piątek, 29 maja 2009

Kot i Koooołooowroootekkkk

Kolejny tydzień jak w kołowrotku, znowu notka w telegraficznym skrócie. Co u kotów.

Pierwsza ważna spawa to Koty. Ania znalazła i interwencję zrobiła bo inaczej koci katar na maluchu zrobiłby swoje. Teraz mały jest w domu zastępczym na leczeniu. Jedziemy go zobaczyć w niedziele. Niestety dom zastępczy jest na max dwa tygodnie. I pilnie potrzeba domu na stałe. Jak będzie koci katar zaleczony to mile widziany dom z drugim kotem. Sama mam dwa i wiem jak fajnie patrzeć na interakcję. Sprawa jest ważna i niełatwa. Dlatego proszę wszystkich czytelników bloga, kociarzy i nie tylko – uruchomiajcie swoje kontakty. Jesteśmy gotowi zaoferować podwóz i wyprawkę.
A maluch wygląda tak:



Ze spraw poważnych, to pamiętacie jak miałam się wybebeszać na blogu? I ciągle tego nie robię ze względu baraku czasu ( i chowania głowy w piasek). Chyba uporządkowanie pewnych spraw jest pilniejsze niż myślę. Po rozmowach z Kimś Ważnym z Krakowa normuję stosunki z matką tak, że niemal ze sobą rozmawiamy. Ok. Tylko że to co jest dalej we mnie siedzi. Trzy dni przed dniem matki miałam serię snów, co noc, niemal to samo. Nie pamiętam już co na nich było dokładnie, ale schemat był zawsze ten sam: awantura, wzajemna agresja, świadomość, że jeszcze chwila i rzucimy się sobie do gardeł i …świadomość, że nigdy nie będzie. I duży żal z tego powodu. To jest jak stłuczone szkło. Było, zbiło się. Zostało powiedziane za dużo, zniszczone, ani ja jej nie kocham, ani ona mnie. I duży żal, że mogło być inaczej. W tych snach byłyśmy w stanie się obie zabić, wypuścić z siebie tą całą złość, żeby przerwać ten stan, zrobić cokolwiek. Czuję się wyrwana z korzeniami. Albo nie inaczej: czuję, że moje korzenie są zgniłe martwe, i że cały czas muszę je sobie odcinać wyrąbywać bo mnie niszczą. Niestety cały czas bolą. Cholera, dobrze, że kocur już wrócił.


A w pracy: Zrobiłam II część szkolenia. Jestem zadowolona głownie, bo poradziłam sobie z bezsensownym stresem. Jak wyszło, nie mnie oceniać, ale myślę, że nie źle. Jestem wkręcona w pracę bardzo. I zalatana jak fretka. A że ostatnio siedziałam z kolegą M w pracy do po 18 i w ramach luzowania korzystaliśmy z uroków youtuba. Fajne to (-;

Kochany Księgowy, Logistyku, Kierowniku produkcji….

…czy wiesz czego słucha twój specjalista ds. rekrutacji analizując twoje CV? Nie wiesz? To posłuchaj (-;







A ja bym dodała od siebie jeszcze


http://www.youtube.com/watch?v=QEY6_jcrzI8

oraz klasycznie

http://www.youtube.com/watch?v=jOkoDWs-wR4&feature=channel_page


Jak wam się podoba składanka? Pomyślcie o niej kiedy następnym razem wyślecie CV (-; My też jesteśmy nienormalni (-;

wtorek, 19 maja 2009

Brudne Hr-owe chwyty.

