poniedziałek, 31 października 2011

57 godzin na parkiecie

Co można robić przez 57 godzin bez przerwy na parkiecie? Można tańczyć, choć to dość trudne. Można jeszcze leżeć, co nie jest zbyt przyjemne. Będzie o tym tym jak przeleżałam na podłodze prawie 60 godzin. W zeszłą sobotę rano „coś mnie rwało w kręgosłupie”. Pewnie mięsień podczas podnoszenia młodego. Mam tak często. Olałam. Trzeba pojechać do rehabilitantki i naprawić. Umiarkowanie się oszczędzałam i żyłam dalej trochę kwękając.

W zeszłą niedziele to samo. W poniedziałek i wtorek kocur był w Poznaniu więc na rehabilitacje nie pojechałam. Zresztą w poniedziałek rano mi przeszło. Na trochę bo wieczorem wróciło tak, że już młodego nie mogłam podnieść. Cały wtorek przeleżałam w domu z pomocą Natalki udało mi się przebrać modemu pieluszkę i wypić herbatę. Wieczorem pojechaliśmy do rehabilitantki. Jej zdaniem był to zaawansowany stan zapalny. Mięśnia i może już przeszło na dysk. Tak czy inaczej rozmasowała i puściła do domu.

W środę o 7:45 zrobiłam APSIK. I upadłam jak stałam. Na parkiet. Wstać się nie dało, bo ból przypominał wkładanie rąk do wrzutka. Na dodatek miałam drgawki. Kocur kazał się wziąć się w garść na co odpowiedziałam mu słowem obelżywym. Zadzwoniłam do ojca i ze łzami namówiłam, żeby przyjechał. Dostałam ketonal w zastrzyku i mogłam się doczołgać do miejsca na parkiecie gdzie wygadałam nieco mniej żałośnie. I tam spędziłam na leżąco kolejne 57 godzin.

Strasznie dużo dostałam pomocy. Od kocura, który stanął na rzęsach i zorganizował wszystko w domu, z młodymi i wokół mnie, od przyjaciół, którzy smsami, rozmowami i żurkami wspomagali jak mogli. Zresztą jedną dobrą rzeczą tej całej choroby było uświadomienie sobie ile fajnych ludzi man wokół.

No i jeszcze rodzice. Pomogli bardzo dużo i medycznie i organizacyjnie. Przywozili leki, odbierali Natalkę i ogólnie bez nich byłoby dużo trudniej. Ale. No właśnie nie byliby sobą, gdyby nie było jakiegoś ale.

Po nocy leżenia na podłodze i zwijania się z bólu, bo ketonal nie działał. Albo działał mało. W nocy zadzwoniłam do rodziców o pomoc. Potem tak samo rano ze łzami w oczach zapytałam ich „czy fajnie im się patrzy jak mnie boli” i poprosiłam o coś skutecznego na ból. Do szpitala nie było sensu iść, bo jakikolwiek zabieg i tak robią po MR, a na razie zrobiliby rentgen z którego nic by nie wynikło i poczekaliby kilka dni aż całość nabierze mocy urzędowej. To już wolę zdychać na własnym parkiecie. Tak czy inaczej bolało okropnie.

Kiedy matkę poprosiła o leki powiedziała, że nie ma innych leków, ją tez bolał kręgosłup, rozumie jak ja się czuję (!) mam się brać w garść, bo narkotyków mi przecież nie da. Bo mnie kocha (!)

Ojciec na tą samą prośbę pomyślał poszedł do apteki i dał mi plaster Transtec z opiatami. I na kolejne 40 godzin pogrążyłam się w miłym półśnie. Tak bolało mnie, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie.

