Ojojoj. Czego to się człowiek nie dowie przeglądając sieć.
„Wcześniej – w marcu – feministki z Porozumienia Kobiet 8 Marca zorganizowały w Zachęcie warsztaty genderowe dla dzieci w wieku od czterech do sześciu lat pod hasłem „Zaprzyjaźniłam/em się z Ono”. Maluchy dowiedziały się na nich, że skoro ich ukochany pluszak jest bezpłciowy, to płeć nie ma znaczenia.”
To może by feministki posłuchały maluchów i dowiedziały się, że ukochany pluszak płeć ma. Ja starłam się nie szufladkować Natalii w żadnej z ról. Nie popierałam różu ani lalek. Ale od kiedy Nat skończyła lat 3 i odkryła, fakt, że jest dziewczynką, to fakt ten stanowi jedną z podstaw jej tożsamości.
Każdy pluszak, nawet wyobrażone zwierzęta, mają płeć. Każda istota w świecie dziecka jest przypisana do świata chłopców lub dziewczynek. To wynika naturalnie z dziecka. Cały ten róż, suknie „aż do nóg” i brokaty służą jeszcze mocniejszemu podkreśleniu dumy z tej tożsamości. Jestem dziewczynką! W świecie dziecka nic nie jest bezpłciowe, a płeć ma znaczenie. Kolor skóry, język, ani wyznanie - nie. Ale na tym obrazku z Afryki jest DZIEWCZYNKA. Nie ważne że czarna - naturalny podział jest na linii płci.
A potem musiałam walczyć z Nat, że mogę nakarmić jej brata różową łyżką ( bo akurat była pod ręką, a jak tłumaczyła córka to jest chłopak i różową łyżką jeść nie może).
Czytając o takich warsztatach, podobnie jak o publikacjach Czarnej Owcy, mam wrażenie, że komuś rozum odjęło. Jak kto ktoś słusznie powiedział, że gender staje się nową pseudo nauką jak przed wojną eugenika. Oby z nie tak opłakanymi efektami. Chociaż czytając o rodzicach co wychowują dziecko nie informując świata o jego płci to nie jestem tego taka pewna.
17 komentarze:
Cześć!
No i właśnie dlatego Arthur dostaje wysypki na myśl o posłaniu Marysi do przedszkola/szkoły. Że pewnego dnia przyjdą panie od genderu i zaczną prać małe mózgi, że fajnie jest mieć dwóch tatusiów, a w ogóle to nie ma żadnego tatusia ani mamusi, tylko rodzic A i B, a imiona Marysia i Janek powinno się zastąpić neutralnymi Tango i Pogo.
Ja tej wysypki jeszcze nie mam. Ale czasem jakby chciałoby się podrapać...
Mnie gender kojarzy się nieco inaczej, acz również pseudonaukowo. A to dlatego, że w III RP są gender studies, a w mojej ojczyźnie były Wieczorowe Uniwersytety Marksizmu-Leninizmu.
Lab, ale weź pod uwagę jeszcze jedno. Ty swoje przekonanie o tym, że dzieci zwracają uwagę na płeć, że jest ona ważna i u ludzi i u pluszaków, czerpiesz z kontaktu z własnymi dziećmi, prawda? A dla pań genderek dzieci są zazwyczaj najgorszym, co może się przytrafić kobiecie/człowiekowi_bez_względu_na_płeć i unikają tego nieszczęścia jak mogą i nie mogą.
A w ogóle jeżeli płać nie ma znaczenia, to czemu one są feministki?
Ja się odniosę do przykładu jakiejś może siedmioletniej mnie i moich pluszaków. Miałam dwa ulubione misie i z tego co pamiętam, misie "miały" płeć męską dopiero wtedy, gdy musiały zastępować facetów w zabawie lalkami Barbie. W innych przypadkach były po prostu misiami. Nie wiem jak inne dzieci/w innym wieku, ale w moim przypadku nie kojarzę czegoś takiego. Miś to miś, nie miś-chłopczyk albo miś-dziewczynka.
Nie, no dla mnie ONE są jakieś dziwne, żeby nie napisać porąbane!
Mój syn nie jest stereotypowym chłopcem. Nie ciągnie go do aut (chyba, że można nimi wozić lalki), o żołnierzykach i pistoletach nie wspominając. Kocha zwierzęta, nie ma nic przeciwko różowemu i lubi towarzystwo koleżanek. Tak po prostu ma.
