Z przyjemnością zawiadamiam, że sytuacja o której pisałam dwie notki niżej jest już wyjaśniona i nie było powodu żeby mi było przykro. Źle zrozumiałam czyjeś słowa i tyle. I bardzo się z tego cieszę.
Byłam dziś u Nat i trzymałam na rękach małą Olgę. Piękne dziecko. Jak ono się patrzy! Aż za serce chwyta.
Nie będzie dziś długiej notki. Znikam zaraz na kanapie czytając Miasto Śpiących Książek. Roskosz. A angielki czeka i porasta trawą. (-;
A i chodzi dziś za mną wiersz. Ktoś poznaje?
Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
(Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.)
Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
.Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem
sobota, 3 marca 2007
Etykiety:
Baczyński,
Codzienności wombacie
piątek, 2 marca 2007
Rzadko bywam wzburzona sytuacja społeczno polityczną, ale teraz jestem rzucam gromy.
To co wyprawia pan Giertych przechodzi wszelkie granice zdrowego rozsądku – ten człowiek jest idiotą i to idiotą szkodliwym. A o co chodzi? A o aborcję.
Jak niektórzy wiedzą może jestem absolutnym i fanatycznym przeciwnikiem aborcji. Dlatego że jestem mamą i 9 miesięcy miałam w sobie małego człowieka, który czuł mój dotyk, słyszał głos, był ciałem z mojego ciała i dusza z mojej duszy. I żaden bubek mi nie mówi że to był płód. Zwłaszcza że ostatnio był przykład urodzenia się i przeżycia 22 tygodniowej dziewczynki. To co jak wyszła to już człowiek, a jak by jeszcze siedział w mamie to niby płód? Ciekawe...
A co ma do tego pan giertych? Bo mało kto robi tyle złego, tyle na rzecz nielegalnych aborcji co on. Choćby ten manewr z napiętnowaniem dyrektorów szkół gdzie były ciężarne uczennice. Toż teraz takie dyrektor dziewczynę na zbity pysk wywali zamiast pomóc. Albo ta gadka w Europie o 1) zakazie aborcji i 2) zakazie propagandy homoseksualnej. Toż to dawanie do jednego worka dwóch różnych spraw i robienie przeciwnikom aborcji opinii nietolerancyjnych oszołomów. I ta cała polaryzacja społeczeństwa; na lewicowo-proaborcyjne i chrześcijański -rodzinny. Toż nic tak nie wpływa na decyzję o aborcji jak myślenie typu „ ty grzesznico, dziecko bez ślubu, co sąsiedzi powiedzą”.
A można przeciwko aborcji zrobić wiele. I chodziłam po stronkach i starałam się znaleźć fundację która się tym zajmuje. I nic. Albo prorodzinne bzdety, albo lewicowa propaganda.
Gdyby pan G. naprawdę chciał zmniejszyć ilość aborcji, powinien zająć się raczej
zostawieniem ustawy tak jak jest, bo jest dobrym kompromisem.
Program uświadamiania seksualnego dla młodzieży, aby wiedziały kiedy można zajść i jak do tego nie dopuścić ( i nie za pomocą abstynencji lub kalendarzyka)
tańsze i bardziej dostępne środki antykoncepcyjne
programy pro-adopcyjne, szpitale w których można oddać dzieci wprost do rodzin zastępczych lub rodzin adopcyjnych
kampania na rzec zmiany mentalności aby nie piętnować dziewczyn, które chce urodzić bez ślubu
program pomocy dla młodych mam w szkole ( indywidualnym tryb nauczania)
domy samotnej matki ( jeżeli chce urodzić i zatrzymać dziecko a nie ma warunków)
w razie gwałtu możliwość szybkiego podania Postironu
walka z podziemiem aborcyjnym i napiętnowanie lekarzy
przywrócenie funduszy alimentacyjnego
A co robi pan G.? Uczy dziewczyny „czystości i wierności” podwyższa ceny leków antykoncepcyjnych, skłania dyrektorów do pozbywania sie takich uczennic i ośmiesza przeciwników aborcji. Pięknie. I ciekawe ile maluchów przez coś takiego potajemnie sie zabije. Ba, tylko że to będą „ złe i z grzechu urodzone” bubuny. Tylko nie wiem czy pan G. Jest takim debilem, czy takim cynkiem że tego nie widzi.
