sobota, 24 marca 2012

Wombat jaki jest każdy widzi

Kilka zupełnie surowych jeszcze nie obrobionych zdjęć w wersji portretowej. Nie mogłam się powstrzymać. Wombat jaki jest każdy widzi.











niedziela, 18 marca 2012

A u wombatów wiosna

Ha! Wiosna już jest. Zupełnie jest. Przyszła i zostanie!

U nas bardzo fajny weekend. Wczoraj Faust Aleksanda Sokurowa. Bardzo dziwny i mocny film. Po pierwsze zrywa z tą ckliwa miłosną papką, którą serwował Gounod, a wraca do wersji Goethego.
Biada! czyż jeszcze wciąż tkwię w tym więzieniu?
W przeklętym stęchłych murów zacieśnieniu.
Gdzie słońca promień. zanim ściany draśnie.
W barwionych szybach łamie się i gaśnie.

Akcja dzieje się na przełomie XVIII?XIX wieku, Faust jest profesorem anatomii, ale też biedakiem. Nie ma ani pieniędzy, ani prestiżu, ani młodości. Cały film jest boleśnie klaustrofobiczny - zaczyna się sceną sekcji zwłok,gdzie patrzymy na stłoczone organy, pośród których nie ma miejsca na duszę. Co rusz to sceny klatek, trumien, wąskich pomieszczeń. Tak jakby w tym wąskim, za ciasnym ciele, wśród fizjolog, smrodu, brudu, żarcia i umierania, gdzieś tam, chyba, stłoczona jest dusza.

Faust jest zmęczony i wypalony. Nie ma nic, oprócz swoich pytań i wątpliwości. I tu pojawia się diabeł, a właściwie lichwiarz. Postać upiorna jak ze snu, ohydna i fascynująca. Kreacja Antona Adasinskiego genialna! A Małgorzata? Ona jest tylko porywem pożądania, chwilowym zrywem Fausta, świeżością, czymś co go na chwilę zaciekawiło i sprawiło, że podpisał pakt. A ona? Chyba na wpół się go brzydzi, na wpół pójdzie z każdym z samotności.

Wszystko tu jest na granicy snu i jawy, życia i śmierci, szaleństwa i brutalnej naturalistycznej fizjologii. Trochę zamglone, żółtawe i wykrzywione w krzywym zwierciadle. I bardzo niepokojące zakończenie ( nie zdradzę ) o którym mamy z Kotem zupełnie inne zdania. Polecam. Osobiście dałam 8/10



Swoją drogą Kocur po seansie westchnął, że zwyczajne żony zabierają na komedie romantyczne, na Kac Wawa, Lejdis, albo inne takie. A ja to. I nie jest pewien, czy ma lepiej czy gorzej.

Potem odkryliśmy w Gliwicach świetną restaurację. Pieprz i Wanilia. Dawno nie byłam pod takim wrażeniem. Dość często jadamy na mieście i rzadko się zdarza, żebym żałowała, że nie potrafię zmieścić wielu porcji z czystej przyjemności jedzenia. Kucharz to mistrz. Dodatkowo pierwsza restauracja zrobiona tak, że wyjście z małym dzieckiem jest miłe i przyjemne, zarówno dla rodziców, jak i dla pozostałych klientów. Restauracja przyjazna dzieciom to nie jest tylko jakiś zdezelowany fotelik w roku.


No i się pochwalę. Z racji moich urodzin, które będą niebawem, dostałam prezent - dwa bilety na Nigela Kennediego. Tak, Nigel gra Bacha i nie tylko. W dodatku 350 metrów pod ziemią w zabytkowej kopalni. Mój mąż jest zajebisty. Ha! On jeszcze nie wie, że tam oprócz Bacha będzie trochę jazzu, ale się dowie. A że będzie pod ziemią to tak łatwo nie ucieknie. (-; Ucha-cha jak się cieszę!



A za tydzień idę z młodymi ( tak, z oboma) do Filharmonii na poranki muzyczne. zapraszają od 3 miesiąca więc Mikołaj to już prawie weteran będzie. I w tym wieku jeszcze wypada spać jak mu się nie spodoba.

