poniedziałek, 13 czerwca 2011

Światy prawdziwe i zmyślone



Skończyłam czytać Prowadzącego Umarłych wydawnictwa Czarne. Właściwie to nie przeczytałam tej książki a połknęłam. Może jestem już zmęczona fikcją i łaknę reportaży. Książka bardzo dziwna i wstrząsająca. Zbiór wywiadów, praktycznie bez komentarza z Chińczykami, którzy z jakiś powodów są wykluczeni społecznie; kasiarz, robotnik napływowy, handlarz ludźmi, mistrz feng-shui, były nauczyciel, bezdomny, ślepy muzyk, lunatyk. Los każdego z nich związany jest z tragiczną i okrutną historią chin, wydarzenia są tak traumatyczne, że czasem trudno uwierzyć, że w ogóle prawdziwe; wielki głód, rewolucja kulturalna. Książka niesamowita, bo nie stawia żadnych tez i wniosków.

Może poza tym, że świat jest skomplikowane.


Bo ci ludzie, po tak różnych, często straszliwych, losach są tak skrajnie różni. Czasami są odrażającym, pozbawiani empatii, są donosicielowi i katami. Ale są też ci wielkiego serca, altruistyczni, ciągle wierzący w ideały i starający się znaleźć w tej okrutnej rzeczywistości skrawek spełnienia dla siebie. Jeżeli już miałabym robić jakieś jedno uogólnienie, to jak bardzo w tych ludziach tkwi konfucjanizm - nikt nie odważył się ani wprost, ani między słowami powiedzieć, to system, władza, komunizm był winny. Nie, to urzędnik X, sąsiad , policjant. W jakiś sposób jest to wstrząsające. Ale tak czy inaczej dziękuję autorowi za tą podróż do Chin i za możliwość poznania tych wszystkich ludzi. Za świat prawdziwy chociaż daleki.

Nataliswoi czytam dalej Narnię ( Srebrne Krzesło) a przedtem miałyśmy przerwę na Mio, mój Mio. Ania powiedziała, że to książka niesamowicie smutna. Ja w zasadzie tak tego nie odczuwałam. Historia niekochanego samotnego chłopca, który pewnego dnia znika ze świata, dociera do Krainy Dalekiej i chociaż na początku jest szczęśliwy musi stoczyć straszny pojedynek. Niby banalna historia z dobrym zakończeniem. A potem jak obuchem w głowę jedno zdanie „ że ciotka myśli, że ja tak naprawdę siedzę na skwerku i bawię się butelką i wszystko sobie wyobrażam”. Czyli to wszystko było na niby. Zostaje tylko samotność. Natalka na szczęście nie wyhaczyła tego podtekstu, a ja pomyślałam, że też uciekałam jako dziecko do Krainy Dalekiej. Też mieszkał tam ktoś kto mnie kochał i to było prawdziwe. Chociaż ciotka myślała, że siedzę i gapię się za okno, albo siedzę na dachu garażu. I może dlatego nie było mi po Mio smutno. Bo chociaż jest jak jest, to zawsze jest Kraina Daleka.

A dla zainteresowanych telenowelą macierzyństwo mam prezent: zdjęcia młodych. Mikołaj z miną „Tak jest, panie prezesie” i Natalis. Tylko jedno mnie martwi, albo nie nie martwi, ale wkurza. Jak bardzo mój ojciec go nie akceptuje. Rodzice, a ojciec zwłaszcza ostentacyjnie go ignorują. Nie pytają się co u niego, a jak są u Natalki to nie patrzą w jego kierunku, nie dotykają, nie mówią, a wszelkie tematy zbywają. Aż się dziś wystraszyłam, czy mój syn też nie jest wymyślony.

Mam kilka teorii czemu tak jest, ale to już zupełnie inna historia.


0 komentarze:

Prześlij komentarz