To co wyprawia pan Giertych przechodzi wszelkie granice zdrowego rozsądku – ten człowiek jest idiotą i to idiotą szkodliwym. A o co chodzi? A o aborcję.
Jak niektórzy wiedzą może jestem absolutnym i fanatycznym przeciwnikiem aborcji. Dlatego że jestem mamą i 9 miesięcy miałam w sobie małego człowieka, który czuł mój dotyk, słyszał głos, był ciałem z mojego ciała i dusza z mojej duszy. I żaden bubek mi nie mówi że to był płód. Zwłaszcza że ostatnio był przykład urodzenia się i przeżycia 22 tygodniowej dziewczynki. To co jak wyszła to już człowiek, a jak by jeszcze siedział w mamie to niby płód? Ciekawe...
A co ma do tego pan giertych? Bo mało kto robi tyle złego, tyle na rzecz nielegalnych aborcji co on. Choćby ten manewr z napiętnowaniem dyrektorów szkół gdzie były ciężarne uczennice. Toż teraz takie dyrektor dziewczynę na zbity pysk wywali zamiast pomóc. Albo ta gadka w Europie o 1) zakazie aborcji i 2) zakazie propagandy homoseksualnej. Toż to dawanie do jednego worka dwóch różnych spraw i robienie przeciwnikom aborcji opinii nietolerancyjnych oszołomów. I ta cała polaryzacja społeczeństwa; na lewicowo-proaborcyjne i chrześcijański -rodzinny. Toż nic tak nie wpływa na decyzję o aborcji jak myślenie typu „ ty grzesznico, dziecko bez ślubu, co sąsiedzi powiedzą”.
A można przeciwko aborcji zrobić wiele. I chodziłam po stronkach i starałam się znaleźć fundację która się tym zajmuje. I nic. Albo prorodzinne bzdety, albo lewicowa propaganda.
Gdyby pan G. naprawdę chciał zmniejszyć ilość aborcji, powinien zająć się raczej
zostawieniem ustawy tak jak jest, bo jest dobrym kompromisem.
Program uświadamiania seksualnego dla młodzieży, aby wiedziały kiedy można zajść i jak do tego nie dopuścić ( i nie za pomocą abstynencji lub kalendarzyka)
tańsze i bardziej dostępne środki antykoncepcyjne
programy pro-adopcyjne, szpitale w których można oddać dzieci wprost do rodzin zastępczych lub rodzin adopcyjnych
kampania na rzec zmiany mentalności aby nie piętnować dziewczyn, które chce urodzić bez ślubu
program pomocy dla młodych mam w szkole ( indywidualnym tryb nauczania)
domy samotnej matki ( jeżeli chce urodzić i zatrzymać dziecko a nie ma warunków)
w razie gwałtu możliwość szybkiego podania Postironu
walka z podziemiem aborcyjnym i napiętnowanie lekarzy
przywrócenie funduszy alimentacyjnego
A co robi pan G.? Uczy dziewczyny „czystości i wierności” podwyższa ceny leków antykoncepcyjnych, skłania dyrektorów do pozbywania sie takich uczennic i ośmiesza przeciwników aborcji. Pięknie. I ciekawe ile maluchów przez coś takiego potajemnie sie zabije. Ba, tylko że to będą „ złe i z grzechu urodzone” bubuny. Tylko nie wiem czy pan G. Jest takim debilem, czy takim cynkiem że tego nie widzi.
czwartek, 1 marca 2007
Byliśmy w sobotę w Krakowie na spotkanie SWM. I powiem, ze mi tego tak strasznie brakowało. Spotkania z tamtymi ludźmi, ale też mądrych wykładów i czegoś co mi da impuls żeby się nad sobą zastanowić. Na ile jestem w zgodzie z sobą, na ile wypływam na głębię, a na ile jakoś tak uciekam w świat wyobrażeń, złudzeń i ogólnej bylejakości. Czasem takie konfrontacje bolą. Chyba będę jeździć na kolejne spotkania. I mocować się z sobą, choć wiem, ze efekt nie będzie nigdy taki jak bym chciała. W końcu nie można całego życia i wszystkich porażek zwalać na nieudane dzieciństwo.
