wtorek, 19 kwietnia 2011

Ostatnia prosta

Sytuacja zła, ale nie beznadziejna. Ścigamy się z czasem. W sobotę dostałam gorączki, zapalenia krtani, oskrzeli, kataru, kaszlu i ogólnie kompletu paskudnych objawów. Więc...
Na porodówkę mnie nie położą, bo pozarażam cały oddział. Pod nóż nie wezmą, bo z tym kaszlem to im w tym znieczuleniu miejscowym jelita wykaszlę na operacji. A poza tym istnieje ryzyko zakażenia. Powinni mnie najpierw wyleczyć, zrobić antybiogram, ale raz, ze wód mało i nie można czekać, dwa, ze młody może się sam zacząć pchać na świat nawet teraz. I lipa.

Dali zestaw antybiotykowy dość mocny i czekają do środy ( w nadziej, że się młody jeszcze dwie noce nie urodzi a ja w środę nie pozarażam całego oddziału). W Czwartek rano idę pod nóż. Święta w szpitalu. Cóż, przynajmniej sprzątanie mnie ominie. Miałam kryzys w niedzielę wieczorem, ale teraz już jestem w dobrym humorze. Monetami czarnym, ale co tam. A teraz kompletuje mp3 do szpitala. I w ramach optymistycznych i energetycznych nastrojów biorę też to (-; Jeszcze by tego brakowało, żeby głupia igła w kręgosłup i cewnik zestresowały wombata. Aż tak się jeszcze nie zestarzałam. Po prostu; kiedy zaczynam się stresować, olewam to i idę dalej.

A i proszę o trzymanie kciuków. W czwartek najbardziej (-;



A na mp3 to i ogólnie cała Led Zepplin IV






a poza tym sprawdzam czy umiem obsługiwać nowy aparat (-;

sobota, 16 kwietnia 2011

Wombaty są z kosmosu. Koty też.

Jesteśmy rodziną kosmitami. To pewne. Nie wiem z jakiej planety, ale z jakiejś na pewno.
Spędzam ostano jakiś czas integrując się z mamami koleżanek Natalki. Bardzo fajne babki ogólnie. Nauczycielki, prawniczki, standard życia podobny do naszego. Tyle, że my jesteśmy kosmici. Serio. Otóż wzbudzam ogólną sensację faktami, że;
- Nie mam w domu telewizora ( i nie oglądam Gwiazdy robią coś-tam)
- Nie myję okien RAZ NA MIESIĘC ( ale raz lub dwa razy w roku, częściej mi się nie chce)
- Gram w Rpg
- Jedną z największych radości macierzyństwa znajduję w czytaniu dziecka. Dziecko jestem czasem niewyczesane, ale poczytane.
- Łażę do kina, teatru, na imprezy, planszówki, nie robię natomiast wielu pożytecznych rzeczy
- Byłam na rejsie ( a przecież może być sztorm!)
- Nie wchodzą u nas w grę wakacje typu 3 tygodnie na kwaterach w wiosce nad morzem z dzieckiem i mężem. Wspólne spacerki. Obawiam się, że bym się pod dwóch dniach urwała.
- Olewam mycie podłóg ( co drugie konieczne) i w tym czasie czytam
- Ogólnie mam odwagę mieć drugie dziecko w czasach kiedy cukier za 5 zł i ogólnie strach
- śpię z kotami ( z jednym bo drugi woli inne miejsce)

i wiele innych

Wniosek pierwszy: Jestem z kosmosu. Nie mówię i nie myślę, że jestem jakoś lepsza. Bardzo lubię towarzystwo tamtych mam i szanuję je. Ale ja naprawdę skądś spadłam. Mam tylko nadzieję, że nie sroce spod ogona.
Wniosek drugi: Szczęście, że trafiłam na drugiego kosmitę z mojej planety, bo z gatunkiem ziemian nie wiem jak bym się miała rozmnażać


A z wiadomości wombacich:
W piątek miałam być u lekarza i dowiedzieć się kiedy wyjmą obywatela M. Lekarza nie było, będzie w poniedziałek i wtedy ustali termin cesarki. Może na przyszły tydzień. dam znać jak będę jechać, chyba, że mnie nagle chwyci. Tak czy inaczej zaczynamy wieczór: „ wombat, a ty rodzić będziesz, czy mogę się piwa napić” (-;

