sobota, 18 czerwca 2011

Wombat od-wagi

Wierzę, że każda kobieta ma swoją wagę, niezalewną od norma w której czuje się dobrze i wygląda pięknie. Część koleżanek 10 kg więcej niż ja teraz wygląda bosko. Problem w tym że moja waga naturalna waha się około 49-52 kg. Z Natalisem przytyłam mało i zgubiłam szybko. Z Mikołajem leżałam i jadłam byle co. I teraz mam tyle co w 9 miesiącu z Nat.

Tydzień temu zaczęłam Dietę przez duże D. Nie mogę jej robić po mojemu ( czyli czekolada i zupka chińska zamiast obiadu) bo karmię. Czyli jem 5 malutkich posłów, jogurty, otręby, ciemny chleb, wędlinę. Zero śmietany do truskawek. Jest już 59, czyli kilogram mniej. Czyli do końca wakacji powinnam wrócić do spodni 36 które tęsknie patrzą na mnie z szafy.


Choć w tej całej diecie rozbroiła mnie Natalka. „Mamo, wiesz wezmę jutro batonika i dam ci gryza żeby tata nie widział”.

A z innej beczki to będąc z młodym w poradni na badaniu bioder z nudów przejrzałam leżącego tam Newsweeka. Znalazłam totalnie koszmarny artykuł jak to nasze państwo „funduje dzieciom pustogłowie bo za >naszych czasów< ( czyli pokolenia rodziców) było dobre książki dla dzieci a teraz nie ma”. Fajny chwytliwy tytuł tylko, że debilizm aż głowa boli.

Problem z książkami dla dzieci jest nadmiar głupiego i brzydko ilustrowanego chłamu, w którym pływa wiele wartościowych pereł, które niestety trzeba wyławiać. Jest nurt „taniej bajki dla debili z ilustracjami jakby je moje koty robiły w paincie” są też koszmarne „bajki terapeutyczne” które są milusie i pouczające. Ale są świetne nowości. I dla mniejszych ( płyń, wombacie) i dla starszych ( Opowieści pandy Tafli, Interesy Pana Kota). Jest też allegro ze starszymi wydaniami - na przykład baśni cygańskich, Narni, Muminków, malutkiej czarownicy, Oza, Dziadka do Orzechów. Są biblioteki - a tam wszystko to za darmo.

Trzeba tylko iść z dzieckiem, wypożyczać i czytać. I nie jest rolą państwa żeby zapewnić dzieciom książki. To jest rola rodziców. A ci mają do wybory wszystkie książki własnego dzieciństwa ( w nowych i starych wydaniach) i dużo nowych perełek, których po prostu trzeba poszukać. (Jak zresztą każdej innej dobrej książki).

Myślenie, że państwo powinno to czy tamto mnie mierzi. Państwo powinno nie przeszkadzać, nie cenzurować i pozwolić mi czytać co chcę. Państwo nie pójdzie za mnie i nie poczyta na głos ( i całe szczęście, czyż miałabym słuchać Czarodzieja z Oz głosem Tuska?) więc nie ma co narzekać jak kiedyś było fajnie, a jak jest źle.

A może państwo ma dofinansowywać „te dobre i wartościowe” książki dla dzieci? I jakaś pani urzędnik na wysokim stołku ma decydować, które to są te wartościowe i fajne? Na jakiej podstawie i czemu? Chyba podziękuję.

A mój ojciec dalej ignoruje młodego. Matka nieśmiało wyraża pewne zainteresowanie, ale raczy mnie przy tym komentarzami, przy których ręce opadają. Ale przynajmniej mogę się z nich domyśleć, a w zasadzie być powodów takiego zachowania. Nie będę teraz o tym pisać. Może potem. Tylko dwa nioski. Pierwszy: mam toksyczną rodzinę, bardzo. Ćwiczę w sobie buddyjskie cnoty: wyrozumiałości i współczucia. Jakby na to nie patrzeć to oni są nieszczęśliwi nie ja.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Światy prawdziwe i zmyślone



Skończyłam czytać Prowadzącego Umarłych wydawnictwa Czarne. Właściwie to nie przeczytałam tej książki a połknęłam. Może jestem już zmęczona fikcją i łaknę reportaży. Książka bardzo dziwna i wstrząsająca. Zbiór wywiadów, praktycznie bez komentarza z Chińczykami, którzy z jakiś powodów są wykluczeni społecznie; kasiarz, robotnik napływowy, handlarz ludźmi, mistrz feng-shui, były nauczyciel, bezdomny, ślepy muzyk, lunatyk. Los każdego z nich związany jest z tragiczną i okrutną historią chin, wydarzenia są tak traumatyczne, że czasem trudno uwierzyć, że w ogóle prawdziwe; wielki głód, rewolucja kulturalna. Książka niesamowita, bo nie stawia żadnych tez i wniosków.