Mam wesołą pracę. Czasem zdarza mi się coś takiego. Dzwonie sobie do kandydata na specjalistyczne stanowisko w jednym z dużych zakładów motoryzacyjnych. Wymagany język angielki. Dzwonię na spokojnie, bo już kogoś mam, ale CV wygląda bardzo dobrze, wiec może porównamy. Dochodzimy do sprawdzenia języka.
- Na ile ocenia się pan w skali od 1-6?
- Hmmm. Na 5 myśle.
- O. Bardzo dobrze. W takim razie chwileczkę porozmawiamy po angielsku, dobrze?
- Ale jak? Tak przez telefon?
( jedno z głównych zadań pana to kontakty telefoniczne z UK)
- Tak. Kilka prostych pytań.
- Hmmm. Pewnie mnie pani zapyta o pogodę i zainteresowania, co?
( Istotnie od powiedzenia czegoś o hobby zaczynamy)
- Nooo. Zwykle zaczynamy od prostych pytań….
- A ja bym wolał od razu coś o pracy.
( Zatkało mnie. Ale kandydat nasz pan. Zadaje pytanie o prace, pan odpowiada na słabe 3). Po krótkiej chwili przechodzi z powrotem na polski.)
- Jeżeli pani nie rozumie to ja po polsku wytłumaczę.
- Chyba wolałabym jednak po angielsku… W końcu język teraz sprawdzamy….
- Tak, tak, ja już takie rozmowy miałem. Ja znam te wszystkie wasze HR owe sztuczki i chwyty. Ja to dobrze znam.
- Nie sądzę, ze stosuje jakieś sztuczki. Ja po prostu muszę ocenić poziom pana języka…
- Tak, tak. Wyrywa mnie pani w środku dnia, przypiera do muru i tak po prostu mam rozmawiać po anielsku? To są HR owe chwyty.

Starając się nie śmiać grzecznie dziękuję kandydatowi informuje że oceniłam jezyk na 3 i zadecydujemy czy zaprosić go na spotkanie.

Wniosek 1 nie wiedziałam że znam jakieś HR owe chwyty i sztuczki. Ale nabywa się doświadczenia w branży.
Wniosek 2: Może powinnam w nocy dzwonić, jak w dzień jest znienacka…
Wniosek 3: Dalej nie mam kandydata
Wniosek 4: Buchchchaaaaaaa

niedziela, 17 maja 2009

Czy wiesz, że żyrafy...? ....czyli płyniemy dalej...

Wyobraźcie sobie że płyniecie w morzu. Szybko, bo płyną za wami głodne rekiny. Trochę wam to pływanie nie idzie i co chwila się podtapiacie. Szybko, szybko, szybko. Chwila na powierzchni, łyk powietrza, i znowu pod wodą. Płyniemy dalej, szybciutko.

Dokładnie tak się czuje. Jestem zalatana. Te chwile oddechu to weekendy. A od poniedziałku do piątku na wdechu pod wodą. Mach, mach, mach. Płyniemy dalej. Ostatni tydzień dał mi w kość zupełnie. Raz to praca. Lubię to co robię, bardzo lubię. Ale raz, że mam taką konstrukcję, że jak coś robię to angażuję się prawie całkiem, a dwa pracy jest sporo. Natalia, dom, przedszkole – zawieźć, odebrać, umyć, oprać, mach, mach, mach łapkami. A praca mnie angażuje bo myślę o niej też po powrocie do domu. Bo trochę się przejmuje, żeby mi wychodziło, trochę rzeczywiście te rzeczy mnie bawią. I niektórzy ludzie nie przestają mnie zadziwiać.

A w zeszłym tygodniu doszły jeszcze Gliwickie Spotkania Teatralne. We wtorek Operacja Dunaj Teatru z Legnicy, w czwartek Barabasz Teatry Wyspiańskiego w Zakopanem, a na dokładkę w sobotę Czerwony Kapturek z Nat w Katowicach. Podobało się bardzo, bardzo. Teatr jednak daje bardzo duże możliwości działania. I po raz kolejny zadziwia mnie Katowicki Teatr lalki – mimo małego budżetu oni są rewelacyjni – mają niegłupie świetni zagrane sztuki dla dzieciaków.

I przez to ciągłe zalatanie znowu się przesunie w czasie obiecane na blogu wybebeszanie siebie. Ale co się odwlecze to nie ucieczce. Ja potrzebuje wewnętrznego remanentu.

Poza tym myślę o zmianie planów wakacyjnych. Rozważam zamianę wyjazdu z Natalsiem w Polskę na zabranie jej do Walencji. Raz że strasznie chciałabym zobaczyć dano nie wiedzionych znajomych stamtąd. Jeszcze w tym roku ma ich być więcej o jednego więc trzeba by dobre uroki zostawić. (-; A poza tym Oceanario Walencja może się małej spodobać. Marzenia się spełnia, a nie czeka aż się przeterminują. Budżetowy dojazd na trasie Zabrze – Poznań – Rues- Terragona – Walencja może nas dobić, ale bym chciała dość bardzo.