I jeszcze jedna sprawa która mnie ostatnio bardzo zabolała. W ostatni piątek miałam gościa. I było mi strasznie miło, bo ja z natury towarzyska jestem. A potem na blogu gościa przeczytałam coś co może ( ale nie musi – może to być tylko moja paranoja), ze gościowi się nie podobało, uczył się urażony, traktowany niegrzecznie i uszczęśliwiany na siłę. Chciałabym się mylić, ale nie wiem jak mam inaczej interpretować te słowa. Chciałabym już to wyjaśnić. Bo ja tak się zachowuję, bo taką mam naturę. Staram się być przyjazna i pogodna i mówię co mi na sercu leży. Jak kogoś obraziłam to przepraszam. Ale uważam, że uczciwiej byłoby mi w tym momencie o tym wypowiedzieć, nieprawdaż? A tak się jakoś paskudnie czuję.
A z newsów niezwiązanych z powyższym to
wyszło słonce i zaraz zmykam na spacer
dziś mam pojedynek a Aniołak będzie ze mnie pasy darł
zmieniałam wystrój bloga żeby wam się milej czytało, postaram się dziś okrasić wszystko zdjęciami bubuna.
I jeszcze jedna sprawa która mnie ostatnio bardzo zabolała. W ostatni piątek miałam gościa. I było mi strasznie miło, bo ja z natury towarzyska jestem. A potem na blogu gościa przeczytałam coś co może ( ale nie musi – może to być tylko moja paranoja), ze gościowi się nie podobało, uczył się urażony, traktowany niegrzecznie i uszczęśliwiany na siłę. Chciałabym się mylić, ale nie wiem jak mam inaczej interpretować te słowa. Chciałabym już to wyjaśnić. Bo ja tak się zachowuję, bo taką mam naturę. Staram się być przyjazna i pogodna i mówię co mi na sercu leży. Jak kogoś obraziłam to przepraszam. Ale uważam, że uczciwiej byłoby mi w tym momencie o tym wypowiedzieć, nieprawdaż? A tak się jakoś paskudnie czuję.
A z newsów niezwiązanych z powyższym to
wyszło słonce i zaraz zmykam na spacer
dziś mam pojedynek a Aniołak będzie ze mnie pasy darł
zmieniałam wystrój bloga żeby wam się milej czytało, postaram się dziś okrasić wszystko zdjęciami bubuna.
poniedziałek, 12 lutego 2007
A i jeszcze jedna refleksja. Z innej beczki, więc w nowym temacie.
Ja czuję się częścią Kościoła Rzymskokatolickiego. I powiem, że brakuje mi tego, żeby Kościół miał dużo miejsca w moim życiu. Ale momentami już nie mogę.
Byłą kolęda. Trwała minutę. Nie było nawet modlitwy.
Byłam dziś na mszy. Czytano list biskupów z rysem historycznym polskiej emigracji.
Czy oni nas mają za debili? Czy oni są księżmi za karę? A gdzie tu Duch?
Czasami myślę, że powinnam się czuć obrażona.
Ha, ja wiem że są sensowni i wspaniali księża. Tylko że do mojej parafii, St. Antonio Parisch w Lungi w Sierra Leone mam troszkę daleko.
Ja czuję się częścią Kościoła Rzymskokatolickiego. I powiem, że brakuje mi tego, żeby Kościół miał dużo miejsca w moim życiu. Ale momentami już nie mogę.
Byłą kolęda. Trwała minutę. Nie było nawet modlitwy.
Byłam dziś na mszy. Czytano list biskupów z rysem historycznym polskiej emigracji.
Czy oni nas mają za debili? Czy oni są księżmi za karę? A gdzie tu Duch?
Czasami myślę, że powinnam się czuć obrażona.
Ha, ja wiem że są sensowni i wspaniali księża. Tylko że do mojej parafii, St. Antonio Parisch w Lungi w Sierra Leone mam troszkę daleko.
niedziela, 11 lutego 2007
Jednym z powodów dla których mam bloga na hasło jest to, że nie życzę sobie, żeby czytała go moja funkcjonująca w internecie rodzina. Zresztą myślę, że rodzina też nie chciała by wiedzieć tego co piszę. Bo od ostatnich pięciu lat, moje i tak już nie najlepsze, stosunki z rodzicami cały czas się pogarszają.
