poniedziałek, 30 lipca 2012

Były sobie kurki trzy....

...co do garnka sobie szły. Jedna w zupie kurkowej, druga w kurkach z makaronem, trzecia w kurkowej pizzy. A że z kurkami jest dużo czyszczenia i obierania najlepiej nająć małoletnią darmową siłę roboczą.

niedziela, 22 lipca 2012

Mózg w słoiku i trockistowska super hero. Książkowo lipcowo.


W skrócie o dwóch książkach, które czytało mi się jednym tchem, a które odbijają mi się czkawką. Maleńkie spoilerki. Tycie-tycie.

Dziwna Sprawa Skaczącego Jacka Marka Hoddera przenosi nas do alternatywnej rzeczywistości. XIX wieczny Londyn, wynalazki, steampunk, młodziutka królowa Wiktoria ginie w zamachu, naukowcy i eugenicy prześcigają się w wynalazkach. Czyta się świetnie, wartka akcja, pełnokrwiste charaktery, intryga. Ale. No właśnie, ale. Czyta się świetnie ale gdzieś do 3/4 książki, kiedy to głowni źli wyłuszczają swoje plany, a bohaterom pozostaje tylko ściganie królicza ( przepraszam goryla i białej pantery). Całość jest napisana w czymś co nazywam Stempunk - fantasy, to znaczy w dekoracjach z poprzedniej epoki mamy komiksowe gadające papugi, mózgi w słoikach podłączone jakimiś rurkami do maszyn. Niby ten sam poziom absurdy jest u Gail Carriger w Bezgrzesznej, ale jak dla mnie ma ona nieco więcej uroku. I seksu, a to zawsze się przydaje (-; Końcówka książki, kiedy to goniono się wszelakimi machinami latającymi mocno mnie znudziła. Pomysł na rozwiązanie zagadki Skaczącego Jacka absurdalny. Co nie znaczy, że czytało się źle. Polecam, ale nie wyobrażajcie sobie za dużo.

Millenum Stiega Larssona zaczęłam od filmu dziewczyna z Tatuażem Smoka. Film ogromnie mi się podobał, ale pierwszej części nie czytałam, bo nie ma sensu czytać kryminału wiedząc kto zabił. Zaczęłam więc od Dziewczyny Która Igrała z Ogniem. Powinnam była być nieco bardziej podejrzliwa, skoro książka wyszła nakładem wydawnictwa Czarna Owca, która promuje tfffory w rodzaju Wielka Księga Cipek, czy Wielka Książka o Kupie.

Fajnie się to czytało. Wciąga i nie można się oderwać przez 700 prawie stron. Lizabeth Slander stanowi doskonałą genderowo feministyczną Mary Sue. Genialna hakerka, super mózg, fotograficzna pamięć, świetnie się bije i strzela, biseksualna, skrzywdzona przez mężczyzn. Z własnym poczuciem sprawiedliwości, niezłomna i twarda. Prawie jak Leon Zawodowiec. Prawie. Tylko cycki ma w drugiej części nowe.

Coś mi w tym świecie nie gra. Nie znam mentalności Szwedzkiej, ale chce wierzyć, że jest to dość przerysowany stereotyp. Poczytałam, sobie o autorze, żeby zobaczyć kto taką marysue wyprodukował. 
Rozumiem, że autor, były aktywista Komunistycznej Ligi Robotniczej, redaktor trockistowskiej (!) gazety, musiał tak to sobie wymyślać. Że osoba mojego pokroju byłaby w jego książce przedstawiana jako „bad guys”. Cóż, zdolny facet, który antyfaszyzm łączy z trockizmem. Tak jakby cholerę leczyć dżumą. Odbija się czkawką. Już chyba wolę Łysiaka, który też ładuje w fają fabułę swoje poglądy. Ale robi to jakby z większym urokiem.

Idę czytać oryginalnego Holmesa. Dość mózgów w słoikach i trockistowskich super bohaterek. 


Ps. Czekam na fanfik Lisabeth Slander vs. Nastia Strzelecka z Suworowa. Prawie jak alien kontra predator. 

poniedziałek, 16 lipca 2012

Bunkry, sztolnie, zamki, lasy

Dwie i pół godziny jazdy od śląska. Tylko tyle, o ile nie ma korków, i znajdziemy się w magicznej krainie. I to nawet bez starej szafy, chociaż zaczarowane drzwi też się znalazły.

