wtorek, 5 grudnia 2006

I kolejny wpis zaczynam od „jak dawno nie nie było”. A co ja poradzę, ze jeżeli chodzi o wykonywane czynności to dni mam dość podobne do siebie? Wszystko co się naprawdę dzieje, co jest dla mnie ważne i rozwijające to przeżywam w środku, w emocjach, między mną a Natalsem. Ćwiczę się w kochaniu i cieszeniu się życiem. Czyli w sumie jak zawsze. A poza tym:

Deklaruje nie pisać o Świętach. Nie lubię, nie polubię, proszę mnie nie przekonywać. Jestem w tym podobna do Scrooga i Snapa. Miałam małą nadzieję że je odwołają, albo przynajmniej przeniosą do wiosny, ale widzę że nici z tego. Rozważam zamknięcie się w łazience w dniach 23-25 grudnia.

Sporo mam ostatnio pomysłów pisaniowych. I może w tym zaczyna się problem. Bo mam ochotę pisać inaczej. Jakoś bokiem mi już wychodzą „mroczne intelektualne narracje pierwszoosobowe z klimatem”. Sęk w tym że dałam moje kawałki bajek do przeczytania dwóm osobom i usłyszałam: Od osoby numer jeden „ za sucho, za szybko, daj więcej opisów” a od drugiej” za wolno, za dużo opisów”. Normalnie się sfrustrować można. Czasu mam jak na lekarstwo, a na pulpicie czekają cztery zaczęte teksty. Czasami brakuje mi mobilizacji. I kogoś kto mnie poprowadzi, może czegoś nauczy, o ile pisania można się uczyć inaczej niż przez czytanie. Aniołak wyciąga mnie do ŚKF'u i chyba to nie jest zły pomysł, taki skok na głęboką wodę. A paskuda namawia na pojedynek. Ona pisze lepiej, dużo lepiej. I jak mnie zje to kosteczki nie zostaną. Ale jest szansa ze dam sie naciągnąć. W końcu Gryffindor, nieprawdaż?

Słuchając Lekcji Tanga wznoszę kubkiem kawy z cynamonem toast za ostanie dni jesieni. Oby jak najdłużej, nawet bez słońca, z deszczem i wiatrem. Byle nie marznąć. I tego wam życzę. Mry

środa, 1 listopada 2006

Dzień Wszystkich Świętach to mnie naszło na rozważania tematyczne. Czyli tak zwana notka okolicznościowa.

Kiedyś Święta tego nie cierpiałam. Było dla mnie nie małym koszmarem łażenie w zimnie i wietrze na cmentarz, stanie chwilę w absolutnie sztucznej i krępującej ciszy ( podczas której każdy myślał jak to go obciera but, zimno mu w nogi, albo coś tam w nagrobka obłazi). A potem do domu. Chyba momentu tak sztucznego i dla wszystkich niezręcznego nie było w całym roku.

Trochę się to zmieniło od kiedy chodzę na cmentarz bez rodziny a z Panem Kocurem. Jesteśmy zazwyczaj tylko chwilkę, zapalamy świeczkę i a ja opowiadam różne wesołe rzeczy z życia danego zmarłego. Co lubił. Co go śmieszyło. Co czytał. Co mi kiedyś fajnego opowiadał. I zero zadumy i patosu. W końcu zmarli których znałam za życia byli wesołymi ludźmi i im by się to spodobało. A jak się żywym ponurakom nie podoba to trudno. Nie ich święto. W ogóle to strasznie mi się podoba meksykańskie świętowanie z jedzeniem, piciem i muzyką na grobach.

Zastanawiam się czemu w ogóle tak koszmarnie to święto przeżywałam dotychczas. Chyba po troszku przez to że jest u nas makabrycznie wielkie tabu śmierci. Rozmawiali ze mną w domu o seksie, antykoncepcji a o umieraniu niet. Jakby nie wypadało. Po pierwsze to obiecuj z Natalisem ( jak się zagada o to albo okazja będzie) o śmierci gadać. Że się składa z duszy i ciała – i jak się ciało zepsuje to dusza idzie do Boga a ciało trza zakopać żeby się nie psuło na oczach.