Ot, na ten przykład, wczoraj pokłóciłam się z matką. I nie chodzi tu o tak banalną kwestię, że się matka do czegoś wtrąca. Ona nawet stara się być miła, to ja reaguje na nią histerycznie i agresywnie. Nie wiem czemu akurat właśnie po urodzeniu Natalii, otwarło się we mnie całe morze żalów, gniewu i niechęci do niej. Za to jak całe życie wyglądały nasze układy.
Kiedy byłam mała w większość czasu zajmowała się mną babcia i ciotka. I najlepsze jest to, że nigdy za matką nie tęskniłam, raczej się jej bałam i była mi zupełnie obca. Potem wiedziałam, że w jakiś sposób się o mnie stara, martwi się, ale nigdy nie miałyśmy ze sobą nic wspólnego. Nigdy nic razem nie robiłyśmy ( a przepraszam, raz, jak leżałam w szpitalu na wyrostek narysowała mi arbuza), nie rozumiała tego co dla mnie ważne, nie rozmawiałyśmy. Każde wczasy albo wyjazd kończył się awanturą. Nie miałam w niej nigdy wzoru zachowań kobiecych, bo jest osobą antykobiecą, i w jakiś sposób się jej z wyglądu i zachowania wstydziłam.
A przy tym wszystkim w jakiś głupi i nadgorliwy sposób chciała mi dać wszystko. Woziła mnie na korki, dawała wszystko i w jakiś sposób się rzucała. Bo jest osobą o całkowitej nieumiejętności porozumienia i empatii.
Ja nie twierdzę, że miałam jakiś makabrycznie fatalny dom. Mój dom był przede wszystkim nierówny. Czasami było tak, że mi wspaniałych, mądrych i kochających rodziców było można mi pozazdrościć. A czasami były niemal wszystkie mechanizmy patologiczne z alkoholem, przemocą i biciem włącznie. Musiałam się szybko adaptować.
Tylko, że mimo to, nasze stosunki w końcu się jakoś ułożyły. Koło studiów to nawet całkiem poprawnie były. I wszystko zniszczyło się po urodzeniu Natalii. Raz- ona oszalała na punkcie małej, świata poza nią nie widzi. A Dwa – to we mnie otworzyły się jakieś stare rany. Jak czasem już sobie nie radzę z małą – jestem zmęczona i zirytowana to mam taką mantrę „ nie będę jak moja matka, nie będę jak moja matka”. Nie mam do niej żalu za to jaka była, bo nie czułam wobec niej nic. Mam żal za to jaka nie była. I nie pozwolę jej być kimś wiecej niż babcią. Swoją szansę na bycie matką już maiła i nie dała rady.
I nie wiem co z tym zrobić. Pomijając już fakt że na co którejś wizycie udaje jej się mnie czymś sprowokować i dostaje napadu agresji z wyzywaniem od ostatnich i wypominaniem wszystkiego co powyżej. Wczoraj zasugerowała, że jestem przez Kocura nieszczęśliwa skora „taka jestem” i jestem zła matka. I to ma czelność mówić baba, która sama przez 99% życia ma depresję - to się zaczęło.
Ale nie o to chodzi. Z tym sobie dam jakoś radę. Martwię się tylko czy z takimi pokładami złości w sobie i tak marnymi wzorcami relacjo matka-córka, w stanie być dobrą mamą dla Nat.
Ola na swoim blogu napisała kiedś mądrą rzecz. Że w dorosłym życiu nie potrzebujemy już rodziców, ale wspomnień o nic. I trudno się żyje bez tego.
Ot, na ten przykład, wczoraj pokłóciłam się z matką. I nie chodzi tu o tak banalną kwestię, że się matka do czegoś wtrąca. Ona nawet stara się być miła, to ja reaguje na nią histerycznie i agresywnie. Nie wiem czemu akurat właśnie po urodzeniu Natalii, otwarło się we mnie całe morze żalów, gniewu i niechęci do niej. Za to jak całe życie wyglądały nasze układy.
Kiedy byłam mała w większość czasu zajmowała się mną babcia i ciotka. I najlepsze jest to, że nigdy za matką nie tęskniłam, raczej się jej bałam i była mi zupełnie obca. Potem wiedziałam, że w jakiś sposób się o mnie stara, martwi się, ale nigdy nie miałyśmy ze sobą nic wspólnego. Nigdy nic razem nie robiłyśmy ( a przepraszam, raz, jak leżałam w szpitalu na wyrostek narysowała mi arbuza), nie rozumiała tego co dla mnie ważne, nie rozmawiałyśmy. Każde wczasy albo wyjazd kończył się awanturą. Nie miałam w niej nigdy wzoru zachowań kobiecych, bo jest osobą antykobiecą, i w jakiś sposób się jej z wyglądu i zachowania wstydziłam.
