wtorek, 18 października 2011

Późnojesiennie. Teatralnie, książkowo, dyniowo.

Dwie zupełnie różne recenzje. Obie subiektywne.

W niedzielę mieliśmy okazję obejrzeć III Furie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy. O ile teatr Modrzejewskiej jest jednym z moich ulubionych, to teraz miałam mieszane uczucia. Nie, nie było ani przez chwilę przeciętnie. Przez większość czasu podobało mi się ogromnie, miejscami jednak nie podobało wcale. Spektakl opowiada o naszych narodowych traumach, a bohaterami w zasadzie nie są ludzie ale pewne toposy, mity, które funkcjonują w kulturze masowo - narodowej. Kosynierzy, matka polka, patriotka matka bohatera, matka co dzieci szmatką zadusiła, Polska-nic-się-nie-stało i Jeszcze-Polska-Nie zginęła. Spektakl opowiada dwie historie; wnuczki wiejskiej baby co w czasie wojny wydała ukrywającą się żydówkę Niemcom. Bohaterka najpierw rodzi kolejno trójkę dzieci, które giną na skutek szmatek w buzi i interwencji ojca, a potem rodzi trzecią Dzidzę - bez rąk, nóg z wodogłowiem i łupieżem. Ona to dziecko kocha i nienawidzi. Chce je sprzedać na rosół i płacze kiedy opieka jej je odbiera. Jest umęczona, przytłoczona poczuciem winy, a jednocześnie upaja się swoim męczeństwem.

Druga historia to opowieść o matce żołnierza AK, który zabijał dla przyjemności cywili. Matka też została rozstrzelana ( przez Niemca rzecz jasna...), ale nie może zaznać spokoju i ścigają ją Furie - ofiary syna. I ich oskarżenia - że wychowała syna patriotę mordercę. I znowu motyw winy, która się ciągnie przez pokolenia; tam - cierpienia dzieci za grzechy rodziców - tu rodziców za grzechy dzieci. Oskarżenia, rozpamiętywanie bólu i polskie piekiełko, wielka masochistyczna trauma narodowa.

Spektakl jest perfekcyjnie zagrany i wyreżyserowany. Kilka razy miałam wątpliwości, czy obraża moje uczucia religijne i patriotyczne i jednak nie. Jedzie na krawędzi bezlitośnie obśmiewając to co jest w Kościele i w Narodzie chore - cierpiętnictwo, masochizm i ciągłe oskarżenia. Za tą odwagę i trafność przekazu wielkie brawa.

Co mi się natomiast nie podobało? Jestem przyzwyczajona do teatru klasycznego, gdzie nawet przy nowatorskiej interpretacji, jest to sztuka o Człowieku z bardzo konkretnym bohaterem. Oglądając Szekspira mam wrażenie, że uczestnicz w sekcji zwłok na żywo. Mózg, krew, dusza na wierzchu. A tu tego zabrakło. Bohaterów nie ma w ogóle. Są toposy, pojęcia ze zbiorowej świadomości - nawet jeżeli mają imiona i nazwiska to są tylko konstruktami w mitologii narodu. Druga sprawa, która mnie uderzyła to że spektakl zostawił mnie z jakimś niedosytem. Jest źle. Nasze narodowe cierpiętnictwo, podwieszona pod sklepieniem kościoła Dzidzia lub inny Smoleńsk są be. Fakt. I co? I nic. A życie jest, że się tak obrzydliwie banalnie wyrażę, dość skomplikowane. I było wielu imbecyli, łotrów, ale i bohaterów i ludzi odważnych. Dla których ta flaga i ten hymn coś znaczyło. I nie strzelali dla przyjemności. I oni mi się gdzieś w tym zgubili. A może nie do końca wszystko zrozumiałam. Cały czas miała wrażenie, że coś mi umyka.

Ale tak czy inaczej sztukę polecam.

Druga rzecz jest czytelnicza z książek czytanych Natalce. Skuszona ilustracjami Roberta Ingpena dorwałam Piotrusia Pana i Wendy. Dziwne, ale nie znałam wcześniej tej książki. Znałam koszmarną karykaturkę filmowa Disneya, która beznadziejnie wypacza sens tej książki, a z Nibylandii robi słodki Disneyland i sprowadza wszystko do złych rodziców, którzy nie mają czasu dla dzieci. Tu rodzice mają czas. To dzieci same uciekają - skuszone obietnicami Piotrusia Pana. Nibylandia jest kwintesencją chłopięcej wyobraźni. Nie dziecięcej, ale właśnie chłopięcej. Są Indianie i Piraci i Domki na drzewach. Są polowania i krew, a walki często kończą się śmiercią, ale nikt się tym nie przejmuje, bo w świecie dzieci liczy się tylko tu i teraz. Zastanawia mnie kilak kwestii. Kim jest Kapitan Jakub Hak? Okrutny morderca z obsesją na punkcie dobrych manier. Dlaczego tak nienawidzi Piotrusia? W chwili po jego śmierci, chłopcy przebierają się w piratów, a Piotruś składa swój palec niby hak. Bo Hak i Piotruś Pan to ta sama osoba. Tyle, że jedna jest skazana na wieczną niedojrzałość, a druga na tyranie dobrych manier i wszechwładnego superego. Dlatego tak oboje się nienawidzą.