W ogóle nie wiem czy to do końca zdrowe, ale uważam śmierć za jak najbardziej właściwą i konieczną rzecz. Takie przejście. A że jestem z natury ciekawska i zawsze bardziej byłam wszystkiego ciekwa niż się bałam, to i ta perspektywa mnie nie przeraża. Inna rzecz że tak jak nigdy absolutnie nie zgadzam się na zejście teraz. Oj nie. I to nie z egoizmu, bo myślę, że tam też nie jest źle, ale z powodu tego, że jak rzadko kiedy czuję się tu potrzebna i nie wyobrażam sobie że kto inny był by przy moim małym bububie. Zdecydowanie matki głupieją. Zmienia im się absolutnie cały światopogląd po urodzeniu. Nawet kwestie życia i śmierci rozpatrują w kategorii rodzicielstwa.

Ale zaraz, zaraz, ja tu o śmierci, a miało być o Wszystkich Świętych. Zastanawiałam się dziś czy mam ulubionego świętego. W zasadzie nie mam, ale jest kilku którzy są Bardziejści. To po pierwsze Św. Jan Bosko. Za Afrykę, za otwartość na młodych za wszystko. Czasem łapię za połę Św. Krzysztofa – zwłaszcza jak Kocur gdzieś dalej jedzie. Ale to przyznaję bardzo instrumentalne traktowanie Jego Świętości. Koniecznie Św. Franciszek i Roch za zwierza wszelakie tak przeze mnie kochane. I Augustyna co szalał za młodu a potem rzucił wszystko dla Największej z Miłości. I Św. Mikołaja z łemkowskich kapliczek. Zasadniczo daleko mi do Świętych Uczonych, Papieży i Myślicieli. Kocham za to tych szaleńców pana boga, bez grosza w kieszeni, otwartych na świat i wielkim worem miłości i kijem sękatym na drogę. ( Do podpieranie się ten kij nie do tłucznia współpodróżnych). Ci i wielu wielu innych. W dniu waszego święta życzę wam zatem, tak sztampowo, wszystkiego najlepszego. Ale czego właściwie mogę wam życzyć, skoro już wszystko zdobyliście?

środa, 25 października 2006

Uporałam się wreszcie z tekstem pojedynkowym. Wiem, ze niektórym może się on nie podobać, ale ja jestem nawet zadowolona. Jest mroczny, przygnębiający, ciężki. Wiem, ale właśnie cos takiego miałam ochotę napisać. Myślę, że coś nim zamknęłam. Jakiś rozdział pisania. Poczułam ulgę i mogę spokojnie zasiąść do bajek. Pewnie ku radości moich bet.
W ogóle ta jesień jakaś duchowo jasna jest. Jest żółto-pomarańczowa. Taka w kolorze dyni i rozświetlonych przedpołudniowym słońcem liści. Taka w atmosferze filmów Kolskiego. Notabene oglądałam wczoraj Jasminum i się zachwyciłam. Ten film trafił w jakąś moją magiczną i troszkę zapomnianą część duszy, że sama zadziwiałam się jak bardzo się potrafię wzruszyć. W ogóle strasznie podziwiam tego reżysera; w kinie jakieś tam trendy, mody, kino akcji, kino „intelektualne” i jakieśtam, a on sobie robi swoje kino – pokazuje inny zupełnie świat Jańcia Wodnika i Jasminum. A ja siedzę i się zauraczam. (-;

Skoro tak dawno nie nie było, to pozwolę sobie jeszcze o czymś opowiedzieć. Jak wiecie ja bojąca się nie jestem, ale od jakiegoś czasu jest coś po czym przechodzą mnie dreszcze. Mianowicie spaceruję często z wózkiem trasą przy cmentarzu. Stoją tam prawie zawsze budy ze zniczami i chryzantemami, Nic dziwnego. Kłopot w tym, że w jednej z nich sprzedaje para staruszków o tak żółtej ziemistej cerze i tak dziwnym spojrzeniu że ma się nieodparte wrażenie, że właśnie wstali z któregoś z grobów i z nudów zajęli się interesem zniczowym. Ile razy tam przechodzę ( prawie codziennie znaczy się) wpadam w nastrój rodem z meksykańskiego święta zmarłych, albo leśmianowskich tekstów „W zakątku cmentarza”. Na początku było to nawet zabawne, szeptem opowiadałam Natalisowi do ucha historię o panu co mu się w ciemnym garniturze znudziło siedzieć pod ziemią i teraz chryzantemy sprzedaje. Tylko teraz kiedy on ( ten pan od zniczy) na mnie patrzy to mam wrażenie, że on wie, że ja wiem. Oj ale się nakręciłam. Chyba słuchając muzyki z Fridy pójdę coś piec. Nie, nie ciasteczka w kształcie kościotrupów. Aż tak źle nie jest ze mną. Jeszcze.