Tak czy inaczej jestem trochę przerażona odpowiedzialnością, tego, że to ja wybrałam imię. Natalię wybrał Kot, nawet mi się podobała i zdjęło to ze mnie odpowiedzialność. Gdzieś się jeszcze pałętają imiona Paweł i Łukasz, ale chyba na 99% Mikołaj. Czemu? Bo wieki temu wiedziałam, że będę miała syna Mikołaja. Mikołaja z łemkowskich kapliczek na wolnym powietrzu. Świętego nie z kościoła, a z lasów, z gór, z posągów kamiennych co stoją jak posagi Światowida. Pośród zwierza leśnego i buczyny. W miejsca takich jak Świerzowa Ruska i dolina Nieznajowej. I podoba mi się, że to patron żeglarzy, złodziei, panien co chcą wyjść za mąż i kupców. Każda z tych osób ma w sobie coś co wiąże się z jakąś zmianą, z przejściowością, w jakimś sensie z życiem na obrzeżach. I chciałabym, żeby mój syn miał właśnie jakąś umiejętność zmian, jakiś niepokój, wolność, który będzie go pchał to tu to tam. I dlatego też Mikołaj.

A ten z kapliczek jest taki jak ten:



Z innych newsów, to odkryliśmy z moją betą problem z moim pisaniem. Dokładnie dwa. Cóż zawsze lepiej wiedzieć co jest nie tak.
- Imeisłowizm galopujący czyli o 50%b za duże stężenie imiesłwowów.
Zamiast kot poszedł do kuwety i tam się odlał.
Ja piszę: Poszedłszy do kuwety kot spędził tam czas szczając.

- Dwa to „Problem safari”. Niby jest akcja bo coś się głównemu bohaterowi dzieje. Spotyka kogoś, coś widzi, bla bla bla. Ale jest tak aktywny jak Kowalki na safari wieziony przez trzech nigrów przez sawannę. Siedzi sobie i widzi „ O tu proszę państwa żyrafa, a tu słoń”. I taka to fabuła.

Ale się staram. I mam już 3/4 napisane. 15 rozdziałów. 230 stron. I szkic do miniaturki dla Hamstee.




I jeszcze jedna obserwacja socjologiczna a propos ciąży. Ja ogólnie bardzo lubię być w ciąży. I lubię o tym mówić i dzielić się wrażeniami z b l i s k i m i i osobami, które znam. Z jakiś jednak powodów w Polsce ciąża staje się sprawą w s z y s t k i c h kobiet. Osoby w sklepie obuwniczym, warzywnym, u fryzjera, w bibliotece i na ulicy zaczepiają mnie, pytają o to który tydzień, jakie ułożenie, jak będę rodzić, jak rodziłam ostatnio, zasypują dobrymi radami.

Ogólnie z moja potrzebą intymności i przestrzeni powinno mnie do drażnić, ale ta wspólnota kobiet mnie w jakiś sposób rozczula. Takie to pierwotne i jakoś czułe. Chociaż nie ulega wątpliwości, że moja ciąża jest własnością całej populacji kobiet.

A dziś weszłam do mięsnego - kolejka na 30 minut czekania a pani kierowniczka jak nie huknie:
- O cho-cho, a pani jeszcze na nogach? To nie miał być jakoś termin teraz?
- Eeee, no tak, w przyszłym tygodniu idę.....
- To proszę tu bez kolejeczki, a co cesarska? Bo moja chrześnica miała, w Gliwicach. W sumie tak bez bólu łatwiej rodzić, ale potem się dłużej goi...

( głos gdzieś z kolejki)
- I cewnik założą
- ale dla dziecka mniejsze ryzyko, ja też rodziłam tak i sobie chwalę.

( I się zaczęło. I trwało długo)


Jedno co mnie złości w ciąży to, że jutro w warszawie premiera Turandot w reżyserii Trelińskiego. I mnie nie puścili. A plakat bardzo zachęcający. Reżyser też. Kilka spektakli w kwietniu i maju. Teoretycznie na jesień można by jakoś kogoś z Warszawy odwiedzić, ale wtedy nie ma co już liczyć. I klops.


Zdążyłam wprawdzie pójść na Młyn i Krzyż, ale niestety poszłam ze zbyt dużymi oczekiwaniami, przez co film odrobinę rozczarowała. Może tak: spodziewałam się arcydzieła, był fajny film. Doskonały, malarski, ale chyba zbyt ascetyczny i chłodny. Czegoś zabrakło.