I jeszcze słowo o Wendy. Piotruś nie chciał porwać wszystkich trojga dzieci. On chciał Wendy. Nie Wendy przyjaciółki, ale Wendy - mamusi. Chciał, żeby mu opowiadał bajki, dawała lekarstwa i przykrywała kołdrą. Jest tu macierzyństwo pojęte tak stereotypowo i XIX wiecznie, ale jednocześnie posiadające taką ponadczasową siłę i moc. Relacja Piotruś - niedojrzały chłopiec z Wendy - mama -dziewczyna jest niesamowita. Ja chyba nigdy nie byłam Wendy, taką malutką mamusią - raczej identyfikowałam się z Ronią córką zbójnika - wiec to nie jest książka o mnie, ale to nie zmienia faktu, że czytało nam się ją z Natalisem cudownie.

A z kulinariów sezon na Dynię. Kup Dynię, a będziesz ją jeść przez tydzień do wszystkiego. Polecam ciasto dyniowe. Przepis z Kwestii Smaku TU. I biała czekolada.

I ostatnio smutna rzecz. Niefajnie się porobiło w niektórych moich relacjach z bliskimi. Jest mi smutno i żal bo poszło o politykę, słowa, pojęcia, które tak naprawdę nie mają znaczenia. Od lat byłam raczej idealnie obojętna politycznie, a teraz po prostu nazwałam po imieniu rzeczy które mi się nie podobają. I to, że czułam narastającą złość bo od dłuższego czasu w strefie publicznej, w poglądach które wielu, też znajomych, głosiło jako fajne, normalne i postępowe, znajdowałam brak szacunku dla tego co jest dla mnie ważne. Ale co tam, udajemy, że deszcz pada a nie plują na ciebie. A w końcu jak powiedziałam co myślę dostało się niewinnej osobie. Może zawaliłam za mocnym słowem, bo gębę mam niewyparzoną. Może tak być. Nie słynę z lekkiego charakteru i myślałam, że bliscy o tym wiedzą i lubią mnie mimo to. Ale rozwiązywanie sprawy notką na blogu - albo co gorsza dyskusją na fb bez mojego udziału nie uważam, żeby było w porządku. A największą ironią w tym wszystkim jest, że kiedy rozmawiam z Kocurem o moich Poglądach Na Świat to okazuje się że one nie są wcale tak daleko od lewicy i feminizmu. Ale wkurza mnie współczesna lewica, która dba naprawdę o siebie, a nie o wykluczonych społecznie, promując coś, co już nie jest lewicowe a „lewackie”.

Powinno być tak, że ludzie są ważniejsi od idei. Ludzie są żywi, czują. Poglądy nie. I w stosunku do swoich poglądów przydaje się szczypta zdrowego dystansu. Bo bez tego, bez jednego telefonu, maila, spotkania, bez słów że wszystko jest ok i że się rozumie, że zależy, bez normalnego ciepła, a nie okopywania się w ideowych zasiekach mojej i mojszej racji, bez tego każde moje przepraszam jest jak groch o ścianę. Jestem tym zmęczona i zasmucona. Jak komuś nie zależy, to żadne rozmowy nie pomogą. Jak zależy to nie będą potrzebne.

1 komentarze:

Smoczyca - Dragoness pisze...

To, o czym napisałaś dotyka tematu, który w moim świecie też się dość często przejawił - lektor francuskiego z którym mam zajęcia stwierdził, że Polacy mają tendencje do nienawidzenia osoby za poglądy. Kłótnia/dyskusja światopoglądowa przeradza się w kłótnię Ty/ja, zły/dobry, w argumenty ad personam. I zauważyłam też tę tendencję w sobie - że demonizuję lub deprecjonuję ludzi, którzy myślą inaczej o pewnych sprawach. Dlatego zgadzam się z Tobą w stu procentach - ludzie są ważniejsi od idei i choćbyśmy stali na przeciwnych końcach pewnego spektrum, to zawsze znajdzie się grunt do porozumienia. :)

Prześlij komentarz