A na koniec ów wiersz Leśmianowski:

Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot,

Że w obczyźnie cmentarza czują się - bezdomnie -

A lubią noc tę spędzać popod mgłą lub popod

Wiecznością, co się w jarach gęstwi nieprzytomnie.



Maria z Bzówka - wygody wspomina izdebne,

Słońce - w łóżku, wiatr - w sieni - i ogród macierzyn,

Gdzie było tyle w radość uchodzących ścieżyn,

A wszystkie takie - trafne i drzewom - potrzebne!...



Żebrak, co się zadławił na śmierć krztyną chleba -

Kijem niegdyś wędrownym obłędnie się babrze

W nieodgadle błękitnym - pełnym Boga - chabrze,

By zeń dla snu wiecznego wydłubać - źdźbło nieba.



Mnich, co po to byt ziemski tłumił bez szemrania,

By pędzić żywot wieczny w sposób nienaganny -

Kreśli palcem na próchnie list do panny Anny

Z życzeniami rychłego w kwiatach -zmartwychwstania.



Panna Anna udaje, że jest - w bezżałobie

I biorąc na kolana młodą mgłę - pieszczochę -

Ukradkiem z pajęczyny tka zwiewną pończochę

Dla brzozy, co tkwi boso na kochanka grobie.



A opodal - mniej więcej naprzeciw rozstaju,

We fraku bezrozumnie skąsanym przez szczura,

Na czele kilku cieni żeńskiego rodzaju

Nieboszczyk Madaleński - prowadzi mazura.

niedziela, 1 października 2006

Dobre wróżki miały do ofiarowania po jednym życzeniu. Ja jako że nie tylko jestem wiedźmą, ale i mamą, pozwolę sobie mojej małej życzyć nieco większej ilości rzeczy. I przy okazji tych życzeń chciałabym podziękować wszystkim którzy o urodzinach małego Natalia pamiętali.

Chciałabym życzyć mojej małej przede wszystkim miłości. I tej do dostania, i tej którą ma dać. Żeby umiała ją dawać i żeby dostała. Żeby była odważana i widząc konsekwencje swoich czynów, zupełnie niczego się nie bała. Żeby tym co ją kieruje byłą miłość a nie strach.
Żeby umiała wstawać po upadkach ( tych dużych i małych). Żeby sukcesy nie zawróciły jej w głowie, a porażki nie powaliły.
Żeby cieszyły ją rzeczy małe i drobne. Żeby wiedziała wokół siebie wiele piękna.
Żeby potrafiła sobie zjednywać ludzi, wzbudzać przyjaźń i zaufanie.
Żeby miała szczęcie, u los uśmiechał się do niej znienacka w różnych momentach w życiu.
Żeby umiała walczyć o to co zdobyć może i bez żalu żegnała to, co nie jest jej pisane. ( I żeby rozróżniała te dwie rzeczy).
Żeby nigdy nie utraciła wiary w Boga i cały czas czuła jego obecność. Żeby nigdy nie straciła nadziei. Żeby nie bała się chodzić po wodzie.
Żeby zawsze miała ze sobą pogodę ducha i poczucie humoru. Żeby umiała marzyć i niektóre w marzeń wcielać w życie.
Żeby potrafiła wykorzystać wszystko to co da jej los.
Żeby potrafiła kierować się zarówno rozsądkiem, jak i zupełnym szaleństwem.
Żeby by była szczęśliwa. I dawała szczęcie ludziom wokół niej.
Żeby nigdy niczego w życiu nie żałowała.

Tego wszystkiego małemu Natalisowi życzy mama.

sobota, 23 września 2006

Głowa mnie boli i mam już drugi dzień jakiś taki bezsensu ( dzisiaj dostałam pierwszego od dawna ataku histerii i wyszłam w rodzinie Kocura za największa egoistkę i małostkową jędzę – ale to już inna historia). W związku z powyższymi pozwolę sobie wobec moich blogowych czytelników ( jeżeli jeszcze takowi istnieją) na troszkę smęcenia i ekshibicjonizmu psychicznego. Osoby które łatwo znudzić prosimy o nieczytanie dalej.

