty takie mówią dziwnym, nieco piskliwym głosem, zwracają się do swoich pociech, nawet tych najmłodszych, w wołaczu nie w mianowniku. Zabraniają im wszystkiego co w jakikolwiek sposób może zaszkodzić ich zdrowiu. Nie zabraniają natomiast niczego co zagraża zdrowiu ( psychicznemu zwłaszcza) otoczenia. Od rana słuchać „Filipie, umyj ręce. Filipie uważaj na schodach”. Nikt nie zabrania natomiast bachorowi tupać, hałasować, kaprysić, szantażować. Kiedy dziciuk taki przez przypadek trafi nogą w piłkę, już mama i babcia biją brawo na stojąco, że gwiazda futbolu nam rośnie. Błeh. Dodatkowo nabrałam szczególnej nieufności do rodziców nazywających swe pociechy: Marysia, Zuzia, Franek, Jasiu i Józiu. Pachnie mi to mamusiowaniem.

Dobrze, że nasz Natalis rośnie bez nim mamusi. Za to z mamą, co się z tarza po trawie pluska w wodzie i nie bije brawa na stojąco jak „śliczna kupka w pieluszce się pojawi”. I że ta mama ma Kocura-Tatę –Natalisa co dalej jest paskudnym cynicznym kocurem, co gra w rpg, robi dużo fajnych rzeczy i pazurów wcale nie stracił. A nie bezzębnym milusim tatusiem co mówi śmiesznym głosikiem i tak wczuwa się w rolę tatki, że zapomniał że może być facetem.

A jutro znowu znikam. Tym razem nie dla przyjemności. Jadę do Rycerki. W każdym razie pozytywne jest to że za jakiś czas wrócę.

To do zobaczenia.

piątek, 21 lipca 2006

Jutro jadę. Przywiazę wam troszkę wiatru z połonin.



Kiedy stałem w przedświcie a Synaj
Prawdę głosił przez trąby wiatru
Zasmreczyły się chmur igliwiem
Bure świerki o góry wsparte
I na niebie byłem ja jeden
Plotąc pieśni w warkocze bukowe
I schodziłem na ziemię za kwestą
Przez skrzydlącą się bramę Lackowej

I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi

Moje myśli biegały końmi
Po niebieskich mokrych połoninach
I modliłem się złożywszy dłonie
Do gór, do Madonny brunatnolicej
A gdy serce kroplami tęsknoty
Jęło spadać na góry sine
Czarodziejskim kwiatem paproci
Rozgwieździła się Bukowina

czwartek, 13 lipca 2006

Dobrze. Wciąż żyję. Nawet mam się lepiej. Kilka refleksji po pobycie w szpitalu. Po pierwsze wreszcie zrozumiałam do czego ma służyć „bycie na czczo przed operacją”. Pacjent głodny o odwodniony się nie buntuje i nie ucieka. Lezie potulnie jak owca na cięcie. Nawet nie protestowałam jak mi igłę do kręgosłupa wbijali.
A potem długie dni leżenia w gorącu, nudy, bolenia tu i tam. Jestem tym już serdecznie zmęczona. Rozbiło mnie to dokumentnie. Mam zamiar wziąć prysznic i ruszyć na spacer. W stronę życia. To co że mi jeszcze nie wolno? Mam ochotę - wot co.

I dzięki bliskim za wsparcie, dobre myśli i smski. Pomagały. Bardzo.

czwartek, 6 lipca 2006

Dobrze przyznam się. Boję się jutra. Boję się bólu, komplikacji. Boję się rozstania z Natalisem. Ale chyba nie mam odwrotu i alternatywy, bo coś z Tym trzeba zrobić. Proszę o pozytywne myślenie i modlitwę. W okolicach 14- 16 szczególnie. Mam nadzieję, że będę miała trochę szczęścia. Jak to się mówi. Wszystko będzie dobrze. Musi być.

piątek, 30 czerwca 2006

Jestem, jestem.

Od poniedziałku do środy miałam nie-przyjemność siedziałam w Zakopanym. Przez kilka okoliczności, o których tu wspominać nie będę wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych. Kocur była na konferencji, a ja siedziałam z małą w pokoju. Nudziłam się jak dziki mops – dlaczego to długa historia – nie warta zresztą notki.