I uświadomiłam sobie, że moje relacje z matką to nie jest w żaden sposób jej wina. Ona po prostu taka jest. Jak niektórzy nie mają rąk czy nóg tak ona nie ma empatii. Myślę, że nawet trudno by jej było zrozumieć co to jest. I że dałaby mi zdechnąć pod płotem - dla mojego dobra - z miłości i imię wyższych zasad. A na koniec rzuciła urocze hasło żeby Przem schował ci te plastry, żeby cię do narkotyków nie ciągnęło. Nie skomentowałam, że są sposoby milszego podawania alkaloidów - bez gigantycznego kaca i podtrucia.

Wszystko to było okraszone rozmowami, których słuchałam z drugiego pokoju. Że powinni mi podać leki na zatrzymanie laktacji, bez mojej wiedzy, bo jeszcze mnie coś skusi i nakarmię. Albo meczenie Przema pytaniami, czy dzisiaj było coś w basenie i ile. „Bo wiesz, ona musi sikać” Cóż takt, jest związany z empatią. A przy tym wszystkim pomogli bardzo dużo. Smutne, że nawalili w takich dokuczliwych szczegółach.

W piątek wieczorem przyszedł jakiś neurolog, pukał mnie, ostukał i pomógł wstać. Ogólnie już chodzę z gorsetem.

Teraz jestem po rezonansie magnetycznym. MR wykazało:
Wyskoczenie dwóch dysków. Jeden z nich tylko się obsunął, wypuklił, zrobił przepuklinę, drugi wypadł zupełnie przerwał więzadła. Na szczęście, może w wyniku tego leżenia na cholernie twardym parkiecie, może w wyniku modlitw i dobrych myśli znajomych - oba wskoczyły na miejsce. Ale mam chodzić w gorsecie, nie wolno mi się pochylać, NIC podnosić. Potem rehabilitować, może będzie konieczne pływanie.

Do Krakowa myślę, że jadę. Ale na prostych plecach.
I będę ćwiczyć dużo. Może też na basenie. Muszę.

niedziela, 23 października 2011

Przedwieczna masa solna

Efekt niedzielnej weny artystycznej Natalki i mojej z masą solną. Wielki Cthulhu i inne prace.


sobota, 22 października 2011

Trust me. I am House. Doctor House.

Nie lubię seriali. Minęło mnie lost, Glee, Przyjaciele i Gra o Kuwetę tfu...o Tron. Jedyne seriale które odkładałam to Rzym, Borgiowie i miejscami rozczarowujący Tudorowie. A w te wakacje dzięki Natti wciągnęłam się w Housa. I obejrzałam wszystkie 7 sezonów. O ja niedobra, tak marnować czas. A co poradzę, że on taki fajny. W ogóle to całe mieszczańskie towarzystwo z Wilsonem, Foremanem i Chasem strasznie mnie irytowało. Kutner, Taub i trzynastka dużo fajniejsi. Zasadniczo wyskoki Housa wcale nie były takie straszne; facet inteligentny, emocjonalny jak diabli i mu zależy. W tej kombinacji mogłabym nawet przymknąć oko na wjeżdżanie samochodem do mojego salonu. Cuddy jest nieprawdopodobnie głupia, w końcu wiedziały gały co brały nie? Ech. Czy ja już pisałam że mam słabość do emocjonalnych, inteligentnych sukinkotów? Mogą być z laską albo w masce.

A że oglądam Housa najczęściej coś robiąc - a więc bez napisów a w polskiej wersji językowej, to słucha go też Natala. Co efekty ma różne.
- Mamusiu...moja owieczka jest chyba chora...
- Tak? A co jej jest? Przejadła się?
- Nie ma arytmię i zator w tętnicy.

Poza tym Natalis zdecydował, że jednak chce się uczyć grać na instrumencie. I wbrew mojej delikatnej sugestii że akordeon jest bardzo fajny, wybrała skrzypce. Bójcie się sąsiedzi.

