Wreszcie lato, ciepło i spokojnie. Dalej sobie piszę. Jeszcze kawałeczek. A potem się obaczy co to warte. I będzie dłubanie z korektą.
W zeszłą niedzielę mieliśmy chrzest Mikołaja. Było nadspodziewanie fajnie. Nawet moi rodzice (oboje!) byli dość sympatyczni. Szczerze mówiąc nie było tak od kilku lat. Nie robię sobie nadziei na zapas, bo wiem, że to się bez powodu może zmienić z dnia na dzień. Tak czy inaczej, wiem, że moim stylem życia ich rozczarowałam i raczej się z tym nie pogodzą. Ale też zaczynają się przekonywać do młodego. I to jest dobre i pozytywne. Bo to znaczy, że to nie on ma płacić za to, że ja jestem jaka jestem. (-;
Ogólnie chrzest był okazją do przemyślenia sobie kilku rzeczy duchowych. Czy naprawdę chciałam go ochrzcić i dlaczego. No bo nie dlatego że wypada. Ryba mnie, co wypada.
I nie pojmuje takiego nastawienia które prezentowała mama koleżanki Natalki z przedszkola. Powiedziałam jej, że mieliśmy problem z wyborem chrzestnych, bo duża część znajomych i rodziny niewierzących, albo w związkach niesakramentalnych. A ta pani na to: - A to się akurat trzeba przyznawać na spowiedzi z kim się żyje. Nic bym nie powiedziała, żeby karteczka była i żeby chrzest była jak trzeba. ZGROZA. Nie chcę takiego chrztu, nie chce takiego myślenia.
Tak czy inaczej wszystko przemyśleliśmy, przemedytowaliśmy i bardzo tego chrztu chcieliśmy. I daliśmy Mikołajowi bardzo fajnych chrzestnych.
Co nie znaczy, że mnie znowu Kościół ( mój Kościół) nie zirytował. Podczas mszy dzieci łażą tu i tam. Biegają przed ołtarzem ( nie wchodząc po schodkach tam gdzie nie powinny). Nie krzyczą. Są sobą. I nagle ksiądz przerywa i prosi, żeby zabrać te dzieci bo to nie plac zabaw. To co? Matka ma iść na plac zabaw? Ma związać dziecko? Może rozwiązaniem byłoby urządzeni kącika z wykładziną, klockami, kredkami. Niech się w jakimś kątku dzieciarnia bawi, byle nie hałasowała. Bezdzietni będą zadowoleni i dzietni też. Jak powiedziałam o pomyśle krewnej to się oburzyła, że jak to kościół to nie plac zabaw, żeby kredki i klocki. Ja tam pamiętam brata Rogera - jak dla mnie człowieka Świętego, wokół którego bawiła się dzieciarnia na mszy i były i rysowaczki i misie. A księżom życzę rychłego zniesienia celibatu, dobrze im to zrobi na zrozumienie świata. Bo formacja na szklanej górze seminarium nie wystarcza, a starokawalerstwo źle im na percepcję świata robi. Jakby jeden z drugim sam miał dzieci, to by sam tą wykładzinę przybijał gwoździkami.
A czytelniczo znowu zabrałam się za Krajewskiego. Już pisałam chyba, że jest powtarzalny, ale byłam bardzo ciekawa spotkania w jednej jego książce dwóch jego postaci Popielskiego i Mocka. Głowa Minotaura jest jedną z najciekawszych książek Krajewskiego. Tak, wszystkie jego książki są czytadłami, na dodatek okrutnie powtarzalnymi, gdzie wszyscy bohaterowie to prostytutki, morfiniści, i sadomasochistyczni degeneraci. Ale jego niewątpliwym atutem jest język i plastyczność przedstawia świata. W przeciwieństwie do A. Christie która koncentruje się na tle - na zbrodniarzu i podejrzanych - Krajewski koncentruje się na samym detektywie. Właściwie do pewnego stopnia cała fabuła jest tutaj tłem. I zdecydowanie wole Popielskiego niż sadystycznego Mocka. Cóż, potwierdza to regułę, że z czasem tworzy się dojrzalsze konstrukty literackie.
Dieta trwa. Idzie mniej więcej kilogram tygodniowo. Jeszcze 8 zostało. I już nie jestem permanentnie głodna. Czuję się lekko i zdrowo. Może dlatego, że się nie głodzę, jem wszytko tylko w małych porcjach, jogurty naturalne, kasze, chude mięso. Zaczyna mi się ta dieta podobać. Zwłaszcza, że wprowadziłam do niej Yerba Mate. Młodemu kolosalne dawki kofeiny nie szkodzą ( pływał w nich w wodach płodowych) a mi robi to dobrze. Mojemu ciału należy się dobro-traktowanie ciąży.
Za tydzień i kilka dni jedziemy do Jawornika. Który to już raz? Strasznie się ciesze. I na tą okazję zakwitł po roku storczyk, którego przywiozłam z Łańcuta i potem wiozłam PKSem prze Beskid Niski.
A to dla wszystkich czytelników. Mrożona zielona herbata z kardamonem, imbirem i goździkami dla wszystkich! Szkoda że tylko w formie wirtualnej, ale w niektórych przypadkach to zawsze można zmienić. Prawda?
4 komentarze:
Z kościołem mam podobne odczucia. Chrzty już przerobiłam ale w tym roku czeka mnie komunia córki...nie wiem jak ja to zniosę.Bieganie do kościoła na wszelkie uroczystości, aby podpisać listę obecności, wybór lokalu, sukni...czy nie można byłoby tak normalnie, bez całego szału???
Fajnie,że młodego świadomie ochrzciliście :)
Ja się komunii jakoś nie boję. Myślę, że dam radę jakoś ją przygotować - pozmawiać. Zresztą o Bogu i o seksie musi się dowiedzieć od nas - bo instytucje mają szanse tą wiedzieć przekazać kiepsko. Chrzestni dostali prikaz - nie dawać drogich prezentów na komunię, ale pogadać zabrać gdzieś na chwilę. Mają być oparciem a nie bankomatem. Ze ślubem nie daliśmy się zwariować i z chrztem to i komunię przeżyjemy. Będzie alba, dobra książka i rozmowy o tym po co i na co to jest. Taką mam nadzieję. Chociaż listy w kościele też mnie mogą zirytować.
Za moich dziecinnych czasów w Mszanie Dolnej w czasie mszy siostry zakonne urządzały w organistówce zajęcia dla dzieci. Chodziłam na nie, zamiast przeszkadzać dorosłym w przeżywaniu mszy śpiewaliśmy, rysowali, lepili z plasteliny i oglądali filmy. Dobrze to wspominam. A były to lata siedemdziesiate. Taki prosty patent, a działał.
Swiete slowa, swiete slowa :-)
Prześlij komentarz