
Zimno, nieprzyjemnie, więc siedzę pod kocem i czytam.
Czy wyobrażanie sobie pomieszanie klimatu współczesnej Moskwy i mitologi Majów? Ja niekoniecznie. Dodatkowo opis na tyle okładki zapowiada rosyjskiego Kinga i Kod Leonarda. Bardzo niedobrze. Gdyby nie nazwisko Dymitra Glukhovskiego to bym odłożyła bardzo szybko.
Jak się okazało porównania nietrafione bo książka rewelacyjna. Tak jak w Metrze właściwie przez 400 stron nic się nie dzieje. Jeden bohater, tłumacz, ktoś zleca mu tłumaczenie z języka hiszpańskiego, a potem dzieją się rzeczy na pograniczy snu, horroru i jakiejś dziwnej intrygi. Wyczystko jest hipnotyczne, oniryczne i duszne, a od książki nie można się oderwać. Pod koniec byłam pewna obaw, że kiedy nastąpi finał, potwór wyjdzie, to okaże się, że albo nie ma w nim nic nadprzyrodzonego...albo wszystko sprowadza się do idiotycznych zombie. Nic podobnego. Zakończenie jest...zaskakujące. Ociera się o sen z solidną podbudowa filozoficzną na temat tego czym jest życie i stwórca.
I czytając czas Zmierzchu zrozumiałam czemu tak strasznie lubiłam grac w Cthulu. Tutaj nie ma żadnych wprost nawiązań do mitologi Lovecrafta, ale jest wszystko co w jego książkach najbardziej lubię. Coś absolutnie niepojętego i przerażającego. Coś zakurzonego, żółtego i dusznego. Nie muszą pojawić się wcale Lovecraftowskie macki, żeby uzyskać ten sam klimat. Niesamowite.
Ale cokolwiek by mówić o dusznym klimacie Glukhovskiego to jest książka lekka. Dobrze się ją czyta, a koniec końców, mimo dusznej atmosfery wiadomo, że wszystko wydarzyło się tylko na kartkach książki. Zupełnie inaczej jest w przypadku Sezonu Maczet Jeana Hatzfelda. Też czyta się jednym tchem, ale wiemy że wszystko wydarzyło się naprawdę. Kiedy czytałam Heban Kapuścińskiego miałam wrażenie, że czytam doskonale napisaną opowiesz o Afryce. Plastyczną, wciągająca, ale z perspektywy reportera. Jean Hatzfeld zabiera nas w podróż w głowy ofiar i katów.

Samego komentarza jest stosunkowo niewiele, wszystkie trzy książki stanową niesamowite wywiady ze zwyczajnymi ludźmi, którzy z urodzenia i przypadku stali się krwawymi oprawcami lub zwierzyną łowną.
Trzecia część trylogii o ludobójstwie w Rwandzie, tym razem z perspektywy katów. Nie potrafię rozdzielić poszczególnych Sezonu Maczet od Nagości Życia i Strategii Antylop. To jest ta sama historia, dopełnienie. Zbrodnia widziana oczami oprawców, którzy koniec końców ciągle nic nie rozumieją. W Rwandzie konieczne jest pojednanie, żeby kraj mógł funkcjonować, bo niemal wszyscy jego obywatele, albo przeżyli koszmar ludobójstwa i stracili rodziny, albo mają krew na rękach. Dlatego mówi się o tym co było, powstają programy pojednania, ogłaszają amnestię. Ale to przebaczenie nie jest możliwe, bo mordercy nie są w stanie pojąć tego co się stało. Uważają, że teraz powinno się zachowywać jakby się nic nie stało, ale przecież to musiało tak być, taka była robota do wykonania, wszyscy ścinaliśmy, piliśmy i rabowaliśmy. I gdzieś w tle jakby niedopowiedziane, że to w sumie były dobre czasy.
Zawsze kiedy czytam o zbrodniach sąsiedzkich, o podpalonych stodołach, rzezi na Wołyniu i w Rwandzie, wszędzie powtarza się podobny schemat. Zbrodnia, która jest niewyobrażalna i śmierć, która następujące w jakiejś bliskości, nawet intymności, kata i ofiary - narzędziem, które od zawsze jest blisko ( maczetą, motyką, siekierą) i dokonuje się dosłownie własnoręcznie. Wybuch agresji jest niewyobrażalny i niewytłumaczalny, a po nim następuje cisza i milczenie. Bo przecież nie ma o czym mówić, wszyscy szli, a teraz trzeba jakoś żyć. Jakby sami złoczyńcy nie mogli i nie chcieli tego zrozumieć.
A swoją drogą trylogię Hatzfelda uważam za lekturę obowiązkową. Nie żeby zrozumieć, bo tego się nie da pojąc. Żeby być świadkiem i pamiętać, że jest to możliwe.
( Tu miało być zdjęcie prześlicznej mandarynki z listkiem, którą dostałam od Kocura, ale ją zeżarłam zanim zdobiłam zdjęcie. Podobnie jak szarlotkę. Fotografia smakołyków jest trudna - trzeba wytrzymać i zrobić zdjęcie zanim potrawy znikną)
1 komentarze:
Mi chyba mózg zamarzł, bo nawet czytać nie mogę, a o traumach to już z założenia. Co do smakołyków - prawda - trzeba dużo siły woli, żeby najpierw pyknąć fotkę, a potem zjeść (a nie odwrotnie, jak instynkt nakazuje:). Dobrego dzisiaj, bo że będzie cieplejsze - nie wierzę!
Prześlij komentarz