Czytamy teraz z Natalisem Kate Dicamillo Dzielny Despero. Cudowna książka. Jedna z lepszych dla dzieci jakie czytałam. I pozwolę sobie przepisać jeden cytat; „Są takie serca, czytelniku, które po złamaniu nigdy nie goją się jak należy. A jeśli się goją, zrastają się nierówno i koślawo, jakby zeszyte ręką niedbałego rzemieślnika. Taki był właśnie los Chiaroscuro. Złamano mu serce. Podnosząc łyżkę, wkładając ją sobie na głowę i mówiąc o zemście, w jakiś sposób starł się poskładać swoje serce w całość. Ale, niestety, poskładał je krzywo.”



Pewnie za jakiś czas będę ją czytała po raz drugi. Bo obywatel M. skończył wczoraj pół roku.

wtorek, 18 października 2011

Późnojesiennie. Teatralnie, książkowo, dyniowo.

Dwie zupełnie różne recenzje. Obie subiektywne.

W niedzielę mieliśmy okazję obejrzeć III Furie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy. O ile teatr Modrzejewskiej jest jednym z moich ulubionych, to teraz miałam mieszane uczucia. Nie, nie było ani przez chwilę przeciętnie. Przez większość czasu podobało mi się ogromnie, miejscami jednak nie podobało wcale. Spektakl opowiada o naszych narodowych traumach, a bohaterami w zasadzie nie są ludzie ale pewne toposy, mity, które funkcjonują w kulturze masowo - narodowej. Kosynierzy, matka polka, patriotka matka bohatera, matka co dzieci szmatką zadusiła, Polska-nic-się-nie-stało i Jeszcze-Polska-Nie zginęła. Spektakl opowiada dwie historie; wnuczki wiejskiej baby co w czasie wojny wydała ukrywającą się żydówkę Niemcom. Bohaterka najpierw rodzi kolejno trójkę dzieci, które giną na skutek szmatek w buzi i interwencji ojca, a potem rodzi trzecią Dzidzę - bez rąk, nóg z wodogłowiem i łupieżem. Ona to dziecko kocha i nienawidzi. Chce je sprzedać na rosół i płacze kiedy opieka jej je odbiera. Jest umęczona, przytłoczona poczuciem winy, a jednocześnie upaja się swoim męczeństwem.

Druga historia to opowieść o matce żołnierza AK, który zabijał dla przyjemności cywili. Matka też została rozstrzelana ( przez Niemca rzecz jasna...), ale nie może zaznać spokoju i ścigają ją Furie - ofiary syna. I ich oskarżenia - że wychowała syna patriotę mordercę. I znowu motyw winy, która się ciągnie przez pokolenia; tam - cierpienia dzieci za grzechy rodziców - tu rodziców za grzechy dzieci. Oskarżenia, rozpamiętywanie bólu i polskie piekiełko, wielka masochistyczna trauma narodowa.

Spektakl jest perfekcyjnie zagrany i wyreżyserowany. Kilka razy miałam wątpliwości, czy obraża moje uczucia religijne i patriotyczne i jednak nie. Jedzie na krawędzi bezlitośnie obśmiewając to co jest w Kościele i w Narodzie chore - cierpiętnictwo, masochizm i ciągłe oskarżenia. Za tą odwagę i trafność przekazu wielkie brawa.

Co mi się natomiast nie podobało? Jestem przyzwyczajona do teatru klasycznego, gdzie nawet przy nowatorskiej interpretacji, jest to sztuka o Człowieku z bardzo konkretnym bohaterem. Oglądając Szekspira mam wrażenie, że uczestnicz w sekcji zwłok na żywo. Mózg, krew, dusza na wierzchu. A tu tego zabrakło. Bohaterów nie ma w ogóle. Są toposy, pojęcia ze zbiorowej świadomości - nawet jeżeli mają imiona i nazwiska to są tylko konstruktami w mitologii narodu. Druga sprawa, która mnie uderzyła to że spektakl zostawił mnie z jakimś niedosytem. Jest źle. Nasze narodowe cierpiętnictwo, podwieszona pod sklepieniem kościoła Dzidzia lub inny Smoleńsk są be. Fakt. I co? I nic. A życie jest, że się tak obrzydliwie banalnie wyrażę, dość skomplikowane. I było wielu imbecyli, łotrów, ale i bohaterów i ludzi odważnych. Dla których ta flaga i ten hymn coś znaczyło. I nie strzelali dla przyjemności. I oni mi się gdzieś w tym zgubili. A może nie do końca wszystko zrozumiałam. Cały czas miała wrażenie, że coś mi umyka.