Swoją drogą od powrotu do pracy bardziej doceniam chwile z Nat. Wydzieram te godzinki tylko dla nas i teraz widzę jak są cenne. Bo te chwile są czymś tak niesamowitym i cudownym, że trudno sobie to wyobrazić. Przeżywam fascynację robieniem różnych rzeczy wspólnie. Pokazywaniem świata. A Natalis nie przestaje mnie zadziwiać. Wczoraj obudziła mnie stwierdzeniem „ Czy wiesz, że żyrafy jedzą do 14 kilogramów pożywienia dziennie?” Nie, nie chciało mi się wstawać, ale poturlałam się ze śmiechu i od razu dzień był dobry (-; To jest taka wewnętrzna siła, coś czego nie da się z niczym porównać. I chyba najlepsza w tym jest ta dynamika, patrzenie jak Nat się zmienia, jak coraz bardziej poznaje światem wchodzi w relacje, pozdejmuje sama decyzje.



A poza tym…
Czytam: Coteze Hańba ( tak wiem, mogę coś lżejszego. Jak skończę to Pratchet czeka)
Słucham: Toma Waitsa
…i jestem wiecznie, wiecznie niedospana.
...i strasznie tęsknię do tego żeby poczuć więcej życia, a nie tylko okruszki wyszarpywane między pobudką a zasypianiem




A jako ilustracje: Pierwsze to Natalsi na scenie - na Czerwonym Kapturki zaproszono dzieci na scenę (-;



niedziela, 3 maja 2009

Depesze ze świata anisków

Czemu mnie tu tak dawno nie było? Wombat się melduje!

A że mam zaległości to zrobię po prostu Depesze ze Świata Anisków.

Dwa tygodnie temu byłyśmy z Aniołakiem w Krakowie. Cudowna Carmen, a potem sobota na błoniach. Kupiłyśmy bukiet żonkili i dawałyśmy przechodniom. Reakcje były różne – bardzo, bardzo miłe i dziwne - ale ogólnie jestem troszkę przerażona jak nasze społeczeństwo ma wyprane mózgi. Ktoś daje ci kwiatek – gest prosty, jednoznacznie miły i naturalny. A tu och i ach, czego oni chcą, jakaś organizacja, ja wam nie dam pieniędzy itd. Tak czy inaczej wielu ludziom było miło, a my miałyśmy świetną zabawę. A opera w kinie świetny pomysł. Jasne wolałabym na żywo i pewnie na żywo będzie jeszcze nie raz w tym roku, ale tak można posłuchać cacek jak rzadko. 19 06 Don Giovanni się szykuje i to może nawet w większej ekipie.

Dwa. Ostatnio bardzo się koncentruje na pracy. Staram się, żeby to koncentrowanie się nie przeszło w stres, ale w jakość. Staram się. I czytam Zen i sztukę oporządzania motocykla. Pomaga. Udało mi się z koleżką poprowadzić 1 z 3 szkoleń z komunikacji. Nie było źle, ale nie jestem zadowolona w 100%. Było nieźle, całkiem nieźle, tyle. Za bardzo się denerwuje przed wystąpieniami publicznymi. Morał? Powinnam robić je częściej.

Trzy. Pisze. Napisałam Ariadnę na Naxos i jestem cholernie zadowolona z tego tekstu - jak dawno z żadnego nie byłam. Wywaliłam z siebie dużo mocnych rzeczy i mogę spokojnie wracać do pisania Luster. Tekst będzie wisiał od jutra na moim lj. Kto chce czytać serdecznie zapraszam. Wystarczy się zalogować i zgłosić chęć czytania, a dodam do znajomych. Ewentualnie zgłaszać się privem to pośle mailem.

Cztery to skończyły mi się perfumy. A że wycofali je z kolekcji to musiałam zdecydować się na nowe. Drogi bajer, ale bez perfum czuję się źle. W sobotę polazłam do perfumerii przygotowana na godzinne wybieranie. I znalazłam cos co musiałam mieć. Dawno nie byłam przekonana tak do jakiegoś zapachu. Max Mara - Kashmina Touch – pani mówiła coś o gorzkiej pomarańczy, amaretto, drzewie cedrowym i piżmie. Mnie to po prostu pachnie jak pieprz. I kiedy przypomniałam sobie sceny na worku z pieprzem z Ostatniego Westchnienia Maura to stwierdziłam, że ja chce to mieć. I chędożyć budżet domowy. I mam. A budżet domowy wychędożony.