Nie chodzi o to, by udawać, że płci nie ma, ale by szanować jeśli ktoś woli pozostać poza stereotypem. "Ono" rzeczywiśnie prowadzi do nikąd. Płeć po prostu jest! A udawanie ślpego grozi rozbiciem głowy. Takie jest moje zdanie.
Milka - sęk w tym, że intuicyjnie, odkąd człowiek zaczyna myśleć językiem, w którym wszystko ma jakiś rodzaj, wszystko, co jest rodzaju męskiego lub żeńskiego (jeśli myśli po francusku, to po prostu wszystko), ma płeć (stąd hasło "Polska jest kobietą", tyleż nośne perswazyjnie co niskosensowne merytorycznie). Miś jest on, a małpka jest ona.
Przyjrzyj się pod tym kątem np. rozmowom warzyw na straganie w dzień targowy.
Akurat nasza córka ma jeżycę, ale to dlatego, że nam się przybłąkała samica z młodym. Mówiła na te jeże "Izie", więc teraz to jest jeżyca Izabela z jeżykiem Izydorem.
Arturze Minerwo, nie bójcie się przedszkoli! Z naszego doświadczenia wynika, że to są fajne miejsca, gdzie te nowinki nie dotarły, chłopak jest chłopak a dziewczynka to dziewczynka. Bawią się razem, jak mają ochotę wymienić się zabawkami też problemu nie ma. Płeć po prostu jest. Nie ma sensu ani jej negować, ani segregować ze względu na nią i podkreślać sztucznie te podziały. Dzieci intuicyjnie wiedzą co dla nich dobre. Za to przedszkole świetnie socjalizuje. Polecam!
Każde dziecko w różny sposób odkrywa płeć. Jedne będzie lubić tylko róż inne nie. Córka naszych przyjaciół uwielbia kosmos, koparki i samochody. I dobrze. Ale pozwalajmy jej tą przestrzał zainteresowań i płci odkrywać intuicyjnie, samej. I poza stereotypami lalek i różu i w nich. Tylko nie wmawiajmy, że czegoś co jest właściwie nie ma - bo nie ma znaczenia. Dziecko swój rozum ma.
Napisałaś: "naturalny podział jest na linii płci" - ale chyba rozróżniasz płeć biologiczną (natura) od płci kulturowej, prawda? :) Bo mówisz właśnie o naturze.
Można wyśmiewać gender (lub feminizm ;), ale przecież takie są fakty - gdyby nie socjalizacja i sztuczne, natychmiastowe, sztywne dzielenie dzieci na grupę chłopców i grupę dziewczynek (zaczyna się już w momencie zakupu pierwszych śpioszków lub kartki gratulacyjnej dla świeżo upieczonych rodziców - różowej lub niebieskiej), oszczędzilibyśmy sobie, dzieciom, całym pokoleniom, szkodliwego szufladkowania i już na starcie skazywania na granie takiej a nie innej roli. I myślę, że o to w tym przykładzie, jaki opisałaś, chodziło: o nauczenie dzieci patrzenia na ludzi POZA podziałem płci. Po prostu jak na człowieka, misia, osobę. A nie o to, by okłamywać dzieciaki, że męskie i żeńskie nie istnieje ;)
Oraz: dzieci wcale nie w "naturalny" sposób uczą się o różnicach między (kulturowymi) płciami (a raczej: o OCZEKIWANIACH, jakie się stawia płciom) - one się tego uczą przez obserwację nas, czyli dorosłych. I poprzez słuchanie tego, co im mówimy. W "naturalny" sposób to będą sobie zaglądać do majteczek w przedszkolu - to naprawdę wystarczy, by dowiedziały się, że męskie i żeńskie istnieje.
Piszesz, że Natalia buntowała się przeciwko różowej łyżeczce dla chłopaka - to właśnie zrobiło jej przedszkole i "dobra" socjalizacja. ty jesteś mądrą mamą i jej wytłumaczysz. Większość mam będzie jeszcze wspierać te głupie podziały.