A filmowo pierwszy raz zrobiłam Natalce cenzurę. Wyłączyłam film i zrobiłam pogadankę. Nie zdzierżyłam Anastazji Disneya. Rasputin zombie to było dla mnie za dużo. Bo śmierć nie jest czymś ani do śmiania się, ani do bania. To po prostu coś co jest i co każdego czeka. I to jej powiedziałam. Chyba mam deficyty poczucia humoru.

poniedziałek, 28 marca 2011

Makbet. Tragedia. A miłość jest jak żarówka.

A miało być tak pięknie. Lubię eksperymenty w sztuce, lubię Szekspira, lubię na nowoczesne. Niestety jak się okazało, nie wystarczy mieć kilku dobrych pomysłów i genialnej sztuki żeby zagrało. Tragedia Makbeta w reżyserii Redbada Klijnstra jest potwornie nierówna, ma momenty fajne, ma ( choć rzadko) genialne - ale ma też dłużyzny, słabizny i nudy. I tego nie wybaczam.

Rozumiem (chyba!) ogólną wizję reżysera gdzie Makbet jest sztuką rozgrywaną nie tyle między aktorami, między postaciami, ale w głowie głównego bohatera - to jest jego własne show szaleńca. Taki everyman. Bardzo podobały mi się kostiumy, pomysły użycia kamery, radia ( szczególnie w scenie gdzie Makbet słucha wiadomości w oblężonym zamku wyszła świetnie ) ale całość jest słaba.

Po pierwsze wtręty panów narratorów o naturze Makbeta, naturze zła i innych demonach były nudne i słabe. Po drugie część pomysłów może i była ciekawa, ale zupełnie nie łapałam czemu miały służyć. Nie było w tym wspólnej wizji, czegoś co przekonywało, uderzało. Trzy to Lady Makbet, która nie wiem czy ze swojej winy, czy z niedogadania z reżyserem grała tak drętwo, nieprzekonywująca i nudno, że ręce opadały. Gdybym nie wiedziała, że tam są zarysowane jakieś relacje między nią a mężem to bym nie zgadała. Ot słaba III planowa postać żeńska z nudnymi monologami. Zgroza.


Zresztą monologi Makbeta też momentami były recytowane bez wyrazu. Całość sztuki była poprzetykana zabawnymi gagami jak choćby wejście portiera i jego monolog. Portier był świetny, ale jak trzeba takimi tanimi komediowymi sztuczkami ratować Szekspira ( i publiczność żeby nie zdechła z nudów) to jest źle. Bardzo źle.

Chyba najjaśniejszy punkt spektaklu to scena Malcolma ( Grzegorz Mielczarek - którego znamy z Króla Leara w STU) z Macduffem. I co dziwniejsze to akurat scena bez super efektów i pomysłów. Po prostu dano aktorom trochę pograć.

Ja na scenie zniosę wszystko. Widziałam już Othella na statku i Myszki Micki w Don Giovannim. I wtedy mi się podobało, bo każdy z tych najdziwniejszych artefaktów czemuś służył, miał jakiś sens, służył wspólnej wizji reżysera. A tu było od czapy. Nie wystarczy zamienić wiedźm na śpiewające pielęgniarki, żeby było nowocześnie i pomysłowo.


A w środku spektaklu na scenie pojawiło się to. I chociaż było to dziwne i niespodziewane to podobało się. Bardziej niż niektóre monologi. I miało więcej sensu.



A z innej beczki....

Kiedy my oddawaliśmy się sztuce nowoczesnej Natalis został z dziadkami. Z zaczęło się dziać coś, co niejasno podejrzewałam, że będzie. Czyli typowe w mojej rodzinie targowanie się o miłość.

Natalis zapytał babci, czy będzie kochać jej brata. Babcia, która zawsze i wszystko wnuczce przytakuje i obiecuje, tym razem zamilkła. W końcu wybąkała, że jeszcze nie wie czy w ogóle, ale jak już to będzie go na pewno kochać MNIEJ. W rozumieniu mojej rodziny takie coś miało być miłe do Natalki ( komunikat „Ja kocham cię bardziej”).

O dziwo, Nat wychowana u nas wcale się tym nie ucieszyła tylko zmartwiła. Jak to, jej brata, ktoś może nie kochać. Pytała mnie o to samo. I tłumaczyłam, że z miłością to jest tak, jak z żarówką w pokoju. Świeci. I ktoś wchodzi to nie zabiera światła innej osobie. Tak samo ona nie zabiera mi niczego, tym, że kocha tatę. Mnie cieszy, że kocha też kogoś innego.