A przy tym wszystkim w jakiś głupi i nadgorliwy sposób chciała mi dać wszystko. Woziła mnie na korki, dawała wszystko i w jakiś sposób się rzucała. Bo jest osobą o całkowitej nieumiejętności porozumienia i empatii.
Ja nie twierdzę, że miałam jakiś makabrycznie fatalny dom. Mój dom był przede wszystkim nierówny. Czasami było tak, że mi wspaniałych, mądrych i kochających rodziców było można mi pozazdrościć. A czasami były niemal wszystkie mechanizmy patologiczne z alkoholem, przemocą i biciem włącznie. Musiałam się szybko adaptować.
Tylko, że mimo to, nasze stosunki w końcu się jakoś ułożyły. Koło studiów to nawet całkiem poprawnie były. I wszystko zniszczyło się po urodzeniu Natalii. Raz- ona oszalała na punkcie małej, świata poza nią nie widzi. A Dwa – to we mnie otworzyły się jakieś stare rany. Jak czasem już sobie nie radzę z małą – jestem zmęczona i zirytowana to mam taką mantrę „ nie będę jak moja matka, nie będę jak moja matka”. Nie mam do niej żalu za to jaka była, bo nie czułam wobec niej nic. Mam żal za to jaka nie była. I nie pozwolę jej być kimś wiecej niż babcią. Swoją szansę na bycie matką już maiła i nie dała rady.
I nie wiem co z tym zrobić. Pomijając już fakt że na co którejś wizycie udaje jej się mnie czymś sprowokować i dostaje napadu agresji z wyzywaniem od ostatnich i wypominaniem wszystkiego co powyżej. Wczoraj zasugerowała, że jestem przez Kocura nieszczęśliwa skora „taka jestem” i jestem zła matka. I to ma czelność mówić baba, która sama przez 99% życia ma depresję - to się zaczęło.
Ale nie o to chodzi. Z tym sobie dam jakoś radę. Martwię się tylko czy z takimi pokładami złości w sobie i tak marnymi wzorcami relacjo matka-córka, w stanie być dobrą mamą dla Nat.
Ola na swoim blogu napisała kiedś mądrą rzecz. Że w dorosłym życiu nie potrzebujemy już rodziców, ale wspomnień o nic. I trudno się żyje bez tego.
środa, 3 stycznia 2007
Sylwester cudowny. Bardzo zakręcony, polsko-szwedzko-hiszpański. Z lobstreami, krewetkami, białym winem i muzyką. I przefajną atmosferą. Troszkę taki „ą” „ę”, ale i na luzie i z jajem. I dawno mnie taks sztuczne ognie nie cieszyły. Oby to był dobry rok. A Przynajmniej taki jak ten poprzedni. Bo 2006 to był bardzo dobry rok. Taki mój, rok spokoju, czegoś dobrego, porządkowania siebie. Może chwilami wydawał się zbyt jednostajny, ale są też w nim jak rodzynki w cieście, niektóre książki, płyty, wyjazdy i filmy. I teksty własne. I ważne rozmowy. Dlatego żegnamy rok poprzedni z wszystkimi należnymi honorami.
wtorek, 2 stycznia 2007
Końcówka roku byłą jak z koszmaru. Dokładnie jeden dzień – 30 grudnia – kiedy to spadły na mnie jeden po drugim nieszczęśliwe wypadki. Najpierw umówiłam się z Natti do kina, ale nie do końca – bo ja czekałam na potwierdzenie, a Natti miała zadzwonić jak nie będzie mogła iść – i tak za minutę seans się dowiedziałam, że do kina nie idę. Było mi smutno. I głupio wobec Natti. Potem zaświtała nadzieja, że może jednak we wtorek się wybiorę choć by sama na Kopię Mistrza, ale zadzwonił tata i powiedział że wtedy nie ma czasu. Dwa zero.