Może poza tym, że świat jest skomplikowane.


Bo ci ludzie, po tak różnych, często straszliwych, losach są tak skrajnie różni. Czasami są odrażającym, pozbawiani empatii, są donosicielowi i katami. Ale są też ci wielkiego serca, altruistyczni, ciągle wierzący w ideały i starający się znaleźć w tej okrutnej rzeczywistości skrawek spełnienia dla siebie. Jeżeli już miałabym robić jakieś jedno uogólnienie, to jak bardzo w tych ludziach tkwi konfucjanizm - nikt nie odważył się ani wprost, ani między słowami powiedzieć, to system, władza, komunizm był winny. Nie, to urzędnik X, sąsiad , policjant. W jakiś sposób jest to wstrząsające. Ale tak czy inaczej dziękuję autorowi za tą podróż do Chin i za możliwość poznania tych wszystkich ludzi. Za świat prawdziwy chociaż daleki.

Nataliswoi czytam dalej Narnię ( Srebrne Krzesło) a przedtem miałyśmy przerwę na Mio, mój Mio. Ania powiedziała, że to książka niesamowicie smutna. Ja w zasadzie tak tego nie odczuwałam. Historia niekochanego samotnego chłopca, który pewnego dnia znika ze świata, dociera do Krainy Dalekiej i chociaż na początku jest szczęśliwy musi stoczyć straszny pojedynek. Niby banalna historia z dobrym zakończeniem. A potem jak obuchem w głowę jedno zdanie „ że ciotka myśli, że ja tak naprawdę siedzę na skwerku i bawię się butelką i wszystko sobie wyobrażam”. Czyli to wszystko było na niby. Zostaje tylko samotność. Natalka na szczęście nie wyhaczyła tego podtekstu, a ja pomyślałam, że też uciekałam jako dziecko do Krainy Dalekiej. Też mieszkał tam ktoś kto mnie kochał i to było prawdziwe. Chociaż ciotka myślała, że siedzę i gapię się za okno, albo siedzę na dachu garażu. I może dlatego nie było mi po Mio smutno. Bo chociaż jest jak jest, to zawsze jest Kraina Daleka.

A dla zainteresowanych telenowelą macierzyństwo mam prezent: zdjęcia młodych. Mikołaj z miną „Tak jest, panie prezesie” i Natalis. Tylko jedno mnie martwi, albo nie nie martwi, ale wkurza. Jak bardzo mój ojciec go nie akceptuje. Rodzice, a ojciec zwłaszcza ostentacyjnie go ignorują. Nie pytają się co u niego, a jak są u Natalki to nie patrzą w jego kierunku, nie dotykają, nie mówią, a wszelkie tematy zbywają. Aż się dziś wystraszyłam, czy mój syn też nie jest wymyślony.

Mam kilka teorii czemu tak jest, ale to już zupełnie inna historia.


środa, 1 czerwca 2011

Książkowo, płytowo, czerwcowo

Dziś nie o M.
A przynajmniej nie tylko.

Przeczytałam właśnie Oryksa i Derkacz M. Atwood. Rok Potopu, który powstał później, jako kontynuacja tej książki, przeczytałam wcześniej. Nie wiem czy to dobrze. Aniołak czytał w odwrotnej kolejności i uważa, że Rok Potopu to jakby fanfik do Derkacza. Chyba w takim razie liczy się kolejność czytania a nie powstawania, bo ja miałam odwrotne wrażenie. Rok Potopu podobał mi się o wiele bardziej. Ta sama historia, ta sama opowieść widziana oczami innych bohaterów.