I dlatego tak samo ja będę jej brata kochać, tak samo jak ją. Jakby jeszcze jedna osoba weszła do pokoju gdzie świeci się światło. I nic jej z tego nie ubędzie. No bo w końcu czy można powiedzieć, które oko jest droższe, które bardziej boli kiedy się zrani? Oba są i są częścią mnie. Jak N. i M.

piątek, 25 marca 2011

Zapuszkowany Wombatus hipohondrikus, czyli grysik za który płaci NFZ

Było tak jak pisałam. Skierowanie do szpitala miałam na dziś czyli na piątej. Mój lekarz ( pan Łordynatopr X) miał zadecydować czy wód jest mało ale dość, czy dolewamy. Spanikowałam przyszłam we wtorek. Dr X nie było, a mnie jako jego pacjentkę profilaktycznie do szpitala zapuszkowano. Na badania do jutra.
Jutro ( tj we środę) coś badano, coś obserwowano, bo wód faktycznie mało, ale czy to jest za mało kto kto to wie... W każdym razie NFZ za dobę pobytu pacjentki nie zapłaci ( bo jak na dobę to wcale nie taka chora). Obiecano że zbadają i wypiszą w czwartek. W czwartek zrobiono wszystkie możliwe badania, które orzekły, że wód jest mało, ale nie na tyle mało, żeby dolewać, a o wypisie zdecyduje Łordynator który będzie...jutro czyli w piątek. Ogłosiłam nieoficjalny strajk głodowy i paskudnego niedoprawionego jedzenia nie tknęłam. ( Przez co wracam ze szpitala z większym synem, a mniejszym tyłkiem).
Po małym ataku płaczu, histerii i groźbie zakwitnięcia wytłumaczono mi, ze tak będzie lepiej, a że nie chciałam palić za sobą mostów, to zostałam. W piątek rano przyszedł łordynator, spojrzał głęboko w oczy, powiedział że jest nieźle i mogę iść do domu.

Było przyjść w piątek, cholera. Głupi, głupi, wombat.

Pobiegłam jak struś pędziwiatr do kuwety. A teraz biegam po własnym terytorium szczęśliwa jak wombat we własnej norze.

Ale przynajmniej poznałam szpital. Jest obskurny, brzydki, niekomfortowy. Ma za to fachową mi miła opiekę od lekarzy przez położne aż do salowych. Ma dobry oddział noworodkowy i fajną atmosferę. I myślę, że jak obywatel M nic nie poszaleje to po 14 04 zgłaszam się tam do cięcia. Wyjścia specjalnie nie mam bo M odwrócony do świata zadem.

I przy okazji mała refleksja. Przy porodach są ojcowie. Kiedy mi się to nie podobało, bo to jest nasza kobieca sfera, ale teraz chce Kota blisko, jako wsparcie. Ale przy łożach rodzących są też matki ( teściowe, babcie, ciocie - ogólnie spokrewnione kobiety z pokolenia do góry). I zadziwiła mnie ta więź jaka się w tej sytuacji między nimi tworzy. Potrafią siedzieć i gadać godzinami o tym co wyprasowały, co było w serialu, co widziały w sklepie. Po babsku. Po trochu mnie to zadziwiało, po trochu czułam lekką zazdrość. Ja na samą myśl, że matka moja mogła by przyjechał do szpitala dostałam ataku paniki i chęci uciekania w kapciach w nos. Myślę, że jestem w jakiś sposób niekompletna. Zdolności do pewnych relacji mi brakuje. W jakiś sposób relacja z Kocurem, Natalią i w obywatelem M są jedynymi stałymi emocjonalnymi ze światem. Tak, mam przyjaciół, ale dzięki Kocurowi czuję się na tle związana ze światem, na tyle żywa, że mogę te relacje kontynuować.

Nie wiem gdzie byłabym bez nich. Na pewno to tu to tam, bez korzeni, bardziej świecie idei, estetyki niż relacji. Bo między ludźmi ogólnie zazwyczaj znajduje się bardzo dobrze, muszę tylko pilnować, żeby za dużo mnie w tych relacjach nie było.

I tylko taki plus, że miałam czas czytać. Z czytadeł do poduszki zakochałam się w M. Krajewskiem. Trup, odór alkoholu, bardzo podejrzane typy półświatka, mrok i wspaniały styl. Erynie mnie zauroczyły. A co do Komnat Woll Hall, których nie skończyłam ciągle mam uwagę, że potwornie irytowało mnie, że nie wiadomo było w dialogach kto jest kim i kto w danej chwili mówi. Irytujące. Mniemam, że to zasługa tłumacza.

poniedziałek, 21 marca 2011

Marcowo

Miałam dziś cudowny dzień urodzinowy. Masę dobrych życzeń od fajnych ludzi. Dobrze, że jesteście blisko.

