Jesteśmy rodziną kosmitami. To pewne. Nie wiem z jakiej planety, ale z jakiejś na pewno.
Spędzam ostano jakiś czas integrując się z mamami koleżanek Natalki. Bardzo fajne babki ogólnie. Nauczycielki, prawniczki, standard życia podobny do naszego. Tyle, że my jesteśmy kosmici. Serio. Otóż wzbudzam ogólną sensację faktami, że;
- Nie mam w domu telewizora ( i nie oglądam Gwiazdy robią coś-tam)
- Nie myję okien RAZ NA MIESIĘC ( ale raz lub dwa razy w roku, częściej mi się nie chce)
- Gram w Rpg
- Jedną z największych radości macierzyństwa znajduję w czytaniu dziecka. Dziecko jestem czasem niewyczesane, ale poczytane.
- Łażę do kina, teatru, na imprezy, planszówki, nie robię natomiast wielu pożytecznych rzeczy
- Byłam na rejsie ( a przecież może być sztorm!)
- Nie wchodzą u nas w grę wakacje typu 3 tygodnie na kwaterach w wiosce nad morzem z dzieckiem i mężem. Wspólne spacerki. Obawiam się, że bym się pod dwóch dniach urwała.
- Olewam mycie podłóg ( co drugie konieczne) i w tym czasie czytam
- Ogólnie mam odwagę mieć drugie dziecko w czasach kiedy cukier za 5 zł i ogólnie strach
- śpię z kotami ( z jednym bo drugi woli inne miejsce)
i wiele innych
Wniosek pierwszy: Jestem z kosmosu. Nie mówię i nie myślę, że jestem jakoś lepsza. Bardzo lubię towarzystwo tamtych mam i szanuję je. Ale ja naprawdę skądś spadłam. Mam tylko nadzieję, że nie sroce spod ogona.
Wniosek drugi: Szczęście, że trafiłam na drugiego kosmitę z mojej planety, bo z gatunkiem ziemian nie wiem jak bym się miała rozmnażać
A z wiadomości wombacich:
W piątek miałam być u lekarza i dowiedzieć się kiedy wyjmą obywatela M. Lekarza nie było, będzie w poniedziałek i wtedy ustali termin cesarki. Może na przyszły tydzień. dam znać jak będę jechać, chyba, że mnie nagle chwyci. Tak czy inaczej zaczynamy wieczór: „ wombat, a ty rodzić będziesz, czy mogę się piwa napić” (-;
Tak czy inaczej jestem trochę przerażona odpowiedzialnością, tego, że to ja wybrałam imię. Natalię wybrał Kot, nawet mi się podobała i zdjęło to ze mnie odpowiedzialność. Gdzieś się jeszcze pałętają imiona Paweł i Łukasz, ale chyba na 99% Mikołaj. Czemu? Bo wieki temu wiedziałam, że będę miała syna Mikołaja. Mikołaja z łemkowskich kapliczek na wolnym powietrzu. Świętego nie z kościoła, a z lasów, z gór, z posągów kamiennych co stoją jak posagi Światowida. Pośród zwierza leśnego i buczyny. W miejsca takich jak Świerzowa Ruska i dolina Nieznajowej. I podoba mi się, że to patron żeglarzy, złodziei, panien co chcą wyjść za mąż i kupców. Każda z tych osób ma w sobie coś co wiąże się z jakąś zmianą, z przejściowością, w jakimś sensie z życiem na obrzeżach. I chciałabym, żeby mój syn miał właśnie jakąś umiejętność zmian, jakiś niepokój, wolność, który będzie go pchał to tu to tam. I dlatego też Mikołaj.
A ten z kapliczek jest taki jak ten:

Z innych newsów, to odkryliśmy z moją betą problem z moim pisaniem. Dokładnie dwa. Cóż zawsze lepiej wiedzieć co jest nie tak.
-
Imeisłowizm galopujący czyli o 50%b za duże stężenie imiesłwowów.
Zamiast kot poszedł do kuwety i tam się odlał.
Ja piszę: Poszedłszy do kuwety kot spędził tam czas szczając.
- Dwa to „Problem safari”. Niby jest akcja bo coś się głównemu bohaterowi dzieje. Spotyka kogoś, coś widzi, bla bla bla. Ale jest tak aktywny jak Kowalki na safari wieziony przez trzech nigrów przez sawannę. Siedzi sobie i widzi „ O tu proszę państwa żyrafa, a tu słoń”. I taka to fabuła.
Ale się staram. I mam już 3/4 napisane. 15 rozdziałów. 230 stron. I szkic do miniaturki dla Hamstee.
I jeszcze jedna obserwacja socjologiczna a propos ciąży. Ja ogólnie bardzo lubię być w ciąży. I lubię o tym mówić i dzielić się wrażeniami z b l i s k i m i i osobami, które znam. Z jakiś jednak powodów w Polsce ciąża staje się sprawą w s z y s t k i c h kobiet. Osoby w sklepie obuwniczym, warzywnym, u fryzjera, w bibliotece i na ulicy zaczepiają mnie, pytają o to który tydzień, jakie ułożenie, jak będę rodzić, jak rodziłam ostatnio, zasypują dobrymi radami.
Ogólnie z moja potrzebą intymności i przestrzeni powinno mnie do drażnić, ale ta wspólnota kobiet mnie w jakiś sposób rozczula. Takie to pierwotne i jakoś czułe. Chociaż nie ulega wątpliwości, że moja ciąża jest własnością całej populacji kobiet.
A dziś weszłam do mięsnego - kolejka na 30 minut czekania a pani kierowniczka jak nie huknie:
- O cho-cho, a pani jeszcze na nogach? To nie miał być jakoś termin teraz?
- Eeee, no tak, w przyszłym tygodniu idę.....
- To proszę tu bez kolejeczki, a co cesarska? Bo moja chrześnica miała, w Gliwicach. W sumie tak bez bólu łatwiej rodzić, ale potem się dłużej goi...
( głos gdzieś z kolejki)
- I cewnik założą
- ale dla dziecka mniejsze ryzyko, ja też rodziłam tak i sobie chwalę.
( I się zaczęło. I trwało długo)
Jedno co mnie złości w ciąży to, że jutro w warszawie premiera Turandot w reżyserii Trelińskiego. I mnie nie puścili. A plakat bardzo zachęcający. Reżyser też. Kilka spektakli w kwietniu i maju. Teoretycznie na jesień można by jakoś kogoś z Warszawy odwiedzić, ale wtedy nie ma co już liczyć. I klops.
Zdążyłam wprawdzie pójść na Młyn i Krzyż, ale niestety poszłam ze zbyt dużymi oczekiwaniami, przez co film odrobinę rozczarowała. Może tak: spodziewałam się arcydzieła, był fajny film. Doskonały, malarski, ale chyba zbyt ascetyczny i chłodny. Czegoś zabrakło.
A filmowo pierwszy raz zrobiłam Natalce cenzurę. Wyłączyłam film i zrobiłam pogadankę. Nie zdzierżyłam Anastazji Disneya. Rasputin zombie to było dla mnie za dużo. Bo śmierć nie jest czymś ani do śmiania się, ani do bania. To po prostu coś co jest i co każdego czeka. I to jej powiedziałam. Chyba mam deficyty poczucia humoru.