Ale tak czy inaczej sztukę polecam.

Druga rzecz jest czytelnicza z książek czytanych Natalce. Skuszona ilustracjami Roberta Ingpena dorwałam Piotrusia Pana i Wendy. Dziwne, ale nie znałam wcześniej tej książki. Znałam koszmarną karykaturkę filmowa Disneya, która beznadziejnie wypacza sens tej książki, a z Nibylandii robi słodki Disneyland i sprowadza wszystko do złych rodziców, którzy nie mają czasu dla dzieci. Tu rodzice mają czas. To dzieci same uciekają - skuszone obietnicami Piotrusia Pana. Nibylandia jest kwintesencją chłopięcej wyobraźni. Nie dziecięcej, ale właśnie chłopięcej. Są Indianie i Piraci i Domki na drzewach. Są polowania i krew, a walki często kończą się śmiercią, ale nikt się tym nie przejmuje, bo w świecie dzieci liczy się tylko tu i teraz. Zastanawia mnie kilak kwestii. Kim jest Kapitan Jakub Hak? Okrutny morderca z obsesją na punkcie dobrych manier. Dlaczego tak nienawidzi Piotrusia? W chwili po jego śmierci, chłopcy przebierają się w piratów, a Piotruś składa swój palec niby hak. Bo Hak i Piotruś Pan to ta sama osoba. Tyle, że jedna jest skazana na wieczną niedojrzałość, a druga na tyranie dobrych manier i wszechwładnego superego. Dlatego tak oboje się nienawidzą.




I jeszcze słowo o Wendy. Piotruś nie chciał porwać wszystkich trojga dzieci. On chciał Wendy. Nie Wendy przyjaciółki, ale Wendy - mamusi. Chciał, żeby mu opowiadał bajki, dawała lekarstwa i przykrywała kołdrą. Jest tu macierzyństwo pojęte tak stereotypowo i XIX wiecznie, ale jednocześnie posiadające taką ponadczasową siłę i moc. Relacja Piotruś - niedojrzały chłopiec z Wendy - mama -dziewczyna jest niesamowita. Ja chyba nigdy nie byłam Wendy, taką malutką mamusią - raczej identyfikowałam się z Ronią córką zbójnika - wiec to nie jest książka o mnie, ale to nie zmienia faktu, że czytało nam się ją z Natalisem cudownie.

A z kulinariów sezon na Dynię. Kup Dynię, a będziesz ją jeść przez tydzień do wszystkiego. Polecam ciasto dyniowe. Przepis z Kwestii Smaku TU. I biała czekolada.

I ostatnio smutna rzecz. Niefajnie się porobiło w niektórych moich relacjach z bliskimi. Jest mi smutno i żal bo poszło o politykę, słowa, pojęcia, które tak naprawdę nie mają znaczenia. Od lat byłam raczej idealnie obojętna politycznie, a teraz po prostu nazwałam po imieniu rzeczy które mi się nie podobają. I to, że czułam narastającą złość bo od dłuższego czasu w strefie publicznej, w poglądach które wielu, też znajomych, głosiło jako fajne, normalne i postępowe, znajdowałam brak szacunku dla tego co jest dla mnie ważne. Ale co tam, udajemy, że deszcz pada a nie plują na ciebie. A w końcu jak powiedziałam co myślę dostało się niewinnej osobie. Może zawaliłam za mocnym słowem, bo gębę mam niewyparzoną. Może tak być. Nie słynę z lekkiego charakteru i myślałam, że bliscy o tym wiedzą i lubią mnie mimo to. Ale rozwiązywanie sprawy notką na blogu - albo co gorsza dyskusją na fb bez mojego udziału nie uważam, żeby było w porządku. A największą ironią w tym wszystkim jest, że kiedy rozmawiam z Kocurem o moich Poglądach Na Świat to okazuje się że one nie są wcale tak daleko od lewicy i feminizmu. Ale wkurza mnie współczesna lewica, która dba naprawdę o siebie, a nie o wykluczonych społecznie, promując coś, co już nie jest lewicowe a „lewackie”.