Pięć to zaplanowane wakacje. I bardzo dobrze to wygląda. Kupione bilety do Londynu i w wiele innych miejsc. I tylko jakoś żal że w tym roku morza nie zobaczę. Za to będzie przejście Bieszczadami tylko ja i moja córka. Kiedyś trzeba zacząć. A jeżeli chodzi o moją córę to wygląda ona teraz mniej wiece tak:




Oprócz Bieszczad dzielę się z nią jeszcze kilkoma rzeczami. W maju robimy jej mini spotkania teatralne. My idziemy na te dorosłe, a potem poprawiamy Czerwonym Kapturkiem w Teatrze Lalki w Katowicach. A co, ma być poszkodowana że my idziemy a ona nie?

A sześć to sama nie wiem czemu, ale cholernie się cieszę że się Arturowi i Minerwie młode się urodziło. Dużo się złego działo, ale cieszę się że Marysia już jest. Teraz mogę wam powiedzieć – ja wiedziałam, że tak będzie, ot co. (-;


A siedem to dalej jestem wombat. ( tak mówi Pan Mąż Kot). I kopie łapkami. Ryję w tym życiu korytarze jak wściekła. I dobrze mi z tym.

czwartek, 9 kwietnia 2009

I zostanie tylko Pstrowski...

Jestem nałogowym czytaczem. Skończyłam Gargulca i z wypiekami poleciałam do Empiku. Czasu niestety miałam mało czasu, wiec szybko pobiegłam do kasy z książką o uroczym szuru Firmim. Opowiem jak skończę. Oprócz książki zabrałam z sobą pewną obserwacje.

Otóż ostatnio przybywa nam specyficznych książek – klonów Kodu Leonarad Da Vinci. Książek, czasem badziewie słabych, czasem całkiem dobrych, pisanych według jednego schematu.
Mamy:
-Znanego artystę,
-zaginione dzieło,
- tajemnicę, trupa,
- mile widziana para,
- opcjonalnie tajne stowarzyszenie.

Mamy kody ( sekrety, tajemnice itp.) Leonarda da Vinci,(Kod leonarda Da Vinci), Vivaldiego ( Tajemnica Vivaldiego płyta gratis), Chopina ( Manuskrypt Chopin), Mozarta, Beethovena ( Dziesiąta symfonia), Szekspira ( nawet dwie książki – Szyfr Szekspira, Księga Powietrza i cieni), Dantego ( Klub Dantego), Freuda ( sekret Freuda), Poego ( Cień Poego), Aleksandra Wielkiego ( Zagadka aleksandryjska)
…że pozwolę sobie Eco i jego arystotelesowską wymienić osobno ze względu na szacunek i pierwszeństwo.

Mania jakaś czy co?

Ja jestem pisarz początkujący. Z ilością czasu jaką mam na pisanie i brakami warsztatowymi jakie mam do nadrobienia, powinnam być niezła jakoś tak w wieku około emerytalnym. Mniejsza z tym. Ale znam ludzi którzy pisać potrafią i powinni to robić. Choćby Ania. Bazując na jednym z takich pomysłów mogą by zagarniać całkiem sporo sławy i pieniędzy. Tylko powinna się pospieszyć, bo w tym tempie niedługo zabraknie jej sławnych ludzi na bazę tematu. Zostanie tylko Pstrowski.

Oferowaliśmy się ostatnio z Przemem z wymyśleniem fabuły dla Ani. ( Oczywiście za drobną prowizją w przypadku sukcesu).

Kod Pstrowskiego czyli Ostania Sztolnia


Bohater Bazowy: Wincet Pstrowski
Tajemnica: Nieznana nikomu tajemnicza sztolnia w której rzeczony BB ( Bohater bazowy) znalazł Tajemnice Mogąca Zmienić Losy Świata. Niby czemu kopał jak wściekły? Bo odkrywał Tajemnicę…i wiedział ze czasu ma coraz mniej. Niestety w wyniku knowań Złych Bohaterów zostaje otruty i umiera. ( Ktoś jeszcze wierzy w bajeczkę o białaczce lub resekcji zębów i powikłaniach?)
Akcja: Czasy współczesne. Młoda pani humanistka z ładnymi cyckami pracująca w Muzeum Górnictwa odkrywa Tajemniczą Substancję na pamiątkach po BB. Rozpoczyna śledztwo. Niestety grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, bo Źli bohaterowie nie śpią. Na szczęście znajduje pomoc w młodym górniku i razem wyruszają na odkrycie tajemniczej Sztolni.
Bonusy: Seks w windzie kopalnianej ( Przem mówi że jak będzie jechała w górę, a ja jak w dół – cóż różna percepcja orgazmu) i koniecznie strzelanina za maszynami górniczymi.
Tajemnicze stowarzyszenie: Proponuje Bożogrobców bo kiedyś byli w Chorzowie.

