A przynajmniej nie tylko.
Przeczytałam właśnie Oryksa i Derkacz M. Atwood. Rok Potopu, który powstał później, jako kontynuacja tej książki, przeczytałam wcześniej. Nie wiem czy to dobrze. Aniołak czytał w odwrotnej kolejności i uważa, że Rok Potopu to jakby fanfik do Derkacza. Chyba w takim razie liczy się kolejność czytania a nie powstawania, bo ja miałam odwrotne wrażenie. Rok Potopu podobał mi się o wiele bardziej. Ta sama historia, ta sama opowieść widziana oczami innych bohaterów.
Atwood napisała post-apo. Świat po katastrofie, po epidemii, bezwodnym potopie. Napisane jak zwykle w sposób czarujący, wciągający i plastycznie, ale...
Może za drugim razem nie razem nie robiło takiego wrażenia, tak czy inaczej byłam raczej rozczarowana. Najtrudniejsze z Atwood jest to, że pisze na tyle dobrze, że człowiek nabiera się na jej sztuczki i dopiero po przeczytanie całości kończy z mdłym uczuciem, że coś tu nie gra. Mamy tu wizję świata podzielonego na strzeżone kompleksy wszechwładnych korporacji i pełne przemocy plebsopolis, wszystko nastawiane na zysk i konsumpcję. Karykatura współczesnego świata. Ładnie to napisane. Tylko mam wrażenie, że pani Atwood zapomniała, że CZŁOWIEK JEST SKOMPLIKOWANY. Ludzkość przeżywała różne okresy; krwawe, naznaczone w równym stopniu podłością, nieprawością jak i bohaterstwem i altruizmem. I w sumie czytając to co zostało napisane sto, dwieście, trzysta lat temu, mam wrażenie, że aż tak dużo się nie zmieniło. I jeżeli skręca za bardzo w jakąś stronę to tylko po to, żeby odbić sinusoidą w drugą. Od postu do karnawału i z powrotem.
W sumie jedyna futurystyczna książka, w której nie czułam fałszu, projekcji leków autora, ale po prostu kontumacje naszego świata był cykl Hyperion - Endymion. Bo mimo całej otoczki sf- turbo napędów, sztucznych inteligencji i skoków w czasoprzestrzeni to jest książka o ludziach. O poszczególnych ludziach i i społeczeństwach. A tu tego zabrakło. Są za to świetnie napisane lęki autorki. Nie przypuszczałam, że będę się kiedykolwiek tak czepiać Atwood. A jednak.
Z lżejszych rzeczy skończyłam czytać Bezduszną. Kupiłam z ciekawości nie oczekując niczego. Albo przynajmniej niczego dobrego. I trafiłam na książkę cudownie lekką i zabawną. Doskonały prestiż powieści wiktoriańskiej, wielkie oko puszczone do czytelnika i wilkołaki biegnące nocą z płaszczami w zębach ( po przecież dżentelmen nie może być nagi po przemianie z powrotem w człowieka...).
Poza tym kot wrócił w Grecji. Przywiózł górę prezentów, w tym trochę winyli. Po przesłuchaniu Avalanche w wykonaniu N. Cava ( a jest to chyba jeden z moich ulubionych utworów) przez pierwsze pięć minut nie wiedziałam, czy powinnam tegoż artystę zabić czy wielbić. Wybrałam to drugie, choć przez cały czas nie wyszłam jeszcze z szoku. Osoby o mocnych nerwach zapraszam do posłuchania tu:
Druga płyta jaką dostałam to Cats w oryginalnym wykonaniu. Odwołuje wszystkie pochwały w stosunku do wersji z Romy. Wersja Londyńska bardziej „operowa” i przypomina to czym Koty tak naprawdę są; czyli kocimi zaduszkami, magicznym spotkaniem kotów na którym tylko jeden z nich ma otrzymać nowe życie.
Z aktualności wombacich to odwleka się chrzest Mikołajowy. Czemu? To jest temat na dłużą bardzo gorzką notkę do której jeszcze nie dorosłam chyba. Ale to kwestia czasu, bo ten temat we mnie się kotłuje. I zaczyn się rodzić głęboko duży bunt. I smutek.
Poza tym ( ach, obiecywałam sobie nie porównywać...) to gdybym jednak miała porównywać....to teraz jest mi łatwiej niż wtedy z Natalsiem. To jakieś bardziej świadome macierzyństwo. Wiem co mnie czeka i się tym ciesze. Bez matki na karku. To jest moje, czekane i się tym ciesze. A młody jest bezproblemowy.
Tylko, kiedy noszę go w chuście spotykam dziwne reakcje starszego pokolenia. „ Ło jejku, takie gołe stópki, bez czapeczki...jak to tak dziecko szmatą przywiązane, to się udusić może”. Baby prawie policję chciały wzywać, bo taką szmatą dziecko wiążę to się udusić może. Dziwni są ci ludzie.
No i Natalisowi zdjęli dziś gips. Wreszcie. W poniedziałek powrót do przedszkole (-;
A jaki jest młody każdy widzi. Z miną „ja wam jeszcze pokażę”. Mój ojciec skwitował to stwierdzeniem „Eee, ładny to on nie będzie jak Natalka. Jest do ciebie podobny”.
1 komentarze:
ładny to on nie będzie a już jest:)
Prześlij komentarz