Koniec końców miałam okazję przypatrzeć się w tym czasie dziwnej i nieznanej mi machinie. Chodzi mianowicie o Telewizor. Zobaczyłam jeden odcinek słynnego Lostu – sromotnie mnie zresztą zawiódł. Chodzi ekipa po plaży i rozmawia. A w krzakach nie-wiadomo-co robi mroczny nastrój. Oprócz rzeczonego serialu zetknęłam się z wprost zastraszającą ilością reklam. Po pierwsze nie przypuszczałam, że jest ich aż tak dużo. Po drugie chyba stanowię, jakiś odrębny gatunek, do którego nie są one skierowane. Ja rozumiem, że produkt trza sprzedać i reklama się przydaje. Tylko dlaczego wszędzie te same sztuczne mordy z przylepionym uśmiechem. Dlaczego wszędzie te same teksty, dobór idealnego, świeżego, super, ekstra słownictwa? Toż to nie niesie ze sobą żadnych emocji. Chyba tylko kilka reklam około mundialowych zrobiło na mnie jakieś wrażenie. Chłopaki grające na ulicy z Beckhamem i resztą gwiazd. I komentatorzy pijący Calsberg.
Natomiast reszta jest po prostu niesmaczna. I zastanawia mnie tylko czy ci do których kierowane są reklamy są aż tak głupi, czy może ich twórcy z jakiś powodów nie wychodzą poza pewien szablon? A może są tworzone automatycznie przez komputer? Jeżeli tak, to myślę że program tworzący reklamy jest Microsoftowy. Mój kocur napisałby lepszy. (-:

Kolejna rzecz to udało mi się kupić na allegro dla Natalisa moje ukochane bajki z dzieciństwa. O złotym Żółwiu Baśnie Birmy i Brzechwa Dzieciom z ilustracjami Szancego. Zresztą nie ma lepszej inwestycji niż w książki dla dzieci. Bo jak ktoś w młodości nie zacznie czytać, to czytać już nie będzie. A jak się chwyci bakcyla to potem dostani grosz, wyrwany z gardła dziecka czy babki, zamieni sie na słowo pisane. I jakoś nie ciągnie mnie do kupowania jej milusich ubranek w misie. Ale w księgarni na dziele dziecięcym aż mi się oczy świecą. Tylko niestety czasem chce się opowiedzieć patrząc na niektóre super książeczki „ za naszych czasów to...”. Bo jakoś nie przekonują mnie przygody Barbie, czy przygody różowego słonia z kreskówki Dysneya. Trudno, zostaje mi allegro i polowanie na pewne wydanie baśnie Andersena. Mam nadzieję, że będzie jej się podobało kiedyś. A przynajmniej mamie będzie się to fajnie czytało. (-:

Aaaa i nieśmiało przypominam, że zostało jeszcze kilka książek nie odgadniętych kilka postów niżej. (-: Daję wam jeszcze tydzień.

A dziś ważny mecz. Trzymamy kciuki za Argentynę. Prawda?

piątek, 9 czerwca 2006

Piłka nożna ma coś z magii. Przejmuję się. Piszczę przed odbiornikiem radiowym.
Tymczasem gra naszych jest jak zaburzenia orgazmu. Niby już, już, już prawie…a po chwili się okazuje, że jednak nie. I klops. A w środę będzie już tylko wstyd.
Nasi ze Sierra Leone nie grają. Trudno trzeba kibicować Wybrzeżu Kości Słoniowej. Albo Togo. Jak nie piłkarzy to może czarowników mają lepszych. Ech.

niedziela, 4 czerwca 2006

Nie, nie będzie w żadnym wypadku o gryzieniu metaforycznym. Będzie o zwykłym zębowym wgryzaniu się w smaczne obiekty. Gryzienie jest przyjemne. Jest częścią życia. Mam oczy patrzę, mam uszy słucham, mam nogi chodzę, mam zęby wgryzam się. Niemal jak w bajce o Czerwonym kapturku. A dlaczego ja się nad tym rozwodzę? Bo jestem tej możliwości obecnie pozbawiona. I cierpię. Otóż mam wreszcie aparat. Nie wygląda aż tak tragicznie, boli też do wytrzymania. Problem w tym, że jedzenie papek i płynów nie wystarcza. Zaspokaja głód żołądka, ale pozostawia jakiś inny prastary głód, głód wgryzania się. Nie jestem mięsożercą. W zupełności wystarczyłby mi mięsisty pomidorek, albo wilgotny świeży ogóreczek. O skórce z chlebie już nie wspomnę.

Zatem Carpe Diem, Carpe Tomate i inne dobrocie! Carpe i gryźcie, skoro możecie. A mnie zostają marzenia i zmiksowana papka o kolorze zmieszanym z wszystkich barw Hogwartu. Błeh. Nie miała baba kłopotu. Ale trudno sam chciałam nie marudzę.