Przyjechaliśmy do Dwóch Sióstr obok Lądka Zdrój. Sam pensjonat jest zupełnie wydatkowym miejscem, w prześlicznej starej willi otoczonej drzewami. Bardzo mili gospodarze, świetna kuchnia, a nastrój ma w sobie coś z powieści Agathy Christie. Naprawdę niepokoiło mnie co stało się z Trzecią siostrą skoro pensjonat nazywa się Dwie siostry...

Pierwszego dnia jeździliśmy po Górach Sowich. Zwiedliśmy trzy tajne podziemne kompleksy budowane przez Hitlera. Setki korytarzy, zawalonych przejść, podziemne labirynty być może jeszcze nie odkryte. I w tym wszystkim ciężka atmosfera śmierci. Bo cała aurę tajemniczości i zagadki przysłania to, że w gruncie rzeczy to jest wielki cmentarz. Wszystkie korytarze budowane były niewolnicza praca tysięcy więźniów. Wyszłam stamtąd zdruzgotana. Zresztą w jednym z korytarzy miałam dziwne wrażenie, o którym niekoniecznie chcę tu pisać, a które zdarza się rzadko. Mocne i bolesne.

Może dlatego Kaplica Czaszek, którą widzieliśmy drugiego dnia, w sumie już nie robią wrażenia. Bardzo podniosła atmosfera, ale w jakiś sposób czas tych ludzi skończył się dawno temu. Od choroby, rany, wypadku, kuszy i miecza. Przedwcześnie i w starości. W pokoju lub cierpieniu, ale już się skończyło. To co z nich zostało zostanie też ze mnie i jakoś patrzyłam na to obojętnie. W końcu życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. I jestem już zarażona.

Powłóczyliśmy się też wśród Błędnych Skał - labiryncie olbrzymich głazów, których nie da się opisać inaczej jak niewyobrażalne, nienazwane, nienaturalne czy jakich tam przymiotników pan Lovecraft używał. Było Cthulowo.

Za miejscowością Frankenstein była twierdza z kotem i przystojnym przewodnikiem oraz średniowieczne ruiny zamku rycerzy rabusiów z wieżą na którą można się wspiąć, słonecznym zegarem i wielką lipą na dziedzińcu (drzewem takim oczywiści (-; )

Po Jaskini Niedźwiedziej znaleźliśmy też zupełnie niesamowitą wieś Międzygórze, która wygląda jak przeniesiona wehikułem czasu z XIX wiecznej Szwajcarii. Miasteczko powstało na życzenie Księżnej Marianny Orańskiej jednej z najbardziej niesamowitych kobiecych postaci XIX wieku. Królewna niderlandzka, poślubiona jakiemuś Pruskiemu imbecylowi, który ani wierności, ani prawdopodobnie innych zalet nie posiadał zbyt wielu, porzuciła męża i przez długi czas pozostawała w otwartym związku ze swoim masztalerzem. Jeździła konno, zakładała szkoły, huty szkła, kopalnie i kamieniołomy. Odważna i niezależna była dla ziem kłodzkich dobrą panią. W Międzygórzu zbudowała małe miasteczko jeden z najbardziej elitarnych kurortów XIX wieku. Kilkanaście domów, z których każdy wygląda jak pałac z bajki. Po wojnie miejscowość przejęła władza ludowa oddając budynki w ręce funduszu wczasów pracowniczych. Dzisiaj to miejsce szuka swojej tożsamości. Magia starych domów, trochę zrujnowanych i kilka bud z pamiątkami i goframi. Skrzyżowanie miejsca z innego czasu, ze złymi cechami Zakopanego. Warte zobaczenia. Choćby an chwilę.

Ale Sudety i Ziemia Kłodzka to nie tylko pojedyncze atrakcje. To przepiekane zrujnowane domy i folwarki, maleńkie stare miasteczka, trochę senne i leniwe, z odrapanymi kamienicami i czasem który płynie wolniej. Góry bez górali z ich oscypkami i miłością do liczenia dudków. Trochę Śląsk, trochę Czechy. Dziwne magiczne ziemie, gdzie widać echa XIX wiecznej świetności. Kraina jaskiń, kopalń, sztolni, zamków i pałacyków. Miejsca o zakręconej historii, ciągle szukające swojej tożsamości.

Dla mnie Sudety są odkryciem. Jestem oczarowana i pewnie będę wracać, chociaż nie będę mi tak bliskie jak Beskid Niski, który jest trochę drugim domem.

