czwartek, 16 lutego 2012

Między kartkami

Z racji pogodowych świat nie nadaje się do wielu rzeczy, więc ostano ciągle czytam. Wolałabym pisać, ale to wymaga większej aktywności ducha, na którą nie potrafię się zdobyć. Siedzę skulona i czytam. Z kubkiem zielonej herbaty.

Syn Hamasu. Ni to autobiografia, ni to zlepek wspomnień. Miałam dość spore oczekiwania do książki, bo ktoś kto jest synem założyciela Hamasu, a potem zostaje Izraelskim szpiegiem, a na końcu nawraca się na Chrześcijaństwo ma chyba jakąś historię do opowiedzenia. Niestety cała książka napisana dość topornie. Nikt nie oczekuje od autobiografii obiektywizmu, ale to jak bardzo tendencyjna i idealizująca niektóre kwestie ( na przykład swojego ojca, a potem siebie) to już nie tyle wołało o pomstę do nieba, co wprawiło czytelnika w odruch wymiotny.

Brnęłam przez książkę jak mrówka przez pustynię. Powoli i z trudem. W sumie się cieszę, bo kilka celnych spostrzeżeń na naturę islamu i sytuację na Bliskim Wschodzie było.
„Życie muzułmanina można porównać do drabiny. Najniższy jej szczebel to modlitwa i oddawanie chwały Allahowi, kolejne to udzielanie pomocy biednym i potrzebującym, zakładanie szkół i wspieranie działalności charytatywnej. Najwyższym szczeblem jest dżihad. Drabina jest wysoka. Niewielu podnosi głowę, by zobaczyć, co jest na górze. Postęp jest zwykle stopniowy, prawie niezauważalny”

Tak czy inaczej całość nie jest dla mnie wiarygodna. Ogromna wiedza na temat tamtego społeczeństwa tonęła pod gloryfikacją siebie jako człowieka idealnego i prawego, syna świętego wojownika o pokój i sprawiedliwość. Błe.

***

Potem w bibliotece znalazłam Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej autorstwa Barbary Demick. Rzecz wstrząsająca. Zwyczajne losy ludzi w świecie roku 1984 Orwella. Może o tyle było to wszystko dla czytelnika znośne, bo zostały w niej opisane losy ludzi, którym udało się uciec. I w całym tym koszmarze książka jest niesamowicie prawdziwa, szczera i bliska konkretnym poplątanym ludzkim życiorysem. Polecam.



***

Pozycja trzecia to Lalki w Ogniu Pauliny Wilk. Książkę przeglądałam kilka razy i jakoś jej nie kupiłam. Nie lubię Indii. Bollywoodzkie szlagiery oglądałam kilka razy jako ciekawostkę kulturową, która w swojej dziwnej bajkowo-karykaturalnej formie dużo mówi o tęsknotach mieszkających tam ludzi. Tak czy inaczej kuchni indyjskiej nie lubię i tamta kultura zupełnie mnie nie fascynuje.

Ale w końcu po książkę sięgnęłam. Niesamowita. Po pierwsze to jeden z najlepiej napisanych językowo reportaży. To była przyjemność obcowania ze słowami. Między kartkami niemal czuć te zapachy, widać te barwne kolory. Po drugie jeden z niewielu tekstów, który nie tylko pokazuje, ale starają się wejść głębiej, zrozumieć. Dalej uważam, że Indie mają w sobie coś odpychającego, ale Lalki w Ogniu były jedną z najlepszych książanek jakie ostatnio czytałam.





***

A teraz zaczynam Uśmiech Pol Pota. Kilka stron i już czytam z ołówkiem, żeby podkreślać absurdy, które już gdzieś między kartkami wyczuwam. Z notki na ostatniej stronie ( kupowałam na allegro nie widziałam wczesnej ...)

„ Uśmiech Pol Pota to subtelna i mimo swej tematyki niezwykle piękna książka, stawiająca niezwykle ważne pytanie; jak chronić się przed politycznymi marzycielami i fanatykami, tak by nie zniszczyć jednoczesne możliwości stworzenia lepszego świata.”

I już mnie szlag trafia. Aż się boję zaglądać do środka. Primo Pol Pot nie był marzycielem, ale skurwysynem i mordercą. Secundo jak ktoś mi mówi że chce stworzyć „nowy leszowy świat” to mam odruch dzwonienia po psychiatrę. Świat jest jaki jest. I trzeba w nim żyć dobrze, uczciwie. A wszelkie próby stworzenia „nowego lepszego świata” kończyły się polami śmierci. Miałam szczęście mieć w liceum genialnego historyka, który nauczył mnie czytać ze zrozumieniem i myśleć, więc to rozumiem. I mam nadzieję, że Europejscy socjaliści racza to zrozumieć zanim wyhodują sobie kolejnego potworka. Recenzja wkrótce.

Na razie czytam, a w kuchni kisi się prawdziwy wigilijny barszcz. Czerwony, za przeproszeniem. W lutym, bo mamy na niego ochotę.

1 komentarze:

Ameba pisze...

A ja nie mogę doczekać się momentu, gdy zasiądę z nosem w Lalkach w Ogniu. Słuchałam jej w Trójce i mam straszną potrzebę połknięci tej książki we własnym tempie. Na razie brnę przez śniegi Archipelagu GUŁAG i obiecałam, że nie sięgnę po nic innego, dopóki tego giganta nie skończę.

Prześlij komentarz