Polityczno - kulinarnie. Osobom drażliwym polecam czytanie drugiej części.
Uf. Skończyłam Uśmiech Pol Pota. Książkę czytało się ciężkawo. Może przez urywaną narrację, wszystko sprawiało wrażenie bardziej notatek do książki niż książki. Może dlatego, że próbowała objąć jakieś filozoficzno etyczne pojęcia, a nie skupiła się na ludziach.
Uśmiech Pol Pota nie jest wbrew pozorom książka ani o Kambodży, ani o Pol Pocie. Jest książką o wyprawie kilku Szwedów ( z za przeproszeniem, towarzystwa przyjaźni Szwedzko - Kampuczańskiej, czy jakoś w ten deseń), którzy zwiedzają sobie ten kraj - obóz śmierci i niczego nie wiedzą. Jak to możliwe? Nie chcieli wiedzieć, a może nie chcieli mówić. A moim zdaniem głupi byli bo im ideologia mózgi wyprała.
Swoją droga ciekawe. Pol Pot nie był żadnym tam kacykiem z dżungli. Studiował w Paryżu, przesiąknął naszym oświeconą tolerancyjnym duchem humanizmu, a potem był współodpowiedzialny za mordy, tortury i głód. W Paryżu tego potworka wyhodowali.
I jakoś tak mam głęboką wewnętrzną nieufność do wszelkich idealistów, którzy, niezależnie czy są na prawo czy na lewo, chcą stworzyć Nowy Lepszy Świat. Bo zawsze kończyło się to wycinaniem tych którzy tego świata nie chcieli, albo byli Podejrzani, że mogą nie wystarczająco chcieć. To już bardziej mnie przekonuje „wolność, własność, moralność” pewnej pani co bez parytetów coś do powiedzenia miała.
A autor książki się dziwi. Ja nie, bo wiem, że głupota ludzka jest bezgraniczna. I chyba sam nie do końca wszystko rozumie pisząc „ Także sowieckie obozy w Gułagu nie były w pierwszym rzędzie fabrykami śmierci. Tam praca, czyli produkcja, była rzeczą główną, w wysoka śmiertelność raczej czymś w rodzaju efektu ubocznego.”
Eghm.
Zaleca się autorowi ograniczenie kalorii i zdrowy ruch na świeżym mroźnym powietrzu Kołymy. Oraz dokształcenie się. Ja bym powiedziała, że produkcja była dodatkowym bonusem eksterminacji. I tyle w temacie dialogu z książką.
No a tak poza tym to mam ostatnio dość polityki. Obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Za dużo jest fajnych ludzi, książek, miejsc. I nawet zaprzestałam kupowania Uważam Rze. Nudzi mnie. Nie ma ochoty być po którejkolwiek stron muru. Wole sobie na tymże murze siedzieć - bliżej słońca i można równo olewać obie strony.
W wielu kwestiach swoje zdanie mam i będę miała. I zawsze jestem gotowa na dialog - i potem jak po rozmowach z Agą wychodzę z przekonaniem, ze tak, ja też jestem feministką. I trwam w tym radosnym stwierdzeniu dopóty nie stykam się przypadkowo z myślą pań w rodzaju Środa, Nowicka i koleżanki. Lewactwo istotnie jest określeniem pogardliwym. Dlatego nie będę go używała do osób które znam. Natomiast do osób z życia publicznego już owszem, choćby dlatego, że doskonale wyraża mój pogardliwy stosunek do tychże osób. I ten sam pogardliwy stosunek mam do Rydzyków i Natanków.
I na taki dialog jak przy poniedziałkowej szarlotce (fajnie było!) czekam zawsze. Ale jak mam rozmawiać za pomocą wpisów na blogu, FB, aluzji każących się domyślać, czy to jestem betonem czy nie ja, to jak jak mówi mój pan mąż, robię to co mój kot w kuwecie na taki dialog.
***
Uf. Już wystarczy. Teraz kulinaria. Bez zdjęć bo moje fotki wychodzą żenująco w porównaniu ze zdjęciami Moniki. Ale za to, pochwalę się pierwszym przepisem który zmontowałam samodzielnie. Otóż:
Kiedyś nie wychodziły mi szarlotki. Jakoś tak wychodziły błe. Potem odkryłam szarlotkę migdałową z przepisów Neli Rubinstein. Jest pyszna, ale dość pracochłonna. A ja potrzebowałam przepisu zagnieć-i-upiecz-goście-kurcze-już-jadą. I metodą prób i błędów oraz połączenia kilku przepisów odkryłam coś takiego. Robiłam kilka razy i wychodzi pysznie. Przy talerzyku tegoż ciasta wierzę nawet w mój feminizm. Serio.
A co do niego potrzeba
Mąka żytnia lub orkiszowa - robiłam na takiej lub takiej - 250 g ( fascynacja mąkami orkiszowymi też z pobliskiego bloga)
135 g masła
trochę więcej niż pół szklanki cukru ( można więcej jak ktoś lubi słodko)
garść migdałów mielonych
łyżeczka proszku do pieczenia
2 żółtka ( raz robiłam na 1 i też wyszło )
Łycha albo dwie śmietany gęstej
( ogólnie albo 1 żółtko i dużą łychę śmietany, albo mniejszą łyżeczkę i 1 żółtko - jak tak myślę jak wyszło to polecam drogą wersję 1 żółtkową)
Zagniatamy - połowa idzie na tortownicę wyłożoną panierem połowa do lodówki. Tortownicę z ciastem zapiekamy 10 minutek ( kiedyś tego nie robiłam, jabłka wpadały w ciasto i była bryndza i zakalec - sekret tkwi w podpiekaniu, serio)
Na podpieczony spód dajemy jabłka. Ja daje szarą renetę pokrojoną i podsmażoną z cukrem i imbirem. Pewnie można dać cynamon, ale że Kocur cynamonu nie znosi to daję imbir i gałę muszkatołową.
A na jabłka kruszymy bądź trzemy resztę ciasta. I tak to pieczemy. Podajemy jak trochę ochłodnie bo wcześniej się sypie. Smacznego!
4 komentarze:
Podoba mi się mąka - że żytnia albo orkiszowa:) I że gałka z imbirem zamiast odwiecznego cynamonu do jabłek to też fajnie:) Nie jestem specem od szarlotek, ale ten przepis w wolnym czasie wypróbuję i obfotografię, jeśl pozwolisz:)
mam własnoręcznie tarte jabłka w słoikach zakneblowane. Mogą byc tarte, nie krojone? Jeśli tak to super , bo mam tez mąke orkiszową i wsjo pozostałe. Zrobiłabym:)
Oczywiście, że mus jabłkowy będzie dokonały. To jest żywy przepis - każdy coś trochę zmienia. Napisz jak wyszło.
zrobiłam;) baza był twój przepis tylko w trakcie okazało sie nie mam płatków migdałowych, a że miałam prażone, mielone siemię lniane...;)
Całkiem całkiem...no i podpiekłam spód - faktycznie zero gluta na dnie.
Prześlij komentarz