Powinno być tak, że ludzie są ważniejsi od idei. Ludzie są żywi, czują. Poglądy nie. I w stosunku do swoich poglądów przydaje się szczypta zdrowego dystansu. Bo bez tego, bez jednego telefonu, maila, spotkania, bez słów że wszystko jest ok i że się rozumie, że zależy, bez normalnego ciepła, a nie okopywania się w ideowych zasiekach mojej i mojszej racji, bez tego każde moje przepraszam jest jak groch o ścianę. Jestem tym zmęczona i zasmucona. Jak komuś nie zależy, to żadne rozmowy nie pomogą. Jak zależy to nie będą potrzebne.

piątek, 30 września 2011

Ze szkoły i ze świata

Natalia już miesiąc w szkole. Chodzi chętnie i daje sobie radę. Wbrew czarnowidztwu, że robię dziecku krzywdę, bo nie da rady, bo cyganie w szkole kradną i obniżają poziom - w pierwszej klasie - buchchaaaa), bo huk i hałas.

Ogólnie miejsce mi też bardzo się podoba, dobrzy nauczyciele, trafnie wybrane podręczniki. Może z wyjątkiem religii - podręcznik przypomina coś co mogłabym polecić trzylatkom w temacie „obrzędowość kościłkowa dla początkujących” czyli pokoloruj pana jezusika i różaniec. Dramat. My dalej czytamy Biblię dla dzieci w myśl tezy, że edukacji seksualnej i religijnej w szkole nie zrobią za mnie jak trzeba.

Jutro młoda ma urodziny a ja ( szalona!) piekę tort. Tort drugi, bo pierwszy ze zmodyfikowanego przepisu Alex piekłam w zeszłym tygodniu. Udał się (-; I przy okazji publicznie obwieszam, że piekę tory wszystkim znajomym, którzy dostają nagrodę Zajdla. Więc do dzieła (-; To poniżej to mój wypiek dla Ani K.



Czytelniczo też mi się dobrze wiedzie. Skończyłam właśnie czytać Szczeliny Istnienia Brach Czainy. Rewelacyjna książka - mądra, chwilami dziwna, bardzo głęboko kobieca. Odrobinę feminizująca, choć nie w duchu pani Szczuki, Środy i innych lewaczek, którym się ubzdurało, że mają monopol na feminizm i wiedzę o kobiecości.

Szczeliny to książka o codzienności niezwykłej. O kobiecości. O przeżywaniu jej tu i teraz.

Dla zainteresowanych mam książkę w pdfie, a to fragment na zachętę; „ Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogrania nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach. Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne zdarzeń niezwykłych, których oczekujemy - często nadaremnie - może więc decydować o wszystkim. Ma drobny wymiar. Częstotliwość dużą. Jest niezauważalna.”


Poza tym czytam Golema Gustawa Meyrinka. dziwna książka, kiedy ją czytam nie jestem pewna, czy mi się to aby nie śni. Nie jest łatwa w odbiorze, ale dziwnie duszna i hipnotyczna.