Z Wikipedii, spod hasła "role płciowe":
Już od momentu narodzin rozpoczyna się intensywna internalizacja oczekiwań w zakresie płci. Dziewczynki i chłopców inaczej się ubiera, inaczej traktuje. Badania nad tym zjawiskiem dowodzą, że rodzice określają swoje nowonarodzone dzieci w różny sposób, w zależności od tego jakiej są one płci. Dziewczynki opisywane są za pomocą słów mała, delikatna, piękna, chłopcy zaś za pomocą słów mocny, dziarski, silny. W rzeczywistości noworodki biorące udział w badaniu nie różniły się wzrostem, wagą, czy stanem zdrowia. Przez cały okres dzieciństwa oczekiwania dotyczące płci są wzmacniane poprzez różnicowanie i grupowanie dzieci pod względem płci. Rodzice, nauczyciele, oraz inne osoby mające kontakt z dziećmi używają różnych ścieżek komunikacji i inaczej traktują dzieci w zależności od tego do jakiej należą płci. W ten sposób, bezpośrednio lub poprzez kontekst przekazują młodemu pokoleniu swoje oczekiwania dotyczące jego zachowań. Jednocześnie każde "nieprawidłowe" zachowanie spotyka się z dezaprobatą. Dotyczy to zwłaszcza chłopców, których "niemęskie" zachowania są szczególnie piętnowane i wyśmiewane
Co jest w tym fajnego i "naturalnego"?
Po prostu sadze, że płeć kulturowa jest też czymś naturalnym. I wynika z biologii. Dzieci w różny sposób ją okazują, jedne silniej inne słabiej ale różowy nie jest wynikiem socjalizacji przedszkola, ale głębokiej chęci wynikającej z samego dziecka. Po prostu chcecie podziału, różowych księżniczek i piratów - dobrze. Znam kilkoro dzieci, które tego nie chcą i nikt w domu ani przedszkolu ich nie napiętnuje. Niektórym z tego powodu jest nawet łatwiej bo się zachwycają jak to czteroletnia dziewczynka rozpoznaje już wszystkie marki samochodów.
Twierdze po prostu, że płeć kulturowa jest równie naturalna jak biologiczna. Różnimy się nie tylko cyckami, ani i mózgami. Zostawmy na chwile na kołku psychologię, którą chociaż studiowałam to nie do końca jej ufam. Ja to bardziej widzę jak w trylogii Ursulii LeGuin - magia i siła kobiet i mężczyzn jest inna. I właśnie to dopełnianie się jest piękne.
Tak, przypisuję dziesięciomiesięcznemu synowi atrybuty. Mówię do niego pieszczotliwie „zbójnik” „pirat” „rozbójnik” „cwaniak” chociaż Bogiem a prawdą jest spokojniejszy od Natalki. jak kiedyś sięgnie bo zabawę lalkami to nikt go napiętnować nie będzie. Ale jeżeli wymyśli, że chce żołnierzyki to nikt mu nich nie odmówi w imię genderowej równości.
Aprops jednak psychologii. Czytałam i o takich badaniach gdzie dawano maluchom zabawki przypisane odmiennym płciom kulturowym. A potem obserwowalny pistolety przykrywane kołderkami i lalki służące jako pociski.
Każde dziecko jest inne. I wychowanie powinno za nim podążać w jakimś zakresie. Natalię swoja drogą jakoś omija ta „mamusiowa” socjalizacja bo nie układa laleczek do snu, nie lula, nie bawie się lakami. Woli organizować przyjęcia i wesela. Tak jej z tym dobrze. Nie jestem za segregacją dzieci i sztywnymi narzuconymi rolami. Twierdze tylko, że te role i płeć kulturowa są równie naturalne różnice widoczne gołym okiem już na USG.
A co do łyżki to wytłumaczyłam, że jest mały i JESZCZE mu to nie przeszkadza bo nawet nie wie jak się kolory nazywają. Nie powiemy mu, że z jadł jadł to nawet nie zauważy. (-; Natalia potraktowała to jak kawał zrobiony bratu, jak smarowanie pastą do zębów - je różową łyżką i nic o tym nie wie - ale beka.
W Wikipedii każdy może napisać wszystko.
No, prawie wszystko - np. spróbuj się dowiedzieć z Wikipedii, jak wygląda nordyk.
Ale przecież kultura nie jest "naturalna" :( Gdyby kultura była naturalna, to mielibyśmy w każdym zakątku świata jedną i tę samą, bo geny wszyscy homo sapiens mamy te same...