Potem pojechaliśmy do Ikei po krzesło dla mnie, bo się stare rozwaliło. Nie było tego co chciałam, a to co było to koszmarnie drogie. Kupiliśmy w zamian poduszkę na krzesło w kuchni. Niby wygodna, ale się obeszłam smakiem nowego zakupu. Trzy zero.
Po drodze wpadłam do wypożyczali dvd i mało się z kocurem nie pożarłam na amen o wybór filmu. Się pogodziliśmy, ale jakoś tak było...Cztery zero.
Wróciłam do domu i stwierdziłam, że ukradziono mi komórkę. Nowiutką, miesiąc ja miałam. W dodatku na abonament. Oczywiście od razu zablokowałam, ale i tak szkoda. Zwłaszcza, ze nowej nie ma za co kupić. Pięć zero.
A na koniec zajrzałam na forum i zobaczyłam jak się sprawy mają. Normalnie bym się tylko uśmiechnęła, ale w moim stanie ducha spłynęłam pod dywan. Sześć zero. Nokaut.
Anisko potem leżało i myślało. Jakie to życie paskudne. Aż sobie spojrzało na Kocura, małego Natlisa, samą siebie w lustrze i pomyślało sobie, że jest bardzo szczęśliwym Aniskiem. I niezależnie od wszystkiego, to życie mogło dokopać o wiele bardziej, a tak, mimo, że trochę jestem zmechacona, mam to co najważniejsze. I że w sumie jest mi dobrze. Bardzo bardzo dobrze. I pomimo wszystkich nieszczęść poczułam się tamtego dnia absolutnie szczęśliwa.
A na sam koniec dnia obejrzeliśmy V jak Vendetta. I do teraz nie mogę się otrząsnąć. Ja cholera uwielbiam mrocznych, cierpiących, inteligentnych i złych sukinsynów w maskach. A przy lubiących Dumasa i słuchających muzyki klasycznej to już odlatuję. Fetysz jakiś czy co? Film serdecznie wszystkim polecam. A jak jakieś niewiasty będą miały po nim nastrój erotycznej egzaltacji to tu jest odtrutka; http://www.youtube.com/watch?v=V9rzMaAucI4
Potem pojechaliśmy do Ikei po krzesło dla mnie, bo się stare rozwaliło. Nie było tego co chciałam, a to co było to koszmarnie drogie. Kupiliśmy w zamian poduszkę na krzesło w kuchni. Niby wygodna, ale się obeszłam smakiem nowego zakupu. Trzy zero.
Po drodze wpadłam do wypożyczali dvd i mało się z kocurem nie pożarłam na amen o wybór filmu. Się pogodziliśmy, ale jakoś tak było...Cztery zero.
Wróciłam do domu i stwierdziłam, że ukradziono mi komórkę. Nowiutką, miesiąc ja miałam. W dodatku na abonament. Oczywiście od razu zablokowałam, ale i tak szkoda. Zwłaszcza, ze nowej nie ma za co kupić. Pięć zero.
A na koniec zajrzałam na forum i zobaczyłam jak się sprawy mają. Normalnie bym się tylko uśmiechnęła, ale w moim stanie ducha spłynęłam pod dywan. Sześć zero. Nokaut.
Anisko potem leżało i myślało. Jakie to życie paskudne. Aż sobie spojrzało na Kocura, małego Natlisa, samą siebie w lustrze i pomyślało sobie, że jest bardzo szczęśliwym Aniskiem. I niezależnie od wszystkiego, to życie mogło dokopać o wiele bardziej, a tak, mimo, że trochę jestem zmechacona, mam to co najważniejsze. I że w sumie jest mi dobrze. Bardzo bardzo dobrze. I pomimo wszystkich nieszczęść poczułam się tamtego dnia absolutnie szczęśliwa.
A na sam koniec dnia obejrzeliśmy V jak Vendetta. I do teraz nie mogę się otrząsnąć. Ja cholera uwielbiam mrocznych, cierpiących, inteligentnych i złych sukinsynów w maskach. A przy lubiących Dumasa i słuchających muzyki klasycznej to już odlatuję. Fetysz jakiś czy co? Film serdecznie wszystkim polecam. A jak jakieś niewiasty będą miały po nim nastrój erotycznej egzaltacji to tu jest odtrutka; http://www.youtube.com/watch?v=V9rzMaAucI4
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Filmy,
Jest źle