I jeszcze mała refleksja o umęczeniu. Jako matka - z - dziećmi - w - domu dowiedziałam się jakiś czas temu, że jestem biedna. Tak samo znajoma, która szczęśliwe spodziewa się trzeciego potomka musi się zmagać z opinią umęczonej. Ani ona ani ja na umęczone nie wygadamy. Z obserwacji wiem, że doba ma 24 godziny, które tak czy inaczej czymś zajmujemy. Więcej zajęć - lepsza organizacja lub przyjęcie pomocy. I tak samo na umęczoną nie wygląda moja znajoma która pracuje w Potwornie - Złej -Kapitalistycznej - Korporacji X na Odpowiedzialnym Stanowisku. Umęczone są za to zwykle osoby, które nie lubią tego co robią. Które mają niepoukładane relacje ze światem i sobą samym. Znałam takie pracujące w budżetówce, wiecznie zmęczone i narzekające. Jedyne co nas może umęczyć to własne nieszczęście i malkontenctwo. dzieci, ani praca tego nie zrobią.


A poza tym marzy mi się długi jesienny spacer. Bo jest pięknie.

czwartek, 22 września 2011

I myślisz, że ja to zjem

Syn skończył 5 miesiąc. Próbuję dawać coś na na łyżeczce.
M. ma strategię.
Nie dać sobie łyżki do gęby wsadzić ( pomocne bywają ręce i zaciśnięte usta) jeżeli mimo to jedzenie znajdzie się w buzi trzeba je szybko wypluć z największym możliwym opluciem. Do jedzenia służy piersia a nie jakieś oszukaństwa!





A po namyśle wiem o czym jest Skóra. Ten film ogląda się źle i nieprzyjemnie, ale jest bardzo dobry. Jest o tym na ile nas definiuje nasze wnętrze a na ile „skóra” czyli wygląd, rola społeczna, ubranie. Kim jest Vera? Czy tym kim była czy tym kim na kogo wygląda. Zagubiła się w tym i ona i jej lekarz. I jestem ciekawa innych opinii jak kto był.

poniedziałek, 19 września 2011

Skóra w której żyję

Skóra w której żyję jest filmem przedziwnym. Almodóvara szalenie kocham i jak dotąd jego filmy w jakiś dziwny sposób mnie poruszały. Nawet Złe Wychowanie pod warstwą ostrego makijażu było w jakiś sposób poruszające. Bo te filmy zawsze mówiły o ludzkich dramatach, o ludziach bardziej lub mniej pogubionych we własnych emocjach, wykolejonych, przetrąconych. I co dziwne zazwyczaj kobiety wychodziły z tej próby zwycięsko, podczas gdy mężczyźni staczali się w ciemną stronę szaleństwa.

Najnowszy film opowiada historię chirurga plastycznego, który po śmierci żony zostaje opętany obsesja stworzenia stworzenia stworzenia skóry wytrzymałej na urazy. działa przy tym na granicy etyki szaleństwa. I ma kilka tajemnic.

Skóra zrobiła wrażenie. Nie mogę przestać o niej myśleć, ale są to zupełnie inne emocje, niż wywoływały poprzednie jego filmy. Nie są tak głębokie. Można to porównać do mrowienia na skórze, chwilami ten film prawie fizycznie bolał i siedział, był na granicy dobrego smaku. Reżysersko i muzycznie jak zwykle jest perfekcyjnie, ale mimo to czegoś zabrakło. Tego wejścia głąbiej, pod skórę.

Miałam ze skórą kilak wyraźnych skojarzeń; Frankenstein - człowiek jako demiurg, stwórca, który chciał byś wszechwładny, ale sam się we wszystkim pogubił. Drugie skojarzenie to Pigmalion. Między Verą a Robertem tworzy się dziwna zależność kata-ofiary, stwórcy i dzieła. Jest artystą, który chce stworzyć kobietę idealną. Trzecie skojarzenie - już bardzo luźne w relacji Very i Roberta - to Kolekcjoner Fowlesa. I oczywiście nawiązania do Kilki. Oglądając sceny gwałtu miałam wrażenie że Almodóvar popełnia autoplagiat.

Tak czy inaczej polecam. Nie mogę napisać więcej nie spolerując, ale osobom płci męskiej radzę mimo wszystko zastanowienie się czy na pewno chcą na to iść. Może to być dla nich dość mocne przeżycie/ czemu? A tego już nie powiem (-;