I to, czego nie lubię, bo nie jest prawdą: feminizm czy teorie genderowe nigdy nie głosiły, że męskie i żeńskie jest takie same. A jedynie - że mimo różnic (tak, różnimy się mózgami, genitaliami i wieloma rzeczami) powinniśmy mieć równy i taki sam dostęp do wszystkiego. Dziewczynka, której pokazuje się, że jej główną funkcją ma być ozdoba otoczenia lub bycie adorowaną (księżniczka) niestety nie dostaje na starcie takich samych szans, jak chłopak, który jest automatycznie "silny, dziarski i przebojowy".
I warto pomyśleć też, co będzie, jeśli synek okaże się spokojnym, nieprzebojowym i np. nie lubiącym rozrabiać i siłować się chłopcem - co wtedy z tymi wszystkimi oczekiwaniami wobec niego? Będzie czuł, że nie sprostał. Na tej "segregacji" płciowej i szufladkowaniu cierpią obie płcie, naprawdę. Bo piętnuje się ludzi za cechy które naturalnie (właśnie, NATURALNIE) posiadają i każe im się być kimś innym. "Bądź grzeczna, dziewczynka się tak nie zachowuje!" - tak słyszałam w dzieciństwie. "Nie rycz, chłopaki nie płaczą" - tak słyszą codziennie miliony chłopców. Czy to nie jest chore, smutne i "nienaturalne"? :(
Do Arthura: chciałam tylko przytoczyć tekst, z którym się zgadzam. Zdaję sobie sprawę, że Wikipedia nie jest jedynym dziełem objawionym i wiem, jak powstaje.
Hm. Dla mnie nawet to, że od dziewczynki oczekuje się opiekuńczości i łagodności a od chłopca przesiębiorczości i stanowczości nie jest niczym złym. Nie wszyscy mężczyźni będą kiedyś fryzjerami albo koryfeuszami baletu, podobnie jak nie wszystkie kobiety muszą być policjantkami. Role kulturowe są w porządku, dopóki nie zmieniają się w swoją własną karykaturę - agresywnego macho i bezmózgiej supersamicy. I nieprawdą jest, jakoby osoby nie przystające do kulturowych wyobrażeń płci doświadczały jakiejś szczególnej opresji - nikogo nie dziwi chłopak w technikum gastronomicznym czy krawieckim ani dziewczyna w klasie matematyczno-fizycznej.
Nie dajmy się zwariować. Tu nie Arabia Saudyjska ani nie Japonia, gdzie nawet język kobiet i mężczyzn jest inny.
O to To! Dokładnie Minerwo to chciałam rzec. Póki nie robi się karykatura i Arabia to te role nie mają w sobie nic złego. I tak mam wobec dwojga moich dzieci różnej płci nieco różne oczekiwania kulturowe. Ale kocham je równie mocno i bezwarunkowo. I nie sądzę, żeby im to robiło krzywdę.
A ja czasem mam ochotę wydusić wszystkie feministki. Trudno mi słuchać tych ich dętych, pseudonaukowych haseł. Niedługo zabronią nam płciowości. A do tego jak czytam o nowoczesnych rodzicach, którzy kupują swoim dzieciom ubranka dziewczęce i chłopięce, by malucha nie ograniczać i w schematy nie wtłaczać, to zwyczajnie gęsiej skorki dostaję.
Ad rem - gender studies jak eugenika? Wombat, jak mamcię kocham - przesadzasz. Nie ta skala szkodliwości, nawet jeśli wg mnie tłumaczenie, że płci nie ma, jest naiwne i nie zastąpi prostej, uczciwej równości płci.
A nie ad rem - szczerze i po ludzku mi przykro, że na Twój blog zachodzą takie osoby, jak komentatorka Ameba.
Otóż tak się składa, komentatorko Amebo, że jestem feministką, a jednocześnie koleżanką Gospodyni bloga, i jakoś nigdy nie naszła mnie ochota, ażeby z powodu sprzeczności poglądów Wombata dusić, ręcznie czy też w śmietanie. W związku z czym Twoje deklaracje, że masz ochotę "udusić wszystkie feministki", uważam za przejaw braku poczucia, że piszesz o ludziach, a nie o abstrakcjach. Możemy się wzajemnie uważać za ostatnie idiotki, jeśli masz taką fantazję, ale z szafowaniem tekstami o "fizycznej eliminacji przeciwnika światopoglądowego" bym uważała, bo to się z reguły fatalnie kończy.
Prześlij komentarz