Opcjonalnie Przem proponował Kod Jana Pawła II ( Zaginiona Encyklika) ale moim zdaniem za ostro. I nijak scen miłosnych nie przyłatasz.

sobota, 4 kwietnia 2009

Słowa i dźwięki

(żeby nie było, że tylko notki przepisuję, słowo od siebie / i dzięki za dzisiejszy wyjazd A. )



Jeszcze bardzo krótko o fascynacjach muzycznych i książkowych. Fatalną stroną zapalenia spojówek i kanalików łzowych, które męczy mnie od Berlina jest fakt, że nie mogę czytać. Dwa tygodnie nie czytałam ani stronniczki. Zdycham. Więc kiedy wczoraj przyszedł Gargulec Andrew Dawidsona to rzuciłam się jak foczka na rybę. Nie wiem jak będzie dalej, ale to jest cholernie dobrze napisane. I z pomysłem.

A z muzyki odkryłam pewną płytę. Poniekąd operową. Ścieżka dźwiękowa do filmu Match Point W. Allena. Kawałki opera ze starych trzeszczących płyt. Kiedy Enrico Caruso zaśpiewał Eliksir Miłosny to się poskładałam. Oczywiście w ciągu 5 minut płyta była moja ( za pomocą starego dobrego torrenta) i teraz łażę z mp3 z wyrazem pyska natchnionym. I marzę o adapterze i czarnych trzeszczących płytach i muzyce jak wehikuł czasu.

Zdarzyło się wczoraj... notka by Aniołak

Historia z wczoraj spisana przez Aniołaka. Przyklejana z jej Lj za zgodą autorki. A ja potwierdzam. Tako było.

Dzisiejszemu teatrzykowi patronuje cesarz Tyberiusz Klaudiusz Nero Cezar Drusus Germanik i jego wyczucie przemysłu rozrywkowego.

Osoby:
Olga - Olga, moja podopieczna, dwa lata z kawałkiem, mało uspołeczniona.
Natalia - Natalia, córka Labrui, już przedszkolak, więc z social skillem.
Kot Hella - kot Labrui, bardziej czarny niż biały.
Kot Mercedes - kot Labrui, bardziej biały niż czarny.
Przem - mąż Labrui, tata Natalii.
Labruja - Labruja.
Ja - ja.

Miejsce: Dom Labrui. Powód: przyjacielska wizyta Olgi u Natalii.
Motyw przewodni: dzieci, koty i hiszpańska inkwizycja.

Akt I

Scena 1
Wchodzimy. Na progu wita nas Natalia.
Lab: Uprzedzam - Natalis dziś nie spał. Leżała i powtarzała: Olgusia dzisiaj przyjdzie...

Scena 2
Olga trochę przerażona klei się do mnie - dotąd nigdy nie była z wizytą bez mamy. Natalis wyciąga sznurek.
Nat: Olgusiu, chodź łowić ryby!
Olga (wygląda na zaskoczoną).
Nat: No, chodź, pokażę ci, jak to się robi. O (zarzuca sznurek). Najpierw rzucasz. Teraz wyciągasz rybę (wyciąga). I jesz. (zjada) Hap. O, tu złowiłam dla ciebie słodkiego łososia... Zjedz.
Olga (zjada).
Olga (widzi kota Hellę).
Olga (ożywa): Kotek!!!
Sprint - kota pod stół, Olgi za kotem. Okrzyk: Kotku, kotku!
Natalia (zdegustowana): A ja mam tu dla ciebie taką pyszną rybkę...