A wracając skończyłam czytać „ W dziwnej sprawie skaczącego Jacka”. W sumie...polecam. Ale.
Ale o tym później.







wtorek, 10 lipca 2012

Z kruszonką

Porzeczkowe z kruszonką. Z przepisu Whiteplate ( bez cynamonu zamiast niego gałka muszkatołowa - tylko odrobinka, płatki grube orkiszowe). Dla stałych czytelników - jeżeli takowi się ostali. Smacznego, wszystkiego porzeczkowego! I dobrej kawy mi do tego brakuje.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Miedzy listami





Z wielką nieufnością podchodzę do wszelakich love story. Scena ogrodowa Fausta, Romeo o Julia i inne bzdety ogólnie rażą mnie egzaltacją i wysokim C które piszczy w uszach. A teraz dostałam po łbie książka o miłości. „Poślij chociaż słowo” Orlando Figes to książka oparta na prawdziwej historii. Swietłana i Lew poznali się na studiach, potem rozdzieliła ich wojna, on trafił do obozu jenieckiego, a potem jako zdrajca ojczyzny na 10 lat Gułagu. W tym czasie wymieniają między sobą kilka tysięcy listów, które zachowały się do dziś. Książka składa się z tych listów i z dość nienachalnego komentarza autora, który pomaga zrozumieć co się wtedy działo.

O Gułagu czytałam dużo i nie przypuszczałam że coś mnie jeszcze zaskoczy. Jeden Dzień Iwana Denisowicza, Gułag Anne Applebaum i wiele innych. Tymczasem ta książka nie jest zbiorem wspomnień a bezpośrednią relacją. Jest opowieścią o potworności gułagu, ale też o bezgranicznej miłości, nadziei, sile i godności. Zaskakuje odwaga i przyjaźń ludzi, którzy stawiali na szali swoje życie. Lew i Swietłana opowiadali sobie o świecie, powtarzali plotki, cytowali wiersze, kłócili się. A potem po latach rozłąki pobrali się i byli ze sobą do śmierci, która rozdzielił ich w 2008. Chyba nie czytałam bardziej poruszającej historii o miłości. I zadziwia jak w tym całym piekle oboje nie tracili wiary w ludzi i w świat.

I przy okazji przypomniały mi się wszystkie listy, które wymienialiśmy między sobą z Kotem dawno temu. Ciągle są w drewnianej skrzyneczce. I nie straciły nic z aktualności.

A z newsów zrobiłam słoiki z truskawkami i wiśniami. W domu pachnie latem.
W środę jadę w Sudety. Do pensjonatu Dwie Siostry, który mam nadzieje okaże się miejscem magicznym.

A okładkę do Śmierciowiska robi jedna z najlepszych współczesnych ilustratorek. Widziałam projekt tytułu i aż mnie ciarki przeszły. Może wam się nie spodoba Książka, ale na półkach się będzie prezentować.


wtorek, 26 czerwca 2012

Zaa morzami, za lasami


No. I jak ja mam pisać kontynuację Śmierciowiska jak na notkę na blogu nie mam czasu. Co?

Wrócillim. Ogarniam. Pomału. Piorę. Wprowadzam się na nowo do własnego domu.

Na pomorzu było rewelacyjnie. Nie spodziewałam się, że można mieć z dziećmi tak aktywny urozmaicony czas. Ciepły i po prostu fajny.

Jedyny problem, że mi Kaszuby syna podmienili. Był nieśmiały spokojny, grzeczny. Piaseczku bał się dotknąć. Urósł, opalił się, biega jak dziki, tarza się w piachu, a słowo nie traktuje jak zamach na własną suwerenność i godność osobistą. Już nie jest tak łatwo.

Ale po kolei. Najpierw przyjechaliśmy do Smołdzina, małej miejscowości około 10 km od morza. Chciałam dobrej bazy wypadowej na wycieczki i spokojnej nie turystycznej miejscowości. Rzeczywiście mieliśmy stamtąd wypady do latarni morskich, Sowińskiego Parku Narodowego, na wydmy( wydmy- Diuna!), do skansenu w Klukach ( spore rozczarowanie - masy wycieczek szkolnych, które potwornie mnie irytowały) . No i latarnie morskie, które okazały się dziwnymi tajemniczymi miejscami w dodatku bardzo inspirującymi. Tak, zdecydowałam się prowadzić sesję. Cthulu. Jak ktoś dostał mroczną pocztówkę, to już wie co się święci.