Zawsze wydawało mi się że wiem gdzie w życiu idę i czego chcę. Nawet jakoś sie nad tym nigdy nie zastanowiłam, bo to było dla mnie oczywiste. I nie chodzi tu o jakiś punkt do którego miałabym dojść, ale o samą drogę. Jakoś mam w głowie jasność jak pewne rzeczy powinny wyglądać. I chodzi tu raczej o zasady jakimi mam się kierować, taki jakiś wewnętrzny kompas. Wiem jak chce żeby wyglądał świat wokół mnie. Chcę żeby był po prostu pozytywny. Miał w sobie coś Dobrego, Ciepłego, Prawdziwego. Żeby był pełen słów magicznych, roślin, zwierzów, muzyki i codziennych radości. I właśnie takie coś staram się w ogół siebie tworzyć. Jak to śpiewał Habakuk „ Urodziłem się i żyję, by kreować, robić żywe.” Robić żywe, dobre, ciepłe. Cieszyć się, brać to co jasne, nie bać się ciemnego, iść prosto i odważnie. Bardzo kochać, szanować i ufać. Jak trzeba to się złościć i płakać. Takim po prostu być Ansikiem. Tak aby „ żyć pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję, aby wykorzenić wszystko co nie jest życiem, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem...”

I nawet czasami mi się to udaje. Czasami.

Zajebiście, nie? Tak wszytko wiedzieć. I to w zasadzie działa, dopóki świat jest idealny. Dopóki nie pojawiają się tam osoby upierdliwe, głupie, zgryźliwe, dokuczliwe. Takie których wartości są przeciwieństwem świata który chcę tworzyć. I pal licho, jak są to obce osoby. Wtedy można je spokojnie unikać i mówić „ idźcie swoja drogą, a ja pójdę swoją”. Ale kiedy te osoby, to siostra mojej mamy, brat Kocura albo insza rodzina. I nie ma możliwości ich unikania. Jak wtedy być takim pozytywnym? Ja wiem wiem dobrze, ze dalej powinnam być. Bo wartości są ( powinny być) we mnie. I nie mnie oceniać innych. Że powinnam szanować każdego i dobrze życzyć. Że wybiórcze bycie pozytywnym to sie hipokryzja nazywa. Ale co ja poradzę, że mnie szlag jasny trafia. Że się złoszczę, wściekam, obrażam. Cóż mam kompas który pokazuje mi gdzie mam w życiu iść. A ze ten kompas działa tylko na prostej drodze i jak nie ma mgły to insza sprawa. Całe szczęście, że przynajmniej o tym wiem. Boże dzięki ci ze nie odebrałeś mi tej ostatniej garstki samokrytycyzmu.

A druga sprawa która mnie ostatnio poruszyła.

Ostatnio się rozczarowałam światem. A w zasadzie upadły moje nędzne resztki idealizmu. ( nie wiedziałam wcale że one istnieją – aż do czasu aż nie zdechły). Podczas ostatniej rozmowy z Aniołakiem dyskutowałyśmy o świecie i idealizmie. I ja perorowałam na temat jak to wcale mnie nic a nic nie dziwi sukinsństwo świata i że to nic że w 99% świat jest podły, ale sie trzeba cieszyć ze w 1% taki nie jest. A tu klops – ja też miałam przebłyski idealizmu. Już ich nie mam.