Spacer w słońcu, góra sushi, góra prezentów. Lody w gorących śliwkach. Bardziej i mniej spodziewanych. (-;
Tylko przegrałam zakład z Kocurem i za karę będzie oglądanie „klasyki”. Czyli Ghost Busters. Podobno mam braki w klasyce filmowej. Lat '80.

A w czasie spacerów wizyta między innymi w sklepie z winylami. Bo zakupiłam ostano adapter i kolekcjonuję fajne płyty. Aktualnie mam już:
- Phantom of the opera ( orginal cast)
- Don Giovanni ( Siepi, Corena, Danco)
- Leonard Cohen Songs of love and hate
- Wielki Czarodziej Oz ( dla Natlisa)
- Tosca ( dziwne wykonanie, troszkę histeyczne, bardzo stare)
- George Brassens
- Enrico Caruso ( składanka)
- Hair ( orginal cast)

I powiem tyle, Czarne płyty to jest wehikuł czasu.

Dziś jestem absolutnie szczęśliwa i nie martwię się niczym, a jutro rano prawdopodobnie idę do szpitala. Może na kontrolę, może mnie zostawią. M. ma 2,5 kg ale ciągle się nie odwrócił. Ma bardzo mało wód. Jak mało nie wiem, ale możliwe, że bardzo mało. Jak doleją też się może nie odwrócić, ale będzie mógł się swobodnie ruszać przynajmniej i trochę wyrobi mięśnie. Może będą dolewać, co podobno jest średnio przyjemne ( igła do brzucha), a może nie. Zobaczymy. Nie martwię się na zapas, chociaż w sumie byłoby o co. Będzie jak ma być i damy sobie z tym radę. Co prawda skierowanie mam na piątek, ale udam się jutro z jakąś bajeczką. Hipochondria podstawą przetrwania w Polskiej Służbie Zdrowia.


Trzymajcie kciuki. Bo wiecie jak to ja. Gram twardą, ale trochę mam stracha. Troszkę. Ale ciiii.

Rodzić jeszcze nie planuję, bo na początku kwietnia wchodzi do kin Młyn i Krzyż. I jeszcze mamy weekend w Krakowie. Może się uda ;-P

niedziela, 13 marca 2011

Czekamy na obywatela M


Wszyscy czekamy. Chociaż dla niektórych jego przybycie może okazać się pewnym rozczarowaniem. Kot w foteliku, który już niedługo będzie musiał opuścić.

poniedziałek, 7 marca 2011

Witaj szkoło!

I jednak szkoła. Po długich naradach zdecydowaliśmy się posłać prawie 6 letniego Natalisa do szkoły. Niech się dziecko hartuje. A jak co, będzie miała w życiu rok zapasu na przyjemniejsze rzeczy niż przedszkole. Może zabieramy jej dzieciństwo ale przedłużamy młodość (-;

Co prawda mocno zirytowała mnie pani pedagog, która wymaga jakiś zaświadczeń - choć podobno mamy prawo i wybór posłać dziecko do pierwszej klasy - bo, jak twierdzi tam tyle trudnych rzeczy, co tydzień nowa literka. I dziecko może się gorzej poczuć jak nie będzie wszystkiego umieć. Zawsze mi się wydawało, że jak ktoś czegoś nie umie, to ma się uczyć, a nie gorzej czuć. Zapytałam pani pedagog czy te literki to alfabetu greckiego, bo jak łacińskiego to już umie. Baba polecała szkolną zerówkę, która ma moim zdaniem wady przedszkola i szkoły i jest zupełnie nietrafionym pomysłem.

Tak czy inaczej Nat się zgodziła i od września będziemy ją z młodym odprowadzać na 8 do szkoły. Jak się uda formalności załatwić. W związku z tym poważnie rozważam jednak kupno wózka.


A jutro o 13 niespodzianka. Załapałam się za free na strzyżenie i stylizację u jakiegoś Uber Fryzjera. Jest szkolenie loreala i robię za modelkę. dokładnie nie ja, ale moje włosy i nie mam do powiedzenia nic co będą robić. Ha, już jestem ciekawa co zobaczę w lustrze. Jakby co zimno jest, mogę jeszcze w czapce pochodzić.