Atwood napisała post-apo. Świat po katastrofie, po epidemii, bezwodnym potopie. Napisane jak zwykle w sposób czarujący, wciągający i plastycznie, ale...
Może za drugim razem nie razem nie robiło takiego wrażenia, tak czy inaczej byłam raczej rozczarowana. Najtrudniejsze z Atwood jest to, że pisze na tyle dobrze, że człowiek nabiera się na jej sztuczki i dopiero po przeczytanie całości kończy z mdłym uczuciem, że coś tu nie gra. Mamy tu wizję świata podzielonego na strzeżone kompleksy wszechwładnych korporacji i pełne przemocy plebsopolis, wszystko nastawiane na zysk i konsumpcję. Karykatura współczesnego świata. Ładnie to napisane. Tylko mam wrażenie, że pani Atwood zapomniała, że CZŁOWIEK JEST SKOMPLIKOWANY. Ludzkość przeżywała różne okresy; krwawe, naznaczone w równym stopniu podłością, nieprawością jak i bohaterstwem i altruizmem. I w sumie czytając to co zostało napisane sto, dwieście, trzysta lat temu, mam wrażenie, że aż tak dużo się nie zmieniło. I jeżeli skręca za bardzo w jakąś stronę to tylko po to, żeby odbić sinusoidą w drugą. Od postu do karnawału i z powrotem.

W sumie jedyna futurystyczna książka, w której nie czułam fałszu, projekcji leków autora, ale po prostu kontumacje naszego świata był cykl Hyperion - Endymion. Bo mimo całej otoczki sf- turbo napędów, sztucznych inteligencji i skoków w czasoprzestrzeni to jest książka o ludziach. O poszczególnych ludziach i i społeczeństwach. A tu tego zabrakło. Są za to świetnie napisane lęki autorki. Nie przypuszczałam, że będę się kiedykolwiek tak czepiać Atwood. A jednak.


Z lżejszych rzeczy skończyłam czytać Bezduszną. Kupiłam z ciekawości nie oczekując niczego. Albo przynajmniej niczego dobrego. I trafiłam na książkę cudownie lekką i zabawną. Doskonały prestiż powieści wiktoriańskiej, wielkie oko puszczone do czytelnika i wilkołaki biegnące nocą z płaszczami w zębach ( po przecież dżentelmen nie może być nagi po przemianie z powrotem w człowieka...).

Poza tym kot wrócił w Grecji. Przywiózł górę prezentów, w tym trochę winyli. Po przesłuchaniu Avalanche w wykonaniu N. Cava ( a jest to chyba jeden z moich ulubionych utworów) przez pierwsze pięć minut nie wiedziałam, czy powinnam tegoż artystę zabić czy wielbić. Wybrałam to drugie, choć przez cały czas nie wyszłam jeszcze z szoku. Osoby o mocnych nerwach zapraszam do posłuchania tu:



Druga płyta jaką dostałam to Cats w oryginalnym wykonaniu. Odwołuje wszystkie pochwały w stosunku do wersji z Romy. Wersja Londyńska bardziej „operowa” i przypomina to czym Koty tak naprawdę są; czyli kocimi zaduszkami, magicznym spotkaniem kotów na którym tylko jeden z nich ma otrzymać nowe życie.



Z aktualności wombacich to odwleka się chrzest Mikołajowy. Czemu? To jest temat na dłużą bardzo gorzką notkę do której jeszcze nie dorosłam chyba. Ale to kwestia czasu, bo ten temat we mnie się kotłuje. I zaczyn się rodzić głęboko duży bunt. I smutek.


Poza tym ( ach, obiecywałam sobie nie porównywać...) to gdybym jednak miała porównywać....to teraz jest mi łatwiej niż wtedy z Natalsiem. To jakieś bardziej świadome macierzyństwo. Wiem co mnie czeka i się tym ciesze. Bez matki na karku. To jest moje, czekane i się tym ciesze. A młody jest bezproblemowy.

Tylko, kiedy noszę go w chuście spotykam dziwne reakcje starszego pokolenia. „ Ło jejku, takie gołe stópki, bez czapeczki...jak to tak dziecko szmatą przywiązane, to się udusić może”. Baby prawie policję chciały wzywać, bo taką szmatą dziecko wiążę to się udusić może. Dziwni są ci ludzie.

No i Natalisowi zdjęli dziś gips. Wreszcie. W poniedziałek powrót do przedszkole (-;

A jaki jest młody każdy widzi. Z miną „ja wam jeszcze pokażę”. Mój ojciec skwitował to stwierdzeniem „Eee, ładny to on nie będzie jak Natalka. Jest do ciebie podobny”.

niedziela, 22 maja 2011

Mru



sobota, 21 maja 2011

Truskawki

Pół litra jogurtu naturalnego. Pół kilograma truskawek. Dwie wielkie łyżki miodu.

Bzyyyt.