Chodzi mianowicie o islam. Bo ja dotychczas, może przez wpływ przyjaciół ze Sierra Leone, byłam bardzo pro muzułmańska. Zasadniczo uważałam, że wszelkie „inności” wzbogacają kulturę, że od muzułmanów możemy się uczyć wierności zasadom i niezłomności i.t.d. Może do tych poglądów przyczynił się mój ogromny żal za stratą jaką poniosła Europa po II Wojnie Światowej. Chodzi o naszych Starszych W Wierze braciach, którzy przez setki lat mieszkali obok, współtworzyli nasza kulturę, a potem zostali puszczeni prze komin. Żal mi że Kazimierz krakowski jest juz tylko skansenem. I może dlatego tak z otwartymi rękami witałam w Europie muzułmanów? Coś co jest inne wzbogaca i uczy nas pokory i dystansu. A tu klops. Po ostatnich wydarzeniach mimo całej mojej tolerancji mam muzułmanów serdecznie dość. Bo jak do cholery możliwy jest dialog, z kimś kto wyrywkowo rozumie słowa ( chodzi o przemówienie papieża) a potem wyzywa i w ramach zemsty pali kościoły i zabija niewinna misjonarkę z Mogadiszu? Za co? Ja tego nie rozumiem, tej nienawiści. Na Merlina ja nie chcę, żeby się asymilowali i tracili swoje dziedzictwo. Ale jeżeli chcą sie osiedlić w Europie muszą przyjąć zasady które stoją u podstaw naszej kultury. Tolerancję, demokrację, wolność. Większość z zamachów była przeprowadzona przez ludzi mieszających od lat w Europie. Smutne to. I niniejszym umarł jeden z moich ideałów – ten o tolerancji i współistnieniu. Pastuchy won na pustynię. Myślałam cholibka ze ludzka podłość mnie już niczym nie zaskoczy, a tu proszę, udało się.

Dobrze, ktoś dał radę aż tutaj doczytać? Hop-hop? Jak ktoś przeskoczył wzrokiem aż tu, to nic się nie stało. Mogę na koniec dodać, że na http://s90.photobucket.com/albums/k261/labruja_i_natalis/ są dwa nowe zdjęcia, Kocur obronił doktorat z wyróżnieniem, wreszcie wstawili mi nową kuchenkę, a Natalis zrzucił sobie na głowę ( a co za tym idzie na podłogę) ze stołu całe wiadro pełne wody i był mały armagedon. Że życie toczy się swoim torem i jest całkiem dobre. Że właśnie słucham Cab Calloway / Irving Miles: Cotton Club i czytam Cień Poego. Ale o tym już w kolejnej notce. Krótszej i bardziej radosnej. Pa.

środa, 6 września 2006

Jakiś czas temu, po rozmowie z przebywającą w Anglii Agnieszką, doszłam do wniosku ( zupełnie błędnego wniosku pragnę dodać), że poza Polską to już nie ma dobrego jedzonka – same przetworzone, na pół plastikowe, byle jak najtańsze, produkty jedzenio podobne. Nie wiem jak jest w Anglii, ale teza ta na pewno nie dotyczy Hiszpanii. W życiu tak dobrze nie jadłam jak tu! Pełno jest sklepików z owocami ( świeżymi dojrzałymi i nawet nie tak drogimi), rybami, chlebem, serami ( ach sery Katambrii) i innymi smakowitościami. I wszystko to razem z przepysznym lokalnym i niedrogim winem. Tak się właśnie stołujemy na śniadanie; wino, chleb, sery, figi, nektaryny i oliwki.

Kocur załatwił mi darmowe wejściówki na lunche razem z ludźmi ze Szkoły Letniej do jednej z lepszych restauracji słynącej z owoców morza. Coś co dziś jeszcze pływało, ale zostało wyłowione i przyrządzone przepysznie. Opisz co by wam smaka porobić. (-; Na przystawkę krewetki lub kalmary, potem zupa z krabów, na główne jakaś smakowita ryba, a na koniec pyszne ciasto. Na dodatek przy naszym stoliku siedzi Słowak który nie lubi krewetek i oddaje mi swoją porcję (-: Powiem tyle warto tu było przyjechać choćby i dla tych przyjemności.

Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać, żeby się z Wami tym nie podzielić. Choćby i tak opisowo tylko.

A z innej beczki to ładnie proszę ( Magalith to do ciebie) nie zazdrościć. Przez te zazdroszczenia się ochłodziło – jedyne 24- 28 C – czyli czas nie tyle na plaże co na spacery po okolicznych klifach. Nie jest to może zimna temperatura, ale wszystko ostatnio spowija jakaś mgła, czy może raczej chmura – i chwilami wygląda to bardziej na Irlandię niż Hiszpanię.

Poza tym z obserwacji to ( chyba Asia i Łukasz pisali już o tym) ogromny szacunek dla hiszpańskich kierowców. Jak zbliżam się do przejścia ( albo nawet do ulicy ale widać że chcę przejść) od razu się zatrzymują. A u nas niestety po głowie by przejechali, a jak widzą pieszego to jeszcze przyśpieszają. Inna sprawa że nie wiem jak im się udaje parkować, a co więcej wyjeżdżać potem, bo między samochodami jest czasem klika centymetrów miejsca. Przejść nie można a co dopiero wyjechać. Uch. To się nazywa wyższa szkoła jazdy.