Scena 3
Olga (łowi rybę na dywanie w pokoju).
Nat: Oooo, zobacz, tam jest rybka. Ale ona jest chora!
Olga (zarzuca wędkę).
Nat: Nie!!! Ona jest chora, zostaw ją!
Lab (filozoficznie): Musi wyzdrowieć, potem się ją zje.


Akt II

Scena 1
Zaglądam do pokoju Natalii. Na ziemi siedzi Olga. Naprzeciw siedzi Natalia i wciska jej na lewą nogę prawy but.
Nat: Siedź, Olgusiu, ja ci chcę pomóc... No, zostań, pomogę ci założyć buciki... No, pomogę ci...
Ja (wpadam do kuchni): Zaczynają się tortury. Natalia używa butów hiszpańskich.

Scena 2
Nat (wciska na swoją nogę pantofelek Olgi, bardzo mozolnie).
Lab: Ktoś ma tu syndrom starszej siostry Kopciuszka.
Nat: (patrzy na nas potępiająco): Muszę sprawdzić, czy pasuje. (Po chwili walki z pantofelkiem rzuca go zrezygnowana na kanapę): Za duży.

Scena 3
Dziewczyny w sypialni.
Olga (usiłuje wejść pod łóżko): Kotku...
Nat: A ja cię przytulę...
My (Lab i ja, ze zgrozą): Nat, nie duś Olgi!!!
Olga (ledwie zipie, ucieka do nas, pada na łóżko, Nat pada na Olgę)
Następuje Ostra Interwencja.
Nat (zdziwiona): Ale ja tylko Olgusię chciałam przytulić...
Ja: Pieszczoty trzeciego stopnia.

Akt III

Dziewczyny się rozkręciły. Następują Zabawa w Ukwiale (czyli włażenie pod suszarkę do bielizny z rozwieszonym praniem), głaskanie kota (mocno trzymanego przez Lab), jazda w samochodzie (z karimaty), walka o prawo do karimaty i kartonowego pudła, gonienie kotów, jedzenie obiadu, Wyprawa do Palmiarni z Kasowaniem Biletów, układanie puzzli (Olgusiu! Źle układasz!), gonienie kotów...

Scena 1
Lab: Hej, dziewczyny, bawimy się w "Rolnik sam w dolinie"!
Nat i ja (wciągamy Olgę do kółka, ale Olga nie wie, o co chodzi).
Tańczymy i śpiewamy.
"Rolnik sam w dolinie... Rolnik bierze żonę..."
Nat: Olgusiu, będziesz żoną!
Olga (wyrywa się).
Lab: "Żona mu ucieka, żona mu ucieka..."
Olga (ucieka do kuchni). Nat (rzuca się na Olgę).
Lab: "Rolnik łapie żonę... Rolnik łapie żonę... Żona bardzo krzyczy..."

Scena 2
Ja: Olga, nie właź pod łóżko.
Olga (leży przy łóżku i woła prosząco): Kotu, kotu...
Ja (odruchowo): Kocie. Zostaw, kot musi mieć jakiś azyl, ostateczne schronienie, więc nie wchodzi się pod łóżko za kotem.
Lab (łapiąc Kota Mercedes i podtykając Oldze do głaskania. Kot ma spojrzenie szaleńca, ale daje się głaskać): Spokojnie. te koty mają tu tak dobrze, że raz na tydzień mogą popracować w przemyśle rozrywkowym.
Ja: Owszem. To tak jak chrześcijanie za Nerona. Oni też pracowali w przemyśle rozrywkowym.
Lab: Poniekąd...
Ja: Lecz tylko raz.

Scena 3
Olga: (łapie mnie za ręce): Fiku-miku!
Ja (pomagam jej zrobić fikołka)
Nat: Ja też chcę!
Ja (próbuję): Sorry, Natalis, ale ja nie dam rady. Nosić cię mogę, ale nie zrobisz ze mną fikołka. Z mamą też. Spróbuj namówić tatę.
Pojawia się tata.
Nat: (rzuca się na Przema)
Przem: O co chodzi?
Ja (tłumaczę).
Przem (do Nat): Nie, Natalia. Ciocia mnie jeszcze nie zna, więc mogła powiedzieć, że pomogę ci zrobić fikołka, ale ty dobrze wiesz, że ja jestem leniwy i fikołków nie będzie. Ale nie martw się, za jakiś czas, jak będziesz chciała, to zapiszemy cię na judo i tam będziesz mogła robić fikołki do woli.