A najpierw przychodzę do sklepu i proszę o truskawki.
- Ojej, to pani nie karmi piersią - mówi zatroskana sprzedawczyni.
( Mój interes czy karmię czy nie)
- Karmię. Ale są jeszcze dzieci, które nie są alergikami. I jeszcze proszę dwie pomarańcze.




A truskawki kojarzą mi się ze studiami. Po egzaminach kupowałam na stawowej truskawki w torebce. Gorzej jak kupowałam je przed egzaminami i szłam na ustny z bluzką ufafraną czerwonymi plamami.

poniedziałek, 16 maja 2011

Zakochana w życiu

Dochodzę do siebie. Odżywam (-; Na biurku pachną bzy i jest wiosennie. Młody je co dwie godzinki , ale mój organizm się przyzwyczaił i nie jestem już tak zmęczona. Cały mój stan z poprzedniej notki nie był wynikiem sytuacji zewnętrznej, ale mojej w głowie. Jak większość problemów. Wystarczy wyluzować i cieszyć się tym co jest dobre.

Dla Natalisa czasu ma mało i ochoty na zabawę czasem też, więc wymyśliłam, że skoro mnie się wyhodowywać nie chce, niech zrobią to...Książki. No i jej czytam. Kilogramami. Skończyłyśmy wszystkie Muminki, Narnię, teraz w kolejce czeka Cudowna Podróż, Ronja córka zbójnika, O czym szumią wierzby. I jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Narnia bardzo trafiła, bo Natalis ma duża potrzebę porządkowania świata i dzielenia go na dobry i słuszny oraz zły i paskudny. Więc siedzimy całymi dniami - młody na piersi, Nat obok zasłuchana. Bo nie ma nic fajniejszego niż dzielenie się z dziećmi tym co ma się najfajniejsze. A ja mam mleko i książki.


Poza tym znalazłam jej Niekończącą się Opowieść - film z 1984 - widziałam jak miałam 4 lata i się podobał. No i zaczęliśmy sezon truskawkowy wielkim kubem sorbetu z truskawek. Z jogurtem żeby było mniej kalorycznie, ale z dwoma łychami miodu, żeby było smacznie (-;

Poza tym kupiłam sobie kolczyki. Takie.



Czytam
Oryks i Derkacz M. Atwood
Nagość Życia j. Hatzfeld
Bezduszna G. Carriger
Portret Damy H. James
Cafe Muzeum R. Makłowicz

I jest dobrze. Jestem zakochana w życiu. Jak zwykle. I sa już palny wakacyjne. Jawornikowe. I Beskid Niski z Masiami. Ciesze się.

A to na dobranoc. Jutro oglądamy (-;

sobota, 7 maja 2011

Na huśtawce

O ile moja waga już się stabilizuje, to sytuacje nie. I latam na huśtawce nastrojów - od stanów euforycznych do depresyjnych ( oba stany często w ciągu kwadransa). Mikołaj jest cudowny, ale je co dwie godziny przez co jestem chronicznie przemęczona. Jest bardzo dobrze i źle. W tej samej chwili.

Dodatkowo Natalis złamał nogę. I siedzi w domu do czerwca, nie może się ruszać i nudzi się potwornie. Stara się być grzeczny i miły. Tylko ja mam non stop, albo małego, albo ją ( żeby jakieś rozrywki zapewnić) albo dom - i zaczynam gubić w tym siebie. Potrzebuję przestrzeni. Naturalnie potrzebuję przestrzeni życiowej jak stado bizonów na prerii, więc teraz ten stan jest dość trudny. Spacer mało możliwy z nimi razem. Cóż, nawet Mama Munimka potrzebuje czasem być sama. I idzie wtedy do ogrodu.

W pierwszy dzień Nat dostała burę za żywota, ale teraz staram się jakoś ogarniać emocje i znaleźć choć kapinkę czasu dla siebie. I wyciągać jakieś pozytywy tej sytuacji. Na przykład malujemy gips, jak widać.

O pisaniu na razie mogę zapomnieć, chociaż bardzo chcę skończyć kolejny rozdział. Może wieczorami się uda. Spróbuję.

Chcę; Żeby już były truskawki. Mniej furczeć na Natalisa. Wyrzucić 3/4 moje garderoby i zastąpić ją nową. Otrzymać już książkowe przesyłki z allegro. Iść na bardzo długi spacer. I długo, długo biec przed siebie. Przez połoniny, trawiaste łąki i miejsca bezludne. A potem wrócić do tych których kocham.

Banalna życzenia. Wiem.

A jutro może będą zdjęcia z ogrodu botanicznego. Jak pogoda się nie popsowa.