A co do Natalia to się jakoś zaadaptował. Za przykładem rodzin hiszpańskich bez serca wychodzimy z nim na wieczór na miasto i wracamy dopiero o 22. Jak jest strasznie zdesperowany to z obrażoną miną zasypia w wózku. Ale w dzień dostaje figę ( bez maku) i pozwalam mu biegać po piachu. I jest dobrze.

W piątek późno wieczorem już wracamy. Szkoda że kolejny raz nie uda się na Kotła przyjechać. )-: Ale co się odwlecze to nie uciecze. W takim razie do zobaczenia. Hasta pronto mi amigos.

poniedziałek, 4 września 2006

Dotarłam. Siedzimy w miejscowości Laredo, małym kurorcie w Katambrii z długą i piękną plażą i uroczym starym miastem. Dotarliśmy w miarę bezboleśnie – to znaczy myśleliśmy że będzie gorzej. Natalis był tak wściekle zmęczony że w samym samolocie spał. Na lotnisku bezskutecznie usiłowałam znaleźć ustronne miejsce żeby ją na nakarmić. I nic. Bałwany nie pomyślały o maleńkim kąciku przyjaznym matce i dziecku. W końcu wymyśliłam, że nakarmię ją w kaplicy. Kaplica musi być na lotniku, a nakarmienie własnego dzieciątka – biorąc pod uwagę ilość madonn z gołymi cycami w kościołach – nie powinna nikomu przeszkadzać. Pomysł nawet nie był zły, tylko że znalezienie nam Onego przybytku zajęło nam niemal godzinę. Do mini meczetu ktoś jeszcze wchodził, ale mini kaplica świeciła pustkami ( nie licząc Szefa Z Góry, Natalia i mnie). Jakoś się udało i najedzone ruszyłyśmy w dalszą podróż. W ogóle stwierdziliśmy z Kocurem że szalenie lubimy lotniska. Mają w sobie jakąś emocjonującą atmosferę podróży i wielu ludzi różnych kolorów skóry, w różnych strojach, mówiących różnymi językami. Strasznie lotniska przypominają o tym jaki świat jest różnorodny i fajny. Że nie jest tylko Zabrze i świat który cały czas już znasz. Chyba po powrocie obejrzę sobie Terminal. (-:

Na miejscu okazało się że trzeba było umieć czytać przewodniki między wierszami. Mianowicie: Hotel z cudownym widokiem na CAŁĄ wspaniałą i DŁUGĄ plażę = hotel położony WYSOKO i DALEKO od plaży. Na dodatek droga prowadzi schodami w upale. Jakieś 25 minut. Dziś mi jeszcze jakoś kocur pomagał, ale jutro idzie się edukować i nie wiem jak sobie dam radę. Natalia męczymy strasznie. Chodzi cały dzień. Ma tylko jedną drzemkę, jest pływany ( raczej moczony) w oceanie. Sprawdzała czy mokry piasek da się jeść. Wyszło jej że się da, ale jest niesmaczny. Ale zasadniczo wygląda na szczęśliwego.

Jedyna rzecz która nas dziś zdenerwowała to restauracje. I hiszpański system żywienia się. Rano posililiśmy się bagietkami, lokalnymi serami, owocami i oliwkami i było dobrze. Koło 14 wróciliśmy do pokoju ( co by mała odpoczęła) i w planach mieliśmy obiadokolocaje koło 16-17. Niestety na mieście okazało się że WSZYTSKO jest zamknięte. Otwierają w porze kolacyjnej czyli 20:30. Na głodnego, ze zmęczonym Natalisem jakoś wytrzymaliśmy. Jedyny otwarty sklep był (!) z artykułami z magicznymi zabawkami. W końcu udało nam się doczekać do otwarcia jadłodajni i zjadałam cały talerz pysznych owoców morza. (-: A teraz trzymam kciuki żeby jutro się nie okazało ze się niemi struję. ( jak to onegdaj w Santiago di Compostelo było) (-: Ale będzie dobrze. Jutro na złość jesieni mam zamiar cały dzień byczy się na plaży. Mry