Problem był, że pani prowadząca agro w Smołdzinie okazała się antypatyczną jędzą, która na każdym kroku wspominała jak ona nie lubi dzieci bo niszczą. Pokój był kiepski i zupełnie niedostosowany dla naszej ekipy. Miał co prawda cudowny ogród pełen ptaków, ale stara stroka właścicielka psuła cały efekt. Więc wynieśliśmy się na chwile do Łeby.

I tu dygresja o Bałtyku. Do naszego morza mam stosunek miłosno - nienawistny. Kochem te sosnowe lasy, zapach soli i dzikich róż. Miedziano szare morze, wiatr i szerokie długie plaże. Bałtyk mógłby być dla mnie jak Beskid Niski gdyby nie koszmarne miejscowości z masą bud z hot dogami i goframi, zabudową „wszystko w innym stylu od czapy”, miejscowymi, którzy na każdym kroku niby zakopiańscy górale chcą wyłudzić kasę i turystami w klapeczkach i skarpetach. W zasadzie przypomniał mi Bałtyk takie wielkie zwierzę, dzikie i prastare, na którym jakieś wstrętne liliputy pobudowały swoje lepianki. Wygląda w nich idiotycznie, co nie zmienia faktu, że jest niesamowity. Jedynymi miejscowościami, które mają jakąś resztę uroku są chyba Ustka, Puck, Sopot i Hel. Zresztą następny Bałtyk tylko we wrześniu - sztormowo na Helu.

Łeba jest dość paskudna, ale co z tego. Mieliśmy tam miłe miejsce, cudny spacer w deszczu, plażowanie w słońcu i kilka wycieczek. A potem pojechaliśmy do Sznurek ( czy może Sznurków? Tak czy inaczej na koniec świata)

Tam przefajnei gospodarze, którzy naprawdę lubią ludzi. Przyjaciele z trójmiasta, z którymi po kilku latach wreszcie była okazja się spotkać i zobaczyć, że na dziecio-wczasach też jest fajnie. Cudownie czyste jezioro Raduńske, konie i lasy. Zresztą Szwajcaria Kaszubska - czyli rejon Kartuz i Chmielna są jednymi z najładniejszych części Polski. I w przeciwieństwie do wybrzeża, które mimo, że ma skanseny, to Kaszubów już nie widać, tu rzeczywiście się jeszcze mówi po Kaszubsku ( No, Jo, że się mówi).

Na koniec jeszcze pojechaliśmy do Władysławowo, bo chcieliśmy zobaczyć Hel, a mnie się tęskniło do Bałtyku. Sama miejscowość, że ręce opadają ( drodzy panowie; w łysej główce, bermudach, brzuszku, klapeczkach i łańcuchu na szyli nie wyglądacie atrakcyjnie, serio), ale znowu trafiliśmy w fajnie miejsce blisko morza. W dodatku u pani, której dziadek spisywał oryginalne kaszubskie legendy i miałam okazję je przejrzeć.

Jak Kot pojechał to odwiedziła nas jeszcze Kasia ( dobrze zobaczyć kto tam na drugim końcu gg siedzi) i po nocnych polaków rozmowach przy zielonej herbacie wróciliśmy z młodymi do Gdyni.

Gdybym miała wybrać miejsce do mieszkania - i nie mogłaby to być wieś w Beskidzie Niskim to pewnie byłaby to Gdynia. To miasto jest dla mnie zawsze jakiś optymistyczne i pozytywne. Przesiedziałyśmy dzień u Ewejki - którą pamiętam z dawnych czasów jako Dziewczę, a teraz stała się Całkiem Dorosłą Ewejką Na Swoim, Która Piecze Wyśmienite Ciasta.

DZIĘKUJĘ. Wszystkim, którzy towarzyszyli mi w wyprawie: Kocurowi, Eilin z ekipą, Kulom, Zuzie, Kasi i Ewejce. Bez was ten wyjazd nie byłby taki sam.


A zaraz z pociągu weszliśmy w domowy sajgon. Ja dostałam umowę wydawniczą. Całkiem korzystną, planowane pojawienie się księgarniach na jesieni. Tylko się dziwili, czemu nie chcę ich ilustratora. Nie chcę, bo on rysować nie potrafi. Na razie nic nie zapeszam, jak będę wiedziała jak się sprawy mają dam znać. Tak czy inaczej, mam tekst, mam wydawcę.

A Nat z biegu, prawie prosto z pociągu wpadała na popis skrzypcowy. Dała radę i ogólnie była bardzo fajna atmosfera - próby z akompaniamentem i całe pompa, ale bez stresu i nerwów. Szkoda, że nie udało mi się nagrać, ale będzie jeszcze okazja. 

A poniżej jeszcze zdjęcie z popisu (-; 

 











poniedziałek, 28 maja 2012

Układy i znajomości


Teraz o dwóch sprawach. Jedna sprawiła, że ręce opadły, druga mnie potężnie zirytowała.

Pierwsza wiadomość, to że Natalka zdała egzamin do szkoły muzycznej. Chciała. Fajnie. Bez łapówek i koneksji. Prawda, że rok już grała w stowarzyszeniu przy Szkole Muzycznej i już ją tam znali, ale sama sobie na to zapracowała. Jeżeli to jej pomogło, to już jest jej praca i jej zasługa. Ja nikogo o nic nie prosiłam.

I przy tej okazji usłyszałam od moich rodziców „ Że ty też zdawałaś, ale się nie dostałaś, bo nie daliśmy ł a p ó w k i'. Pamiętam mój egzamin jakby to było wczoraj. Napieraj mnie tygodniami straszyli, że „Jak zdam to się skończy leniuchowanie i już mi tam dają popalić, nauczą dyscypliny i będę musiała ćwiczyć”. A potem dziecka, które nigdy nie chodziło do przedszkola nikt nie nauczył żadnej piosenki. Jak miałam zaśpiewać? Powiedziałam że nie umiem żadnej. Pani zachęciła, że może przynajmniej „Wlazł kotek na płotek”. To znałam, ale mając w pamięci groźbę, że „tu mnie nuczą moresu” milczałam jak grób. No i się nie dostałam. A teraz jest wersja, że dlatego, że łapówki nie dali. Cokolwiek by mówić o moich rodzicach, to porządni i pracowici ludzie, ale ich zdolności społeczne są równe zeru. Nie nauczyć dziecka prostej piosenki, a potem szukać winnych w korupcyjnym układzie.

No i komentarz teścia na wieść o egzaminach Nataki „ To może znacie, tam wiecie kogo trzeba, kto tam jest nad tą szkołą”. Nie znamy i znać nie chcemy.

Ręce opadają.


Druga historia. Od października wybieram się na podyplomowe studia „Terapia pedagogiczna” W wieku lat trzydziestu...plus lat się przekwalifikowuję. Na psychologa szkolnego lub pedagoga. I znajoma nauczycielka zaczyna biadolenie, że do szkoły gdzie pracuje (w której psycholog jest rodem z epoki neolitu) mam nawet dokumentów nie składać, bo na pewno już jest jakiś znajomy na to miejsce jest. W ogóle mam w szkole nie szukać żadnej bo to tylko znajomości to szkoda czasu szukać. Mogę sobie zapotnieć. A najlepiej siedzieć w domu do starości. Bo pracy bez znajomości nie znajdziesz. Nie warto próbować.

Cudowna polska mentalność. To nie politycy są winni korupcji, ale zwykli ludzie. Tacy, którzy nawet nie próbuję inaczej. Którzy, takie zwyczaje przekazują swoim dzieciom ( dla ich dobra). Czyżby próba samousprawiedliwienia osób, które same przez łapówki coś sobie załatwiły?

A i jeszcze chce wydać powieść. Bez wujka w wydawnictwie. I sądząc po ostatniej wymianie maili to jak wprowadzę sto poprawek to może się udać.

Ogólnie szczam na to. Szczam na znajomości i układy. Na studia dzienne dostałam się bez łapówki, pracę tak samo znalazłam. I mam zamiar się dokształcać i znaleźć ją teraz w szkole. Po prostu robić swoje najlepiej jak się da. I mieć trochę szczęścia. Innego wyjścia nie widzę. 

 A to hit sprzed dobrych kilku lat ze Sierra Leone. Pamiętam, że wtedy tam to wszyscy nucili. Z dedykacją dla tych, którzy uważają że się inaczej nie da.  



( A z zupełnie innej beczki: lista obecności. Odkryłam ostatnio na blogerze że widzę z jakiego kraju kto do wombaciego grajdołka zagląda.  Katar się domyślam kto, ale mogę się mylić. Jeżeli to ta osoba, to pozdrawiam. Czechy i Szwecja to wiem i śle pozdrowienia. Ale Rosja i USA niech się odmeldują jeżeli mają ochotę, bo nie poznaję (-;   )