I tylko jedna rzecz, która ostatnio mnie zadziwiła i wprowadził w niemiłe zakłopotanie. Jakoś się tak szczęśliwie udało, że po długim czasie układy z moimi rodzicami zmierzają do jakiejś poprawności. ( To najbardziej optymistyczne słowo jakie przychodzi mi do głowy). I Natalka znowu odwiedza dziadków i na kilka godzin tam zostaje - co zresztą sprawia jej wielką przyjemność. Ale ostatnio się dowiedziałam, że moja córka, która ma lat prawie siedem, chodzi do szkoły, robi mi zakupy, czyta, gra na skrzypcach, pływa i ogrywa mnie w planszowi typu Dominion, otóż ona, jest zachęcana do ...siadania na nocnik. Tak. I jest karmiona, Chlebkiem pokrojonym na malutkie kawałeczki. O rowerku z kółkami i z kijem do trzymania nie wspomnę. Najpierw przeżyłam szok, potem opad szczęki. I nie wiem jak im teraz powiedzieć, że Natalia nie ma już trzech lat, bez robienia kolejnej wojny, której nie chcę. Może Natalia sama w końcu to powie, bo chociaż wygodnie być trzylatkiem który jest karmiony patrząc na mini mini, to ją to też chyba zaczyna denerwować.



A poza tym czytam: Cmentarz w Pradze - Umberto Eco. ( Recenzja wkrótce, na razie świetne)
Słucham Ibrahima Maaloufa, który jest moim wiosennym odkryciem ostatniego czasu. Pan gra i wygląda tak, że można stracić głowę.




A no i planujemy wakacje. I co byśmy nie kombinowali, to Beskid Niski będzie. Ale może Kaszuby też. Trzymamy kciuki (-;

wtorek, 13 marca 2012

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze...

...a właściwie w orginale to nie była Hydra a wielki wąż, ale ciiiii.....





A poza tym IDĘ. Kroczę. Nadchodzę. Stawiam kroki. Świecie, strzeż się.


(słaba jakość zdjęć, bo nie mam programu "obiekty w bardzo bardzo szybkim ruchu w twoim kierunku")

Precz z Calineczką!

Przyjaciółki feministki proszę o zaparzenie sobie melisy.

Dobra. Macie? No to, głęboki wdech i możecie czytać. Tylko mi się nie denerwować. I tak was lubię.

Kolejny przykład generowego myślenia, które sprawia, że ciarki mi chodzą po plecach a bezmiar głupoty przeraża. Na Wysokich Obcasach znalazłam taki artykuł. ( Dobra, wiem, to że tam zajrzałam to jakby Palikot Frondę czytał...)

Artykuł jest o czymś co mnie niezmiernie fascynuje, czyli o roli baśni i mitów. I uwielbiam na przykład Biegnącą z Wilkami czy Bajki Rozebrane - które to pozycje są jakby nie patrzeć z gruntu feministycznego. Ale to co plotła Joanna Mizielińska przekraczało wszelkie granice durnoty. Cenzurujemy dzieciom bajki. Czytajmy selektywnie. I zostanie nam tylko pingwin Togo i jego partner. Może nasze pociechy będą głupie, ale za to odpowiednio nastawione do tematyki płci.

Pani wyraża zaniepokojenie Calineczką. Bo ona taka głupia, bierna, chcą ją wydać za mąż za byle kogo a w końcu jak znajduje księcia to bezwolnie wpada w jego ramiona. Panie zapomniały, że jest to baśń o dojrzewaniu - od małej istotki mamusi, która wymyka się niepożądanym kandydatom do pięknej wróżki. I Calineczka ma taki ważny w baśni okres po tym jak ucieka chrabąszczom a zanim trafiła do myszy jak mieszka sama i uczy się o siebie troszczyć. Dojrzewa. Potem kiedy jest u myszy jest już inna - to ona chociaż maleńka potrafi pomóc jaskółce.

Co sadzą panie o Małej Syrence i Kopciuszku to już nawet komentować nie będę bo ręce opadają. O niezależnych i silnych siostrach kopciuszka co się nie mieściły w stereotyp księcia. Polecam paniom jeszcze raz lekturę klasyki feministycznej bo już odeszły nawet od niej daleko. I mało rozumiecie z baśniowego przekazu o sile kobiecości.

Tak, wychowuję inaczej syna i córkę. Tak, mam wobec nich nieco inne oczekiwania. Chociaż chciałabym żeby oboje wyrośli na mądrych, odważnych i dobrych ludzi. Normalnie zasłużyłam na donos do opieki społecznej.

PS. Kiedyś miałyśmy w domu taka nowoczesną postępową bajkę o tolerancji. Wilczek się nazywała. Córka stwierdziła, że bajka nudna, a wilczek jest tchórz i z niego żaden wilk nie jest.

niedziela, 11 marca 2012

Maleńki lansik

Siem polansujem. A co.

Odkryłam ostatnio czerpanie przyjemności z wiertarki, a dokładnie wiertarki z podłączoną tarczą szlifierską.Co prawda zrobiłam to With A Little Help From My Friends jak to śpiewał Joe Cocker - czyli po instruktarzu jak nie doszlifować sobie palców, ale teraz idzie mi całkiem nieźle.

Krzesła są u nas od 10 lat. Koty też. I koty sądzą że z jakiś powodów to my siadamy na ich drapakach. Najpierw trzeba było to z grubsza oszlifować, potem zakleić szpachlą do drewna (opakowanie na krzesło!) potem znowu oszlifować potem pomalować. I jeszcze posklejać żeby się nie rozpadały. Zapach świeżego drewna w powietrzu bezcenny.

A wygadało to tak:



A teraz jest tak:





A poza tym Esencja opublikowała moje opowiadanie. Jest TU. Zapraszam do czytania i komentowania. Drugie być może też wezmą, jak wprowadzę kilka poprawek.

wtorek, 28 lutego 2012

Pol Pot i jabłka

Polityczno - kulinarnie. Osobom drażliwym polecam czytanie drugiej części.

Uf. Skończyłam Uśmiech Pol Pota. Książkę czytało się ciężkawo. Może przez urywaną narrację, wszystko sprawiało wrażenie bardziej notatek do książki niż książki. Może dlatego, że próbowała objąć jakieś filozoficzno etyczne pojęcia, a nie skupiła się na ludziach.

Uśmiech Pol Pota nie jest wbrew pozorom książka ani o Kambodży, ani o Pol Pocie. Jest książką o wyprawie kilku Szwedów ( z za przeproszeniem, towarzystwa przyjaźni Szwedzko - Kampuczańskiej, czy jakoś w ten deseń), którzy zwiedzają sobie ten kraj - obóz śmierci i niczego nie wiedzą. Jak to możliwe? Nie chcieli wiedzieć, a może nie chcieli mówić. A moim zdaniem głupi byli bo im ideologia mózgi wyprała.

Swoją droga ciekawe. Pol Pot nie był żadnym tam kacykiem z dżungli. Studiował w Paryżu, przesiąknął naszym oświeconą tolerancyjnym duchem humanizmu, a potem był współodpowiedzialny za mordy, tortury i głód. W Paryżu tego potworka wyhodowali.

I jakoś tak mam głęboką wewnętrzną nieufność do wszelkich idealistów, którzy, niezależnie czy są na prawo czy na lewo, chcą stworzyć Nowy Lepszy Świat. Bo zawsze kończyło się to wycinaniem tych którzy tego świata nie chcieli, albo byli Podejrzani, że mogą nie wystarczająco chcieć. To już bardziej mnie przekonuje „wolność, własność, moralność” pewnej pani co bez parytetów coś do powiedzenia miała.

A autor książki się dziwi. Ja nie, bo wiem, że głupota ludzka jest bezgraniczna. I chyba sam nie do końca wszystko rozumie pisząc „ Także sowieckie obozy w Gułagu nie były w pierwszym rzędzie fabrykami śmierci. Tam praca, czyli produkcja, była rzeczą główną, w wysoka śmiertelność raczej czymś w rodzaju efektu ubocznego.”
Eghm.
Zaleca się autorowi ograniczenie kalorii i zdrowy ruch na świeżym mroźnym powietrzu Kołymy. Oraz dokształcenie się. Ja bym powiedziała, że produkcja była dodatkowym bonusem eksterminacji. I tyle w temacie dialogu z książką.


No a tak poza tym to mam ostatnio dość polityki. Obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Za dużo jest fajnych ludzi, książek, miejsc. I nawet zaprzestałam kupowania Uważam Rze. Nudzi mnie. Nie ma ochoty być po którejkolwiek stron muru. Wole sobie na tymże murze siedzieć - bliżej słońca i można równo olewać obie strony.

W wielu kwestiach swoje zdanie mam i będę miała. I zawsze jestem gotowa na dialog - i potem jak po rozmowach z Agą wychodzę z przekonaniem, ze tak, ja też jestem feministką. I trwam w tym radosnym stwierdzeniu dopóty nie stykam się przypadkowo z myślą pań w rodzaju Środa, Nowicka i koleżanki. Lewactwo istotnie jest określeniem pogardliwym. Dlatego nie będę go używała do osób które znam. Natomiast do osób z życia publicznego już owszem, choćby dlatego, że doskonale wyraża mój pogardliwy stosunek do tychże osób. I ten sam pogardliwy stosunek mam do Rydzyków i Natanków.

I na taki dialog jak przy poniedziałkowej szarlotce (fajnie było!) czekam zawsze. Ale jak mam rozmawiać za pomocą wpisów na blogu, FB, aluzji każących się domyślać, czy to jestem betonem czy nie ja, to jak jak mówi mój pan mąż, robię to co mój kot w kuwecie na taki dialog.

***

Uf. Już wystarczy. Teraz kulinaria. Bez zdjęć bo moje fotki wychodzą żenująco w porównaniu ze zdjęciami Moniki. Ale za to, pochwalę się pierwszym przepisem który zmontowałam samodzielnie. Otóż:

Kiedyś nie wychodziły mi szarlotki. Jakoś tak wychodziły błe. Potem odkryłam szarlotkę migdałową z przepisów Neli Rubinstein. Jest pyszna, ale dość pracochłonna. A ja potrzebowałam przepisu zagnieć-i-upiecz-goście-kurcze-już-jadą. I metodą prób i błędów oraz połączenia kilku przepisów odkryłam coś takiego. Robiłam kilka razy i wychodzi pysznie. Przy talerzyku tegoż ciasta wierzę nawet w mój feminizm. Serio.

A co do niego potrzeba
Mąka żytnia lub orkiszowa - robiłam na takiej lub takiej - 250 g ( fascynacja mąkami orkiszowymi też z pobliskiego bloga)
135 g masła
trochę więcej niż pół szklanki cukru ( można więcej jak ktoś lubi słodko)
garść migdałów mielonych
łyżeczka proszku do pieczenia
2 żółtka ( raz robiłam na 1 i też wyszło )
Łycha albo dwie śmietany gęstej
( ogólnie albo 1 żółtko i dużą łychę śmietany, albo mniejszą łyżeczkę i 1 żółtko - jak tak myślę jak wyszło to polecam drogą wersję 1 żółtkową)


Zagniatamy - połowa idzie na tortownicę wyłożoną panierem połowa do lodówki. Tortownicę z ciastem zapiekamy 10 minutek ( kiedyś tego nie robiłam, jabłka wpadały w ciasto i była bryndza i zakalec - sekret tkwi w podpiekaniu, serio)

Na podpieczony spód dajemy jabłka. Ja daje szarą renetę pokrojoną i podsmażoną z cukrem i imbirem. Pewnie można dać cynamon, ale że Kocur cynamonu nie znosi to daję imbir i gałę muszkatołową.

A na jabłka kruszymy bądź trzemy resztę ciasta. I tak to pieczemy. Podajemy jak trochę ochłodnie bo wcześniej się sypie. Smacznego!

sobota, 25 lutego 2012

Mitologicznie

Czytamy z Nat mity greckie w świetnej wersji Inkowa Dimitra wydawnictwa Media rodzina. I rysujemy. Mit o Kronosie co zeżarł własne dziecię a potem je wyrzygał, córka skomentowała „ No tak, to przez to, że nie pogryzał jedzenia, to bardzo niezdrowo”.



A poza tym Esencja zaakceptowała Zjedz Mnie. A Naxos zaakceptują jak je przeredaguję. Wracam do pisania. A przez Pol Pota brnę jak przez kambodżańską dżunglę. Powoli i z trudem. No i czekamy na